O populizmie
Łukasz Warzecha 02.03.2018

Czym jest populizm? Istnieje wiele definicji, więc zamiast decydować się na którąś z nich, podam własną: populizm to promowanie koncepcji, działań, decyzji, planów, o których ich promotor wie, że przyniosą skutki obiektywnie złe dla zbiorowości lub że są w oczywisty sposób sprzeczne z normami, przyjętymi jako podstawa funkcjonowania państwa, ale z powodu emocjonalnego podejścia, niewiedzy, niezrozumienia konsekwencji bardzo się podobają dużej części elektoratu – i dlatego ich promotor przy nich obstaje.

Proszę zauważyć, że tak skonstruowana definicja populizmu wyklucza coś, co niektórzy nazywają „dobrym populizmem”, a co oznacza sytuację, gdy vox populi stawia rozsądne żądania wbrew oporowi elit. Uważa, że populizm z zasady jest zły, dlatego wspomnianej sytuacji do niego nie zaliczam.

Od dwóch lat populizmu ma się nieźle, a nawet całkiem dobrze. W tym akurat porównaniu, mimo wszystkich swoich blamaży, wad, potknięć i kompromitacji, Platforma musi ustąpić partii Jarosława Kaczyńskiego. Można by wręcz uznać, że momentami realizowała ona program antypopulistyczny, choć nie znaczy to, że dobry. Błędem byłoby założenie, że decyzje z gruntu antypopulistyczne są z zasady dobre. Nie ma tu związku.

Wśród znaczących decyzji tego typu było choćby podwyższenie wieku emerytalnego (akurat zasadne i potrzebne, choć przeprowadzone na rympał), wysłanie do szkół sześciolatków, podniesienie podatków czy praktycznie likwidacja OFE. Były oczywiście grupy, które te rozwiązania akceptowały, a nawet się z nich cieszyły i w dużej części byli to właśnie wyborcy PO, jednak nie były to grupy na tyle duże, żeby kwalifikować te decyzje jako populizm. Na przykład sondaż CBOS przeprowadzony w 2012 roku wskazywał, że przeciwko podwyższaniu wieku emerytalnego mężczyzn było 79 proc. respondentów, a wieku emerytalnego kobiet – aż 86 proc. Była to więc decyzja ewidentnie niepopularna.

Jak jest za PiS? Od dawna diagnozuję, że nie tylko retoryka, ale i polityka rządzącej partii zagospodarowuje zrozumiały skądinąd resentyment sporej części Polaków, nagromadzony przez większość trwania III RP. Ten resentyment wymagałby dogłębnego zbadania i przeanalizowania, na co nie ma tutaj miejsca. Dość powiedzieć, że to podniesienie o poziom, a może nawet kilka poziomów wyżej niegdysiejszej narracji o dwóch Polskach, stojących naprzeciw siebie: „liberalnej” i „solidarnej”. Biorę te słowa w cudzysłów, bo żadne nie występuje w tej narracji w swoim właściwym znaczeniu.

W najbardziej lapidarnej formie można ów resentyment i narrację ująć jako przeciwstawienie złych, chciwych, uprzywilejowanych elit „zwykłym Polakom”. Przy czym „elity” są tutaj rozumiane maksymalnie elastycznie, obejmując na przykład wykwalifikowanych specjalistów, zarabiających powyżej średniej, którzy nigdy nie mieli nic wspólnego z żadnym politycznym układem i do wszystkiego doszli sami. Albo całość środowisk z jakiegoś powodu skonfliktowanych z władzą, na przykład lekarzy. Albo wszystkich krytycznych wobec władzy dziennikarzy, niezależnie od tego, jak zachowywali się w ciągu ośmiu lat rządów PO i dla jakich mediów pracują.

Przykładów populistycznych działań obecnej władzy jest wiele. Przywrócenie dawnego wieku emerytalnego, stanowiące gigantyczne obciążenie dla finansów państwa, to jedno z nich. Z fatalnych konsekwencji tego ruchu rządzący muszą sobie zdawać sprawę.

Inny tego typu ruch to ustawa dezubekizacyjna, która potraktowała w jednakowy sposób tych, którzy faktycznie pracowali w organach bezpieczeństwa PRL, a III RP nie przysłużyli się w żaden sposób, oraz tych, których polskie państwo zweryfikowało na początku lat 90. pozytywnie i którzy na swoje wyższe mundurowe emerytury zapracowali już w wolnej Polsce, a także tych, którzy o dawne MSW zahaczyli jedynie na etapie szkolenia, a faktyczną służbę odbywali już w III RP. Oni wszyscy zostali zrównani, choć są to przypadki radykalnie odmienne. Złamano tym samym zasadę, że państwo odpowiada za swoje wcześniejsze decyzje i nie unieważnia ich z powodów ideologicznych, nawet jeśli obóz w danej chwili rządzący mocno się z nimi nie zgadza i jeśli są podstawy, aby decyzje te krytykować (tak jak można krytykować wiele decyzji komisji weryfikującej byłych funkcjonariuszy SB).

Znaczna część polskich działań w polityce zagranicznej, gdzie koszty objawiają się często dopiero po dłuższym czasie, oparto na zasadzie populizmu. Sama narracja o „wstawaniu z kolan” jest w swojej istocie skrajnie populistyczna. I gdyby była to tylko narracja, nie byłoby może problemu. Gorzej, że za narracją idą konkretne działania. Stricte populistycznym ruchem była choćby walka o nieprzedłużenie kadencji Donalda Tuska, zakończona łatwą do przewidzenia, spektakularną porażką. (O tym, jakimi regułami powinno się kierować państwo w swojej polityce zewnętrznej, pisałem niedawno na blogu.)

W jakimś stopniu populistycznym posunięciem jest wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę, z całą jego fantasmagoryczną otoczką (złe zagraniczne sieci, żerujące na krwawicy biednych polskich pracowników i porządni, prawi Polacy, którzy nareszcie odetchną, spędzając niedziele z rodziną), choć tutaj może się okazać, że ruch okaże się mniej popularny niż rządzący zakładali, co być może skłoni ich do poszukiwania innych rozwiązań.

Populizm jest, rzecz jasna, w polityce nieunikniony. To jeden ze skutków demokracji. Nie miejmy złudzeń, że można go całkowicie uniknąć. Jednak mądra władza realizuje populistyczne działania w sposób, który nie stanowi nadmiernego obciążenia dla państwa. W przypadku PiS można mieć poważne wątpliwości, czy ta granica nie została już jakiś czas temu przekroczona. I nie jest to prawdopodobnie ostatnie słowo.