Nowy wspaniały świat nadchodzi
Łukasz Warzecha 28.12.2019

Obserwowałem uważnie reakcje na projekt podatku cukrowego. Obserwowałem je oczywiście w internecie, bo gdzieżby indziej. Tak, wiem, że to bańka i że trudno uznać je za reprezentatywne. Przypuszczam jednak, że w świecie realnym sytuacja wygląda podobnie lub też, zapewne w znacznie większej liczbie przypadków, mamy do czynienia najwyżej ze wzruszeniem ramion. „Podatek cukrowy? No i co z tego, ja i tak rzadko piję takie napoje”.

 

Reakcje internetowe były takie, jak mogłem się spodziewać. Mała grupa rozumiała, że mamy do czynienia z zagadnieniem dotykającym sfery naszej osobistej wolności i że mówimy o kolejnym wyłomie w tejże. Obecna władza zrobiła ich już tyle, że być może w ciągu nieco ponad czterech lat przebiła wszystkie wcześniejsze rządy w historii III RP – zarazem oczywiście nie usuwając niemal żadnych ograniczeń wcześniej wprowadzonych. Gdyby porównać stan naszej osobistej wolności AD 2019 z tym sprzed dziesięciu czy piętnastu lat, kontrast byłby porażający. I znów powtórzę: wyjątkowo niechlubną rolę odegrali tu obecnie rządzący, którzy tak lubią się obłudnie nazywać obrońcami wolności.

Większość komentujących pomysł podatku cukrowego oscylowała gdzieś między akceptacją a entuzjazmem. Nierzadko pojawiało się doprowadzające mnie do szewskiej pasji zdanie: „Trzeba coś zrobić”. To zdanie jest kwintesencją postawy biernego niewolnika: jest problem – „trzeba coś zrobić” – niech państwo załatwi – politycy uchwalają ustawę. Skutkiem jest kolejne ograniczenie wolności, a często przy okazji większe wpływy do budżetu. Tak jak to będzie miało miejsce w tym przypadku.

Proszę przy tym zauważyć, że władza milczy na temat skierowania pieniędzy pozyskanych z opodatkowania słodzonych produktów na cel, któremu oficjalnie mają służyć. Musiałoby się to odbyć poprzez stworzenie jakiegoś odrębnego funduszu, co zresztą i tak byłoby rozwiązaniem pozornym, bo państwowe fundusze celowe (takie jak Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, Krajowy Fundusz Drogowy czy Fundusz Pracy) są idealną skarbonką dla rządzących – można z nich w dowolnym momencie wyjąć kasę. Ale nawet o tym nie ma mowy, więc wygląda na to, że pieniądze ściągnięte od obywateli po prostu wpadną do wspólnego wora i posłużą finansowaniu namnożonych ponad wszelką miarę socjalnych prezentów PiS dla swojego elektoratu. Nie powiem, żebym był zaskoczony.

Oczywiście sprawa kolejnego podatku, uchwalanego pod pretekstem naszego dobra, a służącego ściągnięciu do budżetu kolejnych pieniędzy, nie jest już niczym niezwykłym. Będzie tego więcej. Ważne wydaje się, żebyśmy – ci wszyscy, dla których sprawa wolności jest istotna – zobaczyli schemat. Żebyśmy spoza drzew potrafili ujrzeć las. Nawet jeśli to jest las ciemny i straszny.

Pisałem już o tym wielokrotnie, ale trzeba o tym krzyczeć jak najgłośniej: Polacy znieczulili się na kwestię osobistej wolności niemal całkowicie. Nie tylko Polacy zresztą, ale to ma dla nas największe znaczenie. Zagadnieniem na książkę jest, jak to się stało i z jakich przyczyn. Mam swoją roboczą hipotezę na ten temat: winny jest głównie wiek XIX. Pozbawieni własnego państwa, Polacy myśleli o wolności głównie w kategoriach tożsamości narodowej, suwerenności, niepodległości. Ewentualna walka o osobistą wolność była ściśle związana z konfliktem z zaborcami i traktowano ją jako wtórną w stosunku do aspiracji niepodległościowych. W czasie, gdy narody na zachodzie Europy budowały mozolnie swoją pomyślność ekonomiczną w długim czasie pomiędzy Kongresem Wiedeńskim a wojną francusko-pruską (1815-1870), Polacy wykrwawiali się w bezsensownych romantycznych zrywach (1830 i 1863) lub wyrzynali nawzajem (rabacja galicyjska 1846).

Czas międzywojenny w ogóle nie sprzyjał sprawie osobistej wolności, a II RP po przewrocie majowym była państwem opartym na sklerotycznych regułach legionowej lojalności, autorytaryzmie i uwielbieniu dla omnipotentnego państwa, co skończyło się jak musiało się skończyć: spektakularną klęską kolosa na glinianych nogach w 1939 roku. Ten system powtarza się w dużej mierze za rządów PiS, które bez wahania można nazywać grupą rekonstrukcyjną Sanacji.

W komunizmie częściowo został zreplikowany schemat XIX-wieczny – główną troską była suwerenność państwa, a nie wolność rozumiana jako osobista swoboda. Powszechne odczucie było takie, że aby przeżyć w warunkach mnożących się zakazów i nakazów, trzeba kombinować. Kombinowanie nie miało w sobie jednak nic z otwartego sprzeciwu wobec ograniczeń osobistej wolności – było ich obchodzeniem, nie kontestacją. Żaden z polskich antykomunistycznych buntów – ani ten z 1956, ani z 1968, ani z 1970, ani tym bardziej z 1980 roku – nie miał w sobie wyraźnego wolnościowego (w sensie nacisku na osobistą wolność, a nie wolność rozumianą jako narodowa suwerenność) pierwiastka. To zresztą w jakiejś mierze wyjaśnia obecną sytuację: jakaś część Polaków jest przekonana, że jeśli paternalizm państwa stanie się zbyt nieznośny, da się go po prostu obchodzić, jak w komunie.

Ostatni rozdział stanowiło rozczarowanie tym, co w Polsce było w pierwszej połowie lat 90. prezentowane jako liberalizm, a co miało z nim w wielu punktach niewiele wspólnego. Ten resentyment doskonale wykorzystał PiS, przy czym i tu mamy do czynienia z pewną konfuzją. Nawet bowiem budowanie pisowskiego zamku na piasku, czyli „polskiego państwa dobrobytu”, nie musi oznaczać takiego poziomu przeregulowania codziennego życia, jaki funduje nam socjalistyczna władza.

W świątecznym wydaniu „Do Rzeczy” pisałem o sporze pomiędzy dwoma pozornie sprzecznymi wizjami społecznego porządku, wychodząc od „Samuela Zborowskiego” Jarosława Marka Rymkiewicza. Jedną reprezentował idealizowany przez Rymkiewicza (i wcześniej Słowackiego) zabijaka i warchoł, w roku 1574 zabójca Andrzeja Wapowskiego w przytomności Henryka Walezego (czyli w okolicznościach, które powinny były skutkować wyrokiem śmierci na zabójcę) – Samuel Zborowski; drugą potępiany przez Rymkiewicza (i Słowackiego) potężny kanclerz Jan Zamoyski, orędownik uporządkowania Rzeczypospolitej. Sprawa jest o tyle ciekawa, że Rymkiewicz – nie tylko zresztą w tym przypadku – jakkolwiek jest ubóstwianym przez obóz PiS pisarzem, jest zarazem przykładem autora całkowicie przez swoich czcicieli niezrozumianego. Zdecydowana większość zachwyconych nim wielbicieli PiS nie przeczytała zapewne żadnej z jego nowszych książek, a ich zachwyt wziął się wyłącznie z wypowiedzi pisarza, dotyczących bieżącej polityki, w tym głównie z pamiętnego wywiadu, w którym Rymkiewicz oznajmił (wiele już lat temu), że Jarosław Kaczyński „ugryzł polskiego żubra w dupę”.

Tymczasem Rymkiewicz jest apologetą polskiego upodobania nie tylko do wolności, ale i do anarchii, przy czym nie dostrzega, że pisze o czymś, co już nie istnieje, a rządy PiS pokazują dobitniej niż cokolwiek innego, do jakiego stopnia zniknęło. Wyborcy tej partii, którzy z automatu gotowi są zaliczyć Rymkiewicza do „swoich”, są chodzącym zaprzeczeniem przesłania „Samuela Zborowskiego” czy „Wieszania”. Są po prostu pozbawieni jakiegokolwiek instynktu wolnościowego, o upodobaniu do anarchii nie mówiąc. Godzą się na to, żeby władza za nich decydowała, myślała, ustalała, co słuszne, a co nie.

Czy to się zmieni? Moim zdaniem – nie. W każdym razie nie szybko. Realistycznie rzecz biorąc, choć wielbiciele wolności nie powinni ustawać walce, szanse na wygraną są teraz niewielkie. Polakom w ogromnej części spodobała się rola zwierząt hodowlanych, którym właściciel dostarcza jedzenia, picia, zagania gdzie trzeba i kiedy trzeba, a gdy uzna za stosowne – goli albo doi. Obserwuję z rosnącym przerażeniem, że powstawanie kolejnych regulacji nie wywołuje już nie tylko sprzeciwu, ale nawet żadnej refleksji – czy to nie za wiele, czy warto, czy państwo ma prawo tak głęboko mieszać się w nasze życie. Te pytania w sferze debaty publicznej niemal nie wybrzmiewają. Nie zadaje ich już prawie nikt. Publiczność tak bardzo odwykła od konfrontacji z tą fundamentalną przecież kwestią, że gdy spotyka się z tak postawionym problemem, albo w ogóle nie rozumie, w czym rzecz, albo uznaje to za jakieś niegroźne i nieważne dziwactwo. Ewentualnie – to ci bardziej wyrobieni – gotowi są skwitować wątpliwości stwierdzeniem: „E tam, korwinizm”. To coś w rodzaju redukcji „ad Hitlerum”.

Pierwszy raz w życiu zaczynam serio myśleć, że rzeczywistość z „Nowego wspaniałego świata” Huxleya ma szansę zrealizować się w nieco tylko zmodyfikowanej postaci jeszcze za mojego życia. Gdyby tak się miało stać, proszę od razu o wysłanie mnie do Rezerwatu.