O LPP, maseczkach, Karolu Scheiblerze i o meteorycie w Łomży
Łukasz Warzecha 23.03.2020

Nie mam wątpliwości, że najlepszym, najszybszym, a może jedynym sposobem na wydobycie się z gospodarczej zapaści, która czeka nas po epidemii, byłoby maksymalne uwolnienie rynku: zaoranie biurokratycznych barier, postawienie na maksymalny leseferyzm, obniżenie kosztów pracy, uelastycznienie kodeksu pracy, rezygnacja z windowania płacy minimalnej. Ale też nie mam złudzeń, że tak się stanie – wszystko zmierza w kierunku zgoła przeciwnym. I taki jest też sentyment znacznej części opinii publicznej, która – jeśli prześledzić media społecznościowe – uważa, że rząd robi przedsiębiorcom wielką łaskę, zwalniając ich z przymusu składkowego (pod wieloma warunkami i tylko część z nich). Nazywają to „pomocą”, choć jako żywo żadna pomoc to nie jest, bo nie jest pomocą zwolnienie z czegoś, co jest przymusowe i co ma służyć podmiotowi, który temu przymusowi podlega. Wręcz można odnieść wrażenie, że jest ta część opinii publicznej zachwycona tym, że wreszcie źli kapitaliści dostają w skórę, zaś zwracanie uwagi na gospodarkę jest kwitowane z pogardliwą moralną wyższością stwierdzeniem: „ludzie są ważniejsi niż pieniądze”. Nic dziwnego, że ta sama grupa z satysfakcją przyjmuje otwarty już powrót do peerelowskich rozwiązań, czyli na przykład zapowiedź rządowego określania cen maksymalnych różnych produktów. Te same osoby pohukują też w mediach społecznościowych, że przedsiębiorcy powinni byli się przygotować, a jak się nie przygotowali, to ich wina i niech zdychają (tą kwestią zajmę się dalej).

 

Najnowszą odsłoną zabawy w złego kapitalistę jest dęta afera wokół wysłania przez firmę LPP, właściciela marki Reserved, pół miliona maseczek do Chin, gdzie firma prowadzi produkcję. Najpierw był tekst w „Newsweeku”, później odpowiedź firmy, później odpowiedź autorów. Nie wnikam w tej sprawie w szczegóły, bo one właściwie nie mają znaczenia. Spośród nich ważna jest może jedynie data, gdy LPP dokonało tej operacji – a było to jeszcze w lutym, nie tylko zanim w Polsce ogłoszono jakiekolwiek restrykcje, ale zanim w ogóle zaczęło do nas docierać, że epidemia może się na serio pojawić w Europie.

Jak napisali w swoim wyjaśnieniu autorzy tekstu w tygodniku, „polskie hurtownie zostały wydrenowane z masek. Mamy na to liczne dowody”. To wyjątkowo pocieszne, a zarazem absurdalne stwierdzenie. Podobnie jak wyjaśnienie, że LPP próbowała kupować maski po „zawyżonej cenie”.

Otóż nie ma kompletnie najmniejszego znaczenia, czy LPP skupowała z rynku maseczki dla swoich pracowników czy dla Polaków w Chinach, czy robiła to z powodów humanitarnych czy po to, żeby można było dokończyć produkcję. LPP po prostu kupiła maseczki, które były na rynku i zrobiła z nich użytek, jaki uważała za stosowne. Czynienie jej z tego zarzutu i używanie określeń typu „wydrenować polskie hurtownie” jest nonsensowne. Jeśli przyjdę do kiosku i kupię tam ostatnie cztery paczki chusteczek higienicznych, to będzie oznaczało, że „wydrenowałem kiosk z chusteczek”? A może tam się za chwilę zjawi jakiś będący w potrzebie, smarkający obywatel, któremu te chusteczki są niezbędne, podczas gdy mnie posłużą nie do wycierania nosa, ale np. do robótek ręcznych? Skandal, panie!

LPP zadziałała racjonalnie, zgodnie z prawem i w momencie, gdy nikt – włącznie z rządem – nie przywidywał skali katastrofy. Nie wiem, co ma oznaczać stwierdzenie, że maseczki były kupowane po „zawyżonej cenie”. Były kupowane po takiej cenie, jaką kupujący był gotów zapłacić wobec faktu, że bardzo ich potrzebował.

Jeśli dziś ktoś ma pretensję, że maseczek jest za mało, to może powinien ją skierować przede wszystkim do władzy. To przecież Mateusz Morawiecki jeszcze kilka dni temu stwierdził, że rząd przygotowywał się do epidemii od miesięcy. Przygotowywał się – a nie przygotował zapasu maseczek?

Jeśli mamy publiczny system ochrony zdrowia, to państwo w ramach swoich kompetencji powinno zapewnić odpowiednie środki zabezpieczające personel na wypadek jakiegokolwiek zdarzenia o wielkiej skali. Jeżeli firmy nie wyrabiają z szyciem maseczek, to może należałoby zdjąć z nich różne ograniczenia, które je krępują. Na pewno zaś żale czy hejty pod adresem LPP nie są uprawnione. Powiem więcej: należałoby pochwalić zapobiegliwość firmy, która była w stanie zadbać o swoich pracowników (a w każdym razie potencjalnych pracowników). I niczego nie zmienia fakt, że powodem tej zapobiegliwości była chęć podtrzymania produkcji.

Gdyby uznawać, że to w jakiś sposób dyskredytuje tę inicjatywę, trzeba by potępić XIX-wiecznych łódzkich fabrykantów, którzy – jak Karol Scheibler na Księżym Młynie – wybudowali nie tylko porządne domy dla swoich robotników, ale też ochronkę czy przychodnię (w czasach, gdy socjalu i opieki społecznej po prostu nie było). Przecież nie z altruizmu, ale po to, żeby robotnicy byli zdrowsi i lepiej pracowali.

***

Teraz zajmijmy się kwestią ryzyka. Wkalkulowanie go w biznes jest rzeczą naturalną i można tego oczekiwać, o ile dotyczy to ryzyka, którego występowania można racjonalnie oczekiwać. Można zatem założyć, że rolnik ubezpieczy się od suszy czy powodzi lub będzie się starał zgromadzić zasób finansowy na taki wypadek, właściciel sklepu jubilerskiego ubezpieczy się od włamania, właściciel hotelu w Japonii – od trzęsienia ziemi, a armator, którego statki pływają w rejonie Azji Wschodniej – od napadu piratów. Ale absurdem byłoby oczekiwanie, że od napadu piratów ubezpieczy się właściciel firmy spedycyjnej, jeżdżącej po UE, a od trzęsienia ziemi – właściciel warzywniaka w Sopocie. To są wydarzenia w obu przypadkach skrajnie nieprawdopodobne i umieszczanie ich w kalkulacji ryzyka byłoby nieracjonalne.

Podobnie jest z rezerwami na gorszy czas (pomijając fakt, że są biznesy, w których takie rezerwy, owszem, są, ale jest też niezmienna od lat cykliczoność, więc oblicza się je właśnie na przetrwanie takiego cyklu, a nie na totalne załamanie wszystkiego – i to też jest racjonalne; i nie jest to dowodem na niefrasobliwość). Powinny być, ale na podstawie racjonalnych danych i przesłanek należy je skalkulować tak, żeby nie oznaczały bezsensownego siedzenia na gotówce. Przypominam zresztą krytykom rzekomo lekkomyślnych przedsiębiorców, że sam premier wielokrotnie apelował do przedsiębiorców o inwestowanie.

Ostatnia pandemia miała miejsce ponad sto lat temu – w 1918 roku. Ryzyko wystąpienia podobnego zjawiska u progu trzeciego dziesięciolecia XXI wieku było niewiele większe niż ryzyko uderzenia meteorytu w warsztat samochodowy w Łomży. Nikt nie oczekuje od właściciela takiego zakładu, że ubezpieczy się od uderzenia kawałka skały z nieba i że na tę okazję będzie gromadzić zasoby finansowe. Podobnym absurdem byłoby oczekiwanie od przedsiębiorców, że będą przygotowani na miesiące całkowitego przestoju albo wręcz administracyjnego zamknięcia ich branż w następstwie globalnej katastrofy zdrowotnej o absolutnie bezprecedensowej skali.

Pisałem już i będę powtarzać: nie ma wyboru – albo życie, albo gospodarka. Gospodarka to życie po epidemii, a skutki krachu mogą okazać się gorsze niż skutki COVID-19, również w przeliczeniu na ludzkie życia.