O tyranie Anassusie, czyli pułapka moralnego maksymalizmu
Łukasz Warzecha 21.04.2020

W pewnym państwie rządził tyran Anassus. Tyran Anassus miał bardzo specyficzną metodę rządzenia państwem: był – jak to tyran – odseparowany całkowicie od życia zwykłych ludzi i o ich realnych problemach nie miał większego pojęcia; zarazem jednak za wyznacznik tego, co istotne i co wymaga pilnego załatwienia uznawał to, co przydarzyło się jemu samemu. Na przykład gdy lokaj podawał mu kiedyś w jego skromnym gabinecie w skromnym pałacyku ulubioną gorącą herbatę z sokiem malinowym, tak się nieszczęśliwie złożyło, że się potknął, oblał tyrana napojem i trochę go poparzył. Nic groźnego się nie stało, lokaja po prostu odprawiono (tyran Anassus był raczej dobrotliwego usposobienia i za takie drobiazgi nie wysyłał do kamieniołomów), ale władca uznał, że tak być to nie będzie (jak mawia Ferdynand Kiepski) i zarządził w całym państwie zakaz podawania gorącej herbaty. Oczywiście nie obowiązywało to członków rządu.

 

Innym znów razem tyran wybrał się na przechadzkę ulicami stolicy i tak się pechowo złożyło, że natknął się na pewnego obywatela, który wychodził właśnie z lokalu gastronomicznego, gdzie ździebko nadużył napojów wyskokowych. Tyran nigdzie nie ruszał się oczywiście bez ochrony, która i tym razem mu towarzyszyła, więc obywatel nie miał szans, aby się do Anassusa zbliżyć, ale mógł krzyczeć. Ujrzał tyrana z daleka i zamiast wznieść spontaniczny wiwat na jego cześć – do czego tyran był przyzwyczajony, gdy nawiedzał miasta, miasteczka, wioski i przysiółki (te ostatnie lubił szczególnie) – krzyknął cokolwiek bełkotliwie: „O żeż ty, taki owaki, tyranie jeden, w mordę jeża!”. Co stało się dalej z obywatelem – tego nie udało się nikomu ustalić (pamiętajmy jednak, że tyran był dobrotliwy, nawet wyrozumiały dla ludzkich słabostek), natomiast wiadomo, że skutkiem tego wydarzenia była bezwzględna i całkowita prohibicja w kraju (z wyłączeniem, rzecz jasna, elity władzy, ale jej się coś w końcu należało za dzielną służbę dla państwa).

Można powiedzieć, że to wszystko drobne sprawy. Gorzej, że kraj w pewnym momencie pozostał bezbronny. Nikt go nie napadł jedynie z dwóch prawdopodobnie powodów: bo niewiele tam było do zdobycia, a okupacja byłaby tylko uciążliwym obciążeniem dla okupującego, oraz dlatego, że bezbronność jakoś udało się zachować w tajemnicy.

A było to tak: u tyrana Anassusa zjawiła się pewnego razu grupa humanistów – bo tyran bardzo chętnie toczył z takimi kręgami dysputy, głównie dla własnej rozrywki – walczących o powszechne szczęście, zwłaszcza dla tych, którzy nie chcieli, żeby o ich szczęście walczono, oraz powszechne bezpieczeństwo, szczególnie tych, którzy wcale tego nie oczekiwali. Rozmowa, jak to często bywało w przypadku tyrana Anassusa, była o… powiedzmy – o niczym, bowiem tyran bardzo takie rozmowy lubił. Krążył wtedy w najdalszych rejonach swojej wybitnej erudycji, zawstydzając nierzadko mniej wykształconych rozmówców. W pewnym jednakże momencie goście tyrana dorwali się wreszcie do głosu i zaczęli mówić o tym, jak straszną rzeczą jest wojna i że zbrodnią właściwie jest utrzymywanie armii. Tyran słuchał z zainteresowaniem.

– Wszechwładny Anassusie – perorowali goście tyrana – wszak pomyśl: przecież każdy żołnierz, który rusza na wojnę, obojętnie czy to wojna agresywna czy obronna, może zostać zabity. A to przecież czyjś syn, córka albo matka!

– No, matka to chyba nie bardzo?… – łagodnie zauważył tyran.

– Fakt, może się trochę zapędziliśmy – powiedzieli humaniści. – Ale faktu to nie zmienia! – grzmieli dalej. – I czy ty, dobrotliwy, łagodny i najlepszy władco, będziesz w stanie spojrzeć w oczy rodzicom, rodzeństwu, żonie?! A gdyby tak chodziło o twoje dzieci?

– Ale ja nie mam dzieci – przypomniał tyran. – Ani żony – dodał od razu na wszelki wypadek, choć było to powszechnie wiadome.

– My tak teoretycznie – zastrzegli się humaniści. – Rozważ to w swym wszechogarniającym umyśle – zalecili gorąco tonem łzawym a czułym.

Tyran rozważył i już tydzień później doszedł do wniosku, że faktycznie – przecież każdy żołnierz to czyjś ojciec, mąż, brat i tak dalej. Uznał, że nie jest zdolny brać tego na swoje sumienie, więc rozkazał, żeby tak po cichu, bez robienia wokół sprawy szumu, zakazać dowódcom wykorzystywania żołnierzy w walce. Ale armia – zalecił tyran – niech sobie będzie. W końcu każdy ma jakąś tam armię, więc miejmy nadal i my.

Tyran nie był już najmłodszy. W miarę jak posuwał się w latach, stawał się coraz bardziej podatny na odwołania do czułości, współczucia, sentymentów. Pewnego razu przybyła do tyrana delegacja ludzi, którzy mianowali się obrońcami pieszych, ich zdaniem niemiłosiernie masakrowanych przez złych kierowców. Tyran spotkał się z nimi, dopuszczając jednak na spotkanie swoich doradców, którzy wobec obrońców pieszych byli raczej sceptyczni. Obrońcy długo wywodzili, że samochody w ogóle są złe, że trzeba by je wyrzucić z miast, a przynajmniej znacząco spowolnić ich ruch. Druga strona replikowała, tyran był już trochę znudzony, bo sam prawa jazdy nie miał i od lat wożono go limuzyną. Wtedy przywódca obrońców dramatycznie wyrzucił ramiona ponad głowę i zakrzyknął wielkim głosem: „O, wszechmocny Anassusie, jeśli to uratuje choć jedną osobę, to warto!”. I tu tyran Anassus skapitulował. „Tak” – rzekł – „nawet dla jednej osoby warto. Życie nie ma ceny. Od przyszłego tygodnia zakazujemy ruchu prywatnych samochodów w naszym kraju”.

Za sprawą identycznej linii argumentacji zakazano następnie w państwie cukru („jeśli choć jedno życie uda się uratować przed cukrzycą, to będzie sukces”), tłustego jedzenia („jeśli choć jedno życie uda się ocalić przed śmiertelną otyłością…”), jeżdżenia na rowerze („jeśli choć jedno…” itd.) oraz wielu innych rzeczy. Nie dotyczy władzy, rzecz jasna.

I tak sobie wesoło życie płynęło w państwie, rządzonym przez tyrana Anassusa.

 

***

A teraz – parafrazując Wojciecha Młynarskiego w mojej ulubionej „Balladzie o dzikim zachodzie” – wyciągnijmy morał w tej powiastce ukryty, gdy nie grozi nam żadne rififi. Nasz miły i jowialny tyran Anassus postępował według dwóch zasad, których przestrzegania domaga się publiczność wielokrotnie, a już szczególnie podczas epidemii. Ten rodzaj fałszywej i demagogicznej argumentacji spotyka się tak często, że trzeba się z nim w końcu rozprawić.

Pierwsza kwestia to pomieszanie dwóch porządków etycznych i dwóch sposobów widzenia spraw: perspektywy indywidualnej i perspektywy zbiorowości widzianej z punktu widzenia kogoś, kto o tej zbiorowości ma decydować. Oblanie się herbatą przez tyrana nie może być podstawą do zakazania wrzątku w całym kraju – to jawny nonsens, polegający na nieuprawnionym rozciągnięciu indywidualnego doświadczenia na wszystkich. Ale to tylko wstęp do problemu naprawdę poważnego, który teraz objawia się w mnożących się odpowiedziach na wszelkie uwagi, dotyczące kursu władzy w walce z zarazą: „A gdyby tak trafiło na pana matkę, żonę, siostrę, brata, ojca, dziecko? Nadal byłby pan tak krytyczny?”.

Rzecz w tym, że podejmując decyzje na poziomie zbiorowości i wspólnoty nie wolno kierować się takimi indywidualnymi względami. W znakomitym (aczkolwiek krytykowanym za naciąganie historii) filmie „Czas mroku” Elizabeth Layton, młoda asystentka premiera Churchilla, ma brata walczącego gdzieś we Francji. (Prawdziwa Layton nie była sekretarką brytyjskiego premiera w okresie ukazanym w filmie.) Dowiaduje się o tym premier, brat ginie. Zgodnie z logiką, którą próbują narzucać zwolennicy indywidualnego podejścia, brytyjski premier powinien był nie tylko chronić brata swojej sekretarki za wszelką cenę, ale wziąć pod uwagę, że każdy z brytyjskich żołnierzy na francuskim sypiącym się froncie to czyjś brat, mąż, ojciec. To zaś musiałoby logicznie prowadzić do decyzji o całkowitym wycofaniu Wielkiej Brytanii z wojny. Żaden żołnierz nie mógłby właściwie walczyć.

Jasne jest, że gdy w sytuacji krytycznej coś groziłoby komuś z naszych bliskich, najprawdopodobniej zareagowalibyśmy emocjonalnie i stracilibyśmy do danej sytuacji dystans. To w pełni zrozumiałe. Nie można jednak domagać się, żeby ten naturalny stan wyznaczał kierunek działania państwa czy ogólniej – wspólnoty. Gdyby, dajmy na to, o zasadach ruchu drogowego miał decydować ktoś, komu w wypadku drogowym zginęła cała rodzina, mielibyśmy pełne prawo postawić pytanie, czy jest w stanie oceniać sytuację na zimno i przyjmować różne punkty widzenia, ważąc różne racje.

Jeżeli w kontekście epidemii zastanawiamy się nad, owszem, przerażającą, ale realną kalkulacją: teraz ścisłe restrykcje i być może mniej zgonów, za to za jakiś czas gospodarczy krach i być może więcej śmierci, wynikających z niedofinansowania służby zdrowia – czy też odwrotnie: uznajemy, że musimy zaryzykować teraz, bo skutki wynikające z upadku gospodarki będą znacznie gorsze – to nie możemy kierować się prywatnymi obawami. Gdyby premier miał kształtować politykę całego państwa, kierując się prywatną obawą o swoich starszych rodziców lub, co gorsza, emocjami wynikającymi z tego, że któreś z nich padłoby ofiarą epidemii, trzeba by uznać, że jest zwyczajnie nieodpowiedzialny. Porządek prywatnych sentymentów, obaw, strachów i wyborów etycznych jest odmienny od porządku strategicznych decyzji polityków. Ich mieszanie jest chwytem czysto demagogicznym.

Druga, jeszcze groźniejsza demagogiczna linia argumentacji, której uległ nasz sympatyczny tyran Anassus, to błąd moralnego maksymalizmu, zawierający się w przekonaniu, że jeśli jakieś działanie (zaniechanie działania, zakaz, nakaz) pozwoli uratować choć jedno życie, to warto je wykonać. Tu mamy błąd podwójny: rzecz nie jest oczywista i na poziomie indywidualnego wyboru etycznego, i – tym bardziej – na poziomie zarządzania wspólnotą i regułami, jakie nią kierują.

Na poziomie indywidualnym wybór pomiędzy jednym życiem a wieloma lub nawet poświęceniem kilku żyć a możliwością uratowania większej ich liczby nie jest wcale prosty i jasny – pisałem o tym w tekście przypominającym sytuację na sowieckim okręcie podwodnym K-19. Choć co do zasady zgodzimy się, że w skali indywidualnego wyboru ważyć można tylko wartości o identycznym ciężarze gatunkowym. Stąd na przykład wyznanie Natalii Przybysz, iż zrobiła aborcję, bo w małym mieszkaniu z dzieckiem byłoby jej niewygodnie, brzmiało przerażająco dla tych, którzy (jak autor tego tekstu) uważają, że nienarodzone dziecko jest istotą ludzką. Był to bowiem wybór na indywidualnym poziomie pomiędzy dwiema wartościami całkiem innej miary: ludzkim życiem a wygodą mieszkania. Ale i tu trzeba poczynić zastrzeżenie, że Przybysz mówiła wprost o zabiciu dziecka, a nie o podjęciu działania, które ewentualnie mogłoby kogoś uratować – a to także różnica. Odróżniajmy te dwie sytuacje: czym innym jest poświęcenie czyjegoś życia, a całkiem czym innym oczekiwanie, że w wyniku naszej decyzji być może ktoś nie zginie, a już szczególnie, gdy zależność pomiędzy tą decyzją a przeżyciem tej osoby nie jest jasna i oczywista.

Na poziomie zarządzania państwem (wspólnotą) widać to jeszcze wyraźniej. Przykładowo moralny maksymalizm uzasadniałby stwierdzenie: jeśli choć jednak osoba nie zginie dzięki likwidacji ruchu samochodowego, to warto to zrobić. Nonsens? Oczywiście, ale przecież dokładnie takie rozumowanie proponują wszyscy ci, którzy stosują argumentację z „jednego życia”. Można sobie wyobrazić całe mnóstwo decyzji, które mogłyby uratować „choć jedno życie”, tyle że gdyby zostały podjęte, musiałoby to oznaczać praktyczny paraliż naszego funkcjonowania, drastyczne ograniczenie wolności i tak dalej.

Tymczasem podejmując polityczne decyzje nie można pojedynczym życiem – w dodatku jedynie potencjalnie być może uratowanym, co może zależeć od wielu innych czynników – uzasadniać każdego posunięcia, gdy na drugiej szali mamy inne wartości, typowe dla dużych wspólnot, w tym związane z ich komfortem, zasobnością, poziomem życia.

Rządzący nie mogą powoływać się na demagogiczny maksymalizm moralny. Mają obowiązek przeprowadzać kalkulację użyteczności swoich decyzji. Ewentualne uratowanie jakiejś liczby ludzi musi mieć po drugiej stronie równania stratę w innych wymiarach dla wspólnoty. Stratę – bo często podjęcie takich kroków wiąże się z różnymi ograniczeniami, zakazami, nakazami. Oczywiście tu wchodzimy w szarą strefę – zawsze bowiem można argumentować, że konsekwencji danej decyzji nie będzie widać od razu, ale dopiero po długim czasie, a objawią się one na przykład w formie erozji imponderabiliów, na których zasadza się ład społeczny. Ale to już inna dyskusja.

Demokracja ma to do siebie, że nie premiuje polityków szczerze mówiących o racjonalnych kryteriach podejmowania decyzji. Ba, premiuje tych, którzy gotowi są opierać część swojej polityki na opisanych wyżej sentymentach, które można zaakceptować jedynie w etyce indywidualnej. Skutki takich decyzji często samych polityków nie dotykają (o czym również niedawno pisałem). O ile rządzący zaspokajają publiczną potrzebę moralnego maksymalizmu jedynie pozornie, można uznać, że wszystko jest względnie w porządku. Jeśli jednak miałaby ona wyznaczać ich strategię – byłoby fatalnie. Jak w państwie rządzonym przez tyrana Anassusa.