Obiady smakują najlepiej w Polsce
Andrzej Krajewski 20.01.2020

Darmowe lunche – jak dobrze wiedza wszyscy miłośnicy Miltona Friedmana oraz Roberta A. Heinleina – nie istnieją. Jednak, gdy się ma ochotę jakiś skonsumować, najbezpieczniej jest wybrać się na niego do Polski.

 

Co do „darmowych obiadów” to pojęcie to stopniowo zaczęło przenikać do ekonomicznego słownika za sprawą mody na ofertę „free lunch”, jak zapanowała w wielkich miastach Stanów Zjednoczonych z Nowym Jorkiem na czele, pod koniec XIX w. Lokale zapewniały gościom cały zestaw darmowych dań i konsument płacił jedynie za napoje (w ofercie było głównie piwo). Teoretycznie taki interes powinien przynosić straty, bo gdy na rynku pojawiły się „darmowe lunche”, chętni walili na nie drzwiami i oknami. Haczyk polegał na tym, że zawsze dostawali do zjedzenia coś bardzo słonego: śledzie, mocno soloną szynkę, sery, etc. Potem wystarczyło już tylko zaoferować im drogie piwo. Per saldo restaurator zarabiał więcej, niż gdyby serwował jedynie płatne obiady. Największy libertarianin wśród pisarzy SF Robert A. Heinlein, gdy w książce „Luna to surowa pani” snuł opowieść o buncie księżycowej kolonii i wybiciu się jej na niepodległość, przy okazji wplótł w nią „darmowe obiady”. A ściślej mówiąc twierdzenie, iż: „Nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch”. Ziemia oferowała księżycowej kolonii bardzo wiele rzeczy za darmo, po czym z naddatkiem egzekwował zysk na innym polu. „Wszystko za darmo kosztuje na dłuższą metę dwa razy więcej lub okazuje się bezwartościowe” – pisał w 1966 r. Heinlein. Dziesięć lat później Miltona Friedmana uczynił z jego spostrzeżeń jeden z fundamentów nowoczesnej ekonomii.

Ale choć „darmowe obiady” nie istnieją, to Polska niezmiennie okazuje się idealnym miejscem do ich konsumpcji. Chcąc to udowodnić wystarczy wymienić ciąg powszechnie rozpoznawalnych nazw np.: Amber Gold, SKOK Wołomin, GetBack, a ostatnio DasCoin. Nazwy te łączą wspólne cechy, decydujące o tym, że „free lunch” najlepiej smakuje nad Wisłą.

Po pierwsze za każdym razem o tym, że ma miejsce wielki przekręt, w którym naiwni inwestorzy są naciągani przez grupę cwaniaków na grube miliony, media informują przez długie miesiące. Po czym nic się nie dzieje. W przypadku DasCoin pierwsze informacje o tym, że singapurska spółka CL Singapore Pte. buduje w Polsce klasyczną piramidę finansową pojawiły się w połowie 2017 r. na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”. Ostrzeżenia powtarzano potem wielokrotnie. W tym czasie aparat państwa – w postaci UOKiK, Komisji Nadzoru Finansowego oraz CBŚ – zbierał siły i sposobiły do zdecydowanych działań, mających pokazać oszustom, iż z III RP nie ma żartów. Nabranie rozpędu zabrało organom nadzorczym i ścigania jakieś 24 miesiące. Wreszcie w zeszłym tygodniu UOKiK uznał, że DasCoin, naruszają zbiorowe interesy konsumentów i nakazał twórcom piramidy poinformowanie klientów o możliwości uzyskania zwrotu części środków. W porównaniu z poprzednimi aferami można to uznać za rekordowo szybką reakcje polskiego państwa.

Niestety i tym razem miłośnicy „darmowego obiadu” skonsumowali go ze smakiem i opuścili lokal, a piwo wypije ktoś inny. W Kraju nad Wisłą piją je pechowcy, którzy dali sobie ukraść pieniądze do spółki z podstawionymi przez konsumenta lunchu „słupami”. Państwo, żeby sprawiedliwości stało się zadość musi przecież kogoś wsadzić do więzienia. Dobrze orientujący się w tym organizatorzy przekrętu zwykle są na tyle uprzejmi, iż dbają, by zawczasu zatrudnić persony do roli „twarzy” przedsięwzięcia. Potem organom ścigania pozostaje tylko triumfalnie je aresztować.

Czasami do ogólnego rachunku za „free lunch” dorzucają się jeszcze takie instytucje, jak Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który musi zwracać oszczędności klientom upadłych banków. Nawet jeśli te bankrutują za sprawą malwersacji. To wszystko potwierdza spostrzeżenia Heinleina i Friedmana, a fakt, że za obiad nie zapłacił konsument może wydawać się drugorzędnym drobiazgiem. Niestety nic bardziej mylnego. Doświadczenia innych krajów pokazują, że im częściej państwo przyzwala na takie sytuacje, tym bardziej rośnie prawdopodobieństwo konsumpcji takiego obiadu, za który zapłacą wszyscy.

We Francji na długie dekady zapamiętano nauczkę, jaką dał krajowi inżynier kolejowy Eugene Bontoux. Swój bank założył w 1879 r., szermując bardzo nośną wówczas obietnicą, iż będzie „wolny od Żydów”. Dzięki silnym wówczas nastrojom antysemickim inwestorzy przekazali mu ponad 25 mln franków. W zamian otrzymali obietnicę, iż nowopowstała instytucja będzie wspierać francuskie przedsięwzięcia gospodarcze, a jednocześnie zapewni udziałowcom krociowe zyski. Bontoux działał z imponującym rozmachem. Założony przez niego bank Union Generale wkrótce ogłosił, iż papież Leon XIII popiera inicjatywę francuskiego inżyniera, ponieważ przyczynia się do koncentracji kapitału w rękach katolików. To przyciągnęło olbrzymie rzesze drobnych ciułaczy, pragnących zdeponować swe oszczędności w katolickim banku. Dzięki nimi Union Generale założył 30 mniejszych banków inwestycyjnych, kredytujących zakupy akcji spółek giełdowych w tym także tych emitowany przez… Union Generale. Tak specjalista od budowy linii kolejowych napompował na paryskiej giełdzie ogromną bańkę spekulacyjną. Na początku działalności akcja jego banku kosztowała 500 franków. W grudniu 1881 r. płacono już ponad 3 tys. franków za jedną. Wówczas nadeszła z Wiednia wiadomość, że rząd Austro-Węgier odmówił małemu bankowi inwestycyjnemu, należącemu do Union Generale, zgody na otwarcie oddziału w Trieście. Wielcy gracze w Paryżu, już od dawna podejrzewający co prokuruje Bontoux, rozpoczęli szybką wyprzedaż akcji jego banku. Załamanie nastąpiło 26 stycznia 1882 r. „Gdy po uderzeniu dzwonka, zwiastującego zamknięcie czynności, ogłoszono ostatni kurs 830 (franków – przyp. aut.), przerażająca cisza zapanowała wokół” – relacjonował w książce „Pieniądz” Emil Zola. Następnego dnia Union Generale upadł, pociągając za sobą na dno trzydzieści banków inwestycyjnych, a wraz z nimi cały system bankowy III Republiki. „Co dzień to nowe banki z trzaskiem padały w gruzy, podobne murom pozostałym na pogorzelisku” – opisywał Zola. „Ileż to tajemniczych, a grozą przejmujących dramatów mieściło się w historii ruiny całego tłumu drobnych akcjonariuszów: emerytów, którzy w jednych walorach ulokowali całe swoje mienie, stróżów, którzy długoletnią pracą zebrali niewielką sumkę, starych panien, które spędzały życie w towarzystwie ulubionych psów lub kotów” – relacjonował pisarz. Ciułacze, ufający bankom, stracili wszystko. Tymczasem Eugene Bontoux ewakuował się z Francji, gdzie groziło mu więzienie, do Hiszpanii. Tam przeżył spokojnie następnych dwadzieścia lat, czerpiąc profity z lunchu, jaki sobie zafundował. Płacąca za niego rachunek francuska gospodarka potrzebowała czterech lat, by podźwignąć się z kryzysu.

Jeszcze bardziej imponującym osiągnięciem w kwestii wysokości rachunku za „free lunch” mogli się pochwalić Augustus i Otto Heinz. Przy czym pech tych spryciarzy polegał na tym, iż trafili na jeszcze lepszego gracza.

Ta wielostopniowa intryga zaczął się od tego, że bracia dostrzegli, iż inwestorzy na Wall Street notorycznie pożyczali od brokerów papiery notowanych spółek, by potem zarabiać na operacji nazywanej – sprzedażą krótkoterminową. Polegała ona na nagłej i masowej wyprzedaży pożyczonych akcji, by po spadku kursu odkupić je po niższej cenie. Następnie gracze oddawali brokerom papiery, a uzyskany na różnicy cen zarobek chowali do kieszeni. Augustus i Otto postanowili zastawić na cwaniaków pułapkę. W swym ręku trzymali wielki pakiet papierów miedziowej spółki United Copper Comp., które zamierzali pożyczyć giełdowym graczom. Jednocześnie zawarli cichy pakt z Charlesem W. Morse’em prezesem banku inwestycyjnego Knickerbocker Trust. Sprowadzał się on do tego, że na dany przez braci sygnał Morse, używając zasobów swego banku, zacznie skupować akcje United Copper.

Przekręt zaplanowano na 14 października 1907 r. Rankiem zwykli gracze zaczęli wyprzedawać pożyczone akcje miedziowej spółki. Ich kurs sukcesywnie spadał, aż nagle około południa na wielkie zakupy ruszył Knickerbocker Trust. W krótkim czasie za jedną akcję United Copper płacono nie 39 lecz 52 dolarów. Wówczas Heinzowie zażądali od inwestorów, którym pożyczyli akcje, natychmiastowego ich zwrotu. To oznaczało, że setki graczy musiały skupować będące w obrocie papiery miedziowej spółki po cenie dużo wyższej, niż zastaw, jaki dali braciom. Do tego jeszcze oddawali im, stale drożejące papiery.

Genialny plan załamał się, bo poczynania Heinzów od dawana śledził jeszcze większy miłośnik „darmowych obiadków” John D. Rockefeller. Za sprawą jego agentów nagle w obrocie znalazły się dodatkowe papiery United Copper. Przy czym sprzedawano je nie na giełdzie, lecz dużo taniej przed budynkiem na rogu Wall Street. Jednocześnie należący do Rockefeller koncern Amalgamated Cooper Comp wystawił na sprzedaż olbrzymie ilość miedzi. Inicjując nagły spadek ceny tego metalu, za czym poszła obniżka kursu akcji wszystkich spółek miedziowych.

Nim zamknięto giełdę bracia Heinz stracili wszystko. Ich tragedia nikogo by nie obeszła, gdyby nie to, że załamanie kursu akcji United Copper zadało śmiertelny cios Knickerbocker Trust. Za sprawą konszachtów z cwanymi braćmi prezes Charles W. Morse doprowadził swój bank do upadku. Przy czym od razu pociągnął on za sobą dziesięć mniejszych instytucji bankowych, w jakich Knickerbocker Trust miał większościowe udziały. Następnego dnia Wall Street ogarnęła panika. Fala bankructw, jaka przetoczyła się przez giełdę wpędziła gospodarkę USA w kryzys, trwający aż trzy lata. Zapaść ekonomiczna Stanów Zjednoczonych przyniosła reperkusje na całym świecie, owocując paniką giełdową w Berlinie, upadkami banków we Włoszech, krachami finansowymi w: Japonii, Egipcie, Brazylii i Chile. W Turcji kryzys przyniósł rewolucję i detronizację sułtana Abd-ul-Hamida II. Braciom Heinz, których proces przez dwa lata toczył się przed nowojorskim sądem, zapewne nawet w najdzikszych snach nie przyszło do głowę, iż swym planem zapoczątkują globalną katastrofę. Jako, że „darmowy obiad” skonsumował Rockefeller, sąd okazała im wyrozumiałość i obu kanciarzy uznano za niewinnych.

Podobnych katastrof, jak te sprokurowane przez Eugene Bontoux i braci Heinz, można doliczyć się całkiem sporo w dużo bliższych nam czasach. Dość przypomnieć, jak amerykański miliarder George Soros w 1992 r., na czele anonimowej grupy inwestorów działającej pod szyldem funduszu „Quantum”, doprowadził do złamania kursu brytyjskiego funta. Wedle oceny Nicholasa Dunbara, autora książki „Alchemia pieniądza”, Soros zarobił wówczas 2 mld dolarów. Natomiast ogólne straty brytyjskiej gospodarki (czyli rachunek za „darmowy obiad”), wywołane kryzysem walutowym i koniecznością radykalnej podwyżki stóp procentowych przez Bank Anglii szacowano nawet na kilkadziesiąt miliardów funtów. Nota bene Zjednoczone Królestwo opuściło wówczas unijny mechanizm wspólnego kursu walut ERM oraz definitywnie porzuciło myśl o wejściu do strefy euro. Co, jak się dziś okazuje, zmieniło bieg historii.

Szczęściem dla Polski, przy całym bezwładzie aparatu państwa, aż taki „free lunch” dotąd nad Wisłą się nie zdarzył. Ale jak mówi stara, ludowa mądrość – co się odwlecze to….