O konfiskacie samochodów i „pijanych kierowcach”
Łukasz Warzecha 19.08.2018

Jedną z największych wad każdej władzy jest populistyczna akcyjność. Jeśli wydarzy się coś, co bulwersuje opinię publiczną, należy szybko podjąć decyzję, która wpisze się w emocje tłumu. Z natury rzeczy takie decyzje są nieprzemyślane, nieoparte na analizie problemu, biorą pod uwagę emocje właśnie, a nie racjonalne przesłanki. Bo przecież musi być szybko i efektownie.

 

Podręcznikowym przykładem tego typu decyzji była ta o obniżeniu wynagrodzeń posłów, senatorów i samorządowców. To był populizm w postaci czystej – decyzja skrajnie szkodliwa dla państwa, podejmowana po to, żeby szybko wygasić społeczne oburzenie wcześniej przyznanymi nagrodami.

Tu i tam można natrafić na podobne pomysły, związane z przestępczością. Jeden z nich uważam za szczególnie niebezpieczny. To podnoszony co jakiś czas przez związanego z PiS Janusza Wojciechowskiego (obecnie sędziego Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, kiedyś prezesa PSL, byłego europosła) postulat konfiskaty samochodów „pijanym kierowcom”. Trudno orzec, czy propozycja ogranicza się tylko do tych, którzy spowodują wypadek, względnie jedynie wypadek ze skutkiem śmiertelnym, czy też ma dotyczyć każdego kierowcy zatrzymanego za jazdę w stanie upojenia alkoholowego (w Polsce od 0,5 promila) lub nawet jadącego po spożyciu alkoholu (w Polsce od 0,2 promila do 0,5 promila), co nie jest przestępstwem, a jedynie wykroczeniem.

Przypadki wypadków, spowodowanych przez „pijanych kierowców” (dlaczego cudzysłów – o tym dalej), robią ogromne wrażenie. Pojawiają się charakterystyczne dla wszelkiego rodzaju linczów i populistycznych uniesień żądania, żeby ukarać jak najsurowiej, pognębić całkowicie – i na tym populiści żerują.

Zacząć trzeba od tego, że – po pierwsze – liczba wypadków, powodowanych przez „pijanych kierowców” stanowi marginalny odsetek wszystkich zdarzeń drogowych. Ich medialny wydźwięk jest natomiast absurdalnie rozdęty.

W 2017 r. policja odnotowała 32760 wypadków. Tu przypomnijmy definicję wypadku drogowego: to zdarzenie w ruchu lądowym, spowodowane poprzez nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa obowiązujących w tym ruchu, którego skutkiem jest śmierć jednego z uczestników lub obrażenia ciała powodujące naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia trwające dłużej niż siedem dni.

W tychże wypadkach zginęło 2831 osób, zaś rannych zostało 39466 osób, co oczywiście obejmuje zarówno kierowców, jak i pasażerów, pieszych czy innych uczestników ruchu, biorących udział w wypadku. W przypadku wszystkich tych statystyk od lat widoczny jest spadek rok do roku. I to mimo systematycznego wzrostu liczby zarejestrowanych w Polsce samochodów. Już choćby to pokazuje, że rozpętywanie wokół statystyk wypadkowych histerii jest bezzasadne.

Prawie 80 proc. wypadków zdarzyło się na drogach jednojezdniowych dwukierunkowych, a 71 proc. na obszarach zabudowanych, co wyraźnie wskazuje, że myśląc o poprawie bezpieczeństwa, należy przede wszystkim zadbać o poprawę infrastruktury, a niekoniecznie drakońskie kary. Dla każdego, kto dużo jeździ po Polsce, przyczyny stają się jasne już na podstawie tych dwóch danych: wielka część komunikacji odbywa się wciąż drogami krajowymi, których ominąć się nie da, prowadzącymi przez środek kolejnych miejscowości. Największy odsetek wypadków spowodowali kierujący w wieku 18-24 lata, co z kolei wskazuje na wady systemu szkolenia.

A teraz alkohol. Policja używa tu pojęcia „będący pod wpływem alkoholu”. Może to oznaczać zarówno 0,21 promila, jak i 3 promile. Tu statystyki nie ma, co ogromnie zaciemnia obraz.

Otóż w 2017 r. użytkownicy dróg „pod wpływem alkoholu” uczestniczyli w 2788 wypadkach – ale uwaga: to, że w nich uczestniczyli, nie oznacza, że byli ich sprawcami. Sprawców „pod wpływem” było mniej: spowodowali 2163 wypadki (6,6 proc. ogólnej liczby) i śmierć 273 osób (9,6 proc.). W obu przypadkach to mniej niż jedna dziesiąta ogółu, a tymczasem medialny wydźwięk takich przypadków jest nieproporcjonalnie wielki. Ale to znów tylko część prawdy, bo „pijanych” prowadzących pojazdy sprawców było zaledwie 1603. W tej grupie sumując kierujących autami osobowymi, ciężarowymi, motorowerami i motocyklami, było ich 1364. Czyli na koniec dochodzimy do wniosku, że „pijani kierowcy” (w tym również kierowcy prykających motorowerków) spowodowali 1364 wypadki z blisko 33 tysięcy, zatem niewiele ponad 4 proc. ogółu.

To oczywiście nie oznacza, że nie należy się tą sprawą zajmować, wykorzystując istniejące instrumenty prawne. Ale też ustawia problem w odpowiedniej perspektywie, pokazując, jak wiele jest populizmu w apelach o natychmiastowe zaostrzenie kar. Patrząc na chłodno i nie ulegając emocjom – z całą pewnością nie jest to pierwszorzędny, a nawet nie trzeciorzędny problem w bezpieczeństwie ruchu drogowego. Znacznie ważniejsze to poprawa infrastruktury, zmiana sposobu działania drogówki, szkolenia czy uszczelnienie systemu diagnostycznego, co ma wpływ na stan pojazdów, poruszających się po drogach.

Druga kwestia to manipulowanie pojęciem „pijanego kierowcy”. Polskie normy, podobnie jak te obowiązujące w innych krajach, mają całkowicie arbitralny charakter. Jak wiadomo, dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi waha się w Europie od 0 do nawet 0,8 promila (w Wielkiej Brytanii z wyłączeniem Szkocji – tam 0,5 – i na Malcie). Polska norma (do 0,2 promila) jest na tyle niska, że jako „pijany kierowca” może zostać zakwalifikowany również ktoś, kto z 0,21 promila przetrawia wczorajszego kaca, będąc na drodze znacznie mniejszym zagrożeniem niż prowadzący, który siedzi za kierownicą dziesiątą godzinę bez przerwy (dla wielu Polaków to norma w przypadku powrotów z wakacji na przykład w Chorwacji). Akcjami wyłapywania „nietrzeźwych kierowców” policja robi sobie statystyki. Można spokojnie założyć, że część spośród wyliczonych wyżej 1364 sprawców to właśnie tacy „pijani” z 0,21 czy 0,3 promila, a więc zawartością alkoholu całkowicie legalną choćby w Hiszpanii, Francji, Grecji, Słowenii, na Litwie, o Wielkiej Brytanii nie mówiąc. Czy alkohol miał wpływ na to, jak zachowywali się za kierownicą i jak wielki – tego nie wiemy, bo trzeba by się zająć każdą sprawą z osobna. Uważam jednak, że bardzo ostrożnie licząc, liczbę „pijanych sprawców” można wziąć przynajmniej przez dwa, co dałoby nam już nie 4, ale 2 proc. ogólnej liczby wypadków.

Dopiero po tych uwagach skala populizmu wezwań takich jak kierowane przez Janusza Wojciechowskiego staje się widoczna w pełni.

Dziś polskie prawo karne zawiera przepisy, umożliwiające sądowi podjęcie decyzji o konfiskacie przedmiotów użytych do popełnienia przestępstwa. Być może jakiś sąd użył kiedyś tego uprawnienia w stosunku do pojazdu pijanego sprawcy wypadku, choć ja o takim przypadku nie słyszałem. Całkiem słusznie praktyka ogranicza zastosowanie tego prawa do przestępstw, gdzie dany przedmiot użyty jest z intencją popełnienia określonego czynu zabronionego, a – jak wskazuje przytoczona wyżej definicja wypadku drogowego – z założenia dochodzi tam do nieumyślnego naruszenia przepisów, a więc trudno nazwać samochód narzędziem popełnienia przestępstwa w rozumieniu doktryny.

Owszem, o narzędziu użytym do popełnienia przestępstwa można by mówić w przypadku komputera, za pomocą którego haker włamał się na czyjeś konto bankowe, albo broni użytej w trakcie napadu (inna rzecz, że tutaj konfiskata miałaby sens tylko gdyby broń była posiadana legalnie, a takich przypadków w Polsce praktycznie nie ma). Żeby sąd zdecydował o przepadku samochodu, sprawca musiałby go użyć na przykład w celu rozjechania kogoś na śmierć.

Populiści chcą prawa, obligującego sąd do orzeczenia konfiskaty pojazdu pijanego kierowcy. A może nawet – co byłoby jeszcze groźniejsze – chcieliby, aby była to procedura administracyjna, a więc w ogóle niepodlegająca sądowej weryfikacji i odbywająca się z automatu. Są całkowicie głusi na liczne zastrzeżenia.

Po pierwsze – w ogromnej części przypadków samochód jest współwłasnością. W Polsce szczęśliwie wciąż obowiązuje zasada indywidualizacji kary – kara ma bezpośrednio uderzać w sprawcę, a nie w kogokolwiek innego. W przypadku współwłasności ta zasada byłaby ewidentnie łamana.

Po drugie – niezależnie od tego, na kogo samochód jest zarejestrowany, dla wielu gospodarstw domowych jest niezbędny. Znów – nie ma żadnego powodu, żeby za przestępstwo pijanego kierowcy współodpowiadali jego bliscy, którzy często zresztą są również ofiarami tego typu sytuacji. Janusz Wojciechowski uciekł się w tej sprawie do skrajnie już demagogicznego argumentu, pisząc na Twitterze, że rodzinie sprawcy ma się pozostawić samochód, podczas gdy rodzina ofiary może być pozbawiona jedynego żywiciela – ofiary wypadku. Jako się rzekło – to czysta demagogia. Rodzina ofiary niczego nie zyska, wiedząc, że dodatkowo pokrzywdzona jest też rodzina sprawcy. Poczucie sprawiedliwości ma zaspokoić kara wymierzona sprawcy, a nie jego bliskim.

Zasady prawne, zwłaszcza te, gdzie eliminuje się element oceny sędziego i wprowadza automatyzm, mają to do siebie, że w bardzo wielu przypadkach sankcja staje się nieproporcjonalna do przewinienia albo uderza w osoby niebędące sprawcami. (Między innymi z tego powodu byłem i pozostaję ogromnie krytyczny wobec obligatoryjnego zatrzymywania prawa jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości o ponad 50 km na godzinę w obszarze zabudowanym. Działa tu wykluczająca jakąkolwiek elastyczność procedura administracyjna, stawiająca na tym samym poziomie kierowcę, który prowadząc samochód, utrzymuje rodzinę, a na dwujezdniowej drodze bez skrzyżowań i przejść dla pieszych – choćby Puławska w Warszawie na wysokości Wyścigów – jedzie 101 km na godzinę, oraz dandysa na utrzymaniu rodziców, który na osiedlowej uliczce pruje 140 km na godzinę. To czysty absurd i oczywiste wypaczenie pojęcia proporcjonalności kary.)

Wyobraźmy sobie, że mamy mieszkającą na wsi rodzinę z chorym dzieckiem, wymagającym cotygodniowej rehabilitacji w powiatowym szpitalu 30 km dalej. Pijany mąż powoduje wypadek i w konsekwencji traci samochód. Żona, która i tak ma niełatwo, pozostaje bez środka transportu. Powie ktoś: to szczególny przypadek. Tak, ale postulując wprowadzenie prawa nieelastycznego, nieuwzględniającego wyjątków, trzeba brać pod uwagę i takie przypadki.

Między innymi z tego powodu ustawodawca po jakimś czasie był zmuszony wprowadzić wyjątek do przepisu o zatrzymywaniu prawa jazdy, uwzględniający stan wyższej konieczności.

Po trzecie – samochód może być skradziony, zabrany bez wiedzy właściciela (częsta sytuacja w przypadku samochodu rodziców, zabranego przez dziecko) lub pożyczony. Tu pojawia się już doprawdy kuriozalny argument, że pożyczający powinien przewidzieć, jak zachowa się kierowca. Trudno mi sobie wyobrazić, aby na gruncie norm zachodniego systemu prawnego można było stworzyć nakaz konfiskaty własności, oparty na założeniu, że osoba niebędąca sprawcą miała przewidzieć postępowanie sprawcy, pożyczając mu w dobrej wierze jakiś przedmiot. I, zauważmy, byłoby to założenie uniwersalne, bo nakaz konfiskaty miałby mieć charakter obligatoryjny. Tego typu rozumowanie pachnie już totalniactwem.

Posłużę się tu przykładem z bliskiej mi dziedziny, czyli strzelectwa. Załóżmy, że na strzelnicę przychodzi osoba pełnoletnia, trzeźwa, spełniająca wszystkie wymagania regulaminu strzelnicy. Nieznającym problematyki wyjaśniam, że aby w Polsce strzelać na strzelnicy, nie trzeba spełniać żadnych specjalnych wymagań. Spróbować może każdy. Instruktor wydaje takiej osobie broń, udziela informacji i instruuje (zasady bezpieczeństwa, obsługa broni). Wydaje amunicję, daje broń do ręki. Wtedy strzelający odwraca się i zabija z tej broni najbliżej stojącą osobę. Założenie, że należało to przewidzieć i że w takiej sytuacji należy orzec konfiskatę danej sztuki broni, a stratna ma być w związku z tym strzelnica (która dopełniła wszelkich procedur) jest oczywiście absurdalne. Dokładnie tak absurdalne, jak podobne założenie w stosunku do osoby pożyczającej samochód komuś, kto potem spowodował wypadek po alkoholu.

Po czwarte – autentyczny kierowca alkoholik nie myśli o konsekwencjach. Jeżeli ktoś jest faktycznie pijany, jego zdolność logicznego rozumowania jest mocno ograniczona. Dlatego wsiadając do samochodu, nie myśli ani o tym, że może spowodować wypadek, ani tym bardziej, że w wyniku tego mógłby stracić auto.

Przede wszystkim jednak należy przeciwstawiać się wszelkim pomysłom, które grożą relatywizacją prawa własności. Konfiskata mienia w zachodnim systemie prawnym powinna być wyjątkiem (a wątpliwości może budzić już instytucja wprowadzonej przez PiS konfiskaty rozszerzonej) i z całą pewnością nie można jej proponować jako sposobu zaspokojenia niepopartych głębszym namysłem emocji.