Obława na normalsów
Jerzy Marek Nowakowski 16.06.2020

No dobrze, „Przeminęło z Wiatrem” to wyciskacz łez. Skoro został usunięty z platformy streamingowej – trudno. Za chwilę wróci zgodnie z zapowiedzią wraz z komentarzem tłumaczącym ten straszliwy rasistowski obraz. Szaleńcom, którzy to robią, daruję. Ale pozbawienie Elmera Fudda dubeltówki z której usiłował upolować Królika Bugsa nie przepuszczę.

 

Liberalne elity (dobra zrobiłem sobie w Internecie test poglądów i mi wyszedł liberalizm, ale być może jeszcze nie zwariowałem) w Stanach Zjednoczonych postanowiły właśnie dokonać zbiorowej ekspiacji po zabójstwie George’a Floyda. Nie bardzo mają świadomość, że owa ekspiacja może okazać się zbiorowym samobójstwem. I to w podwójnym albo wręcz potrójnym sensie. Zamieszki, które wybuchły w Stanach Zjednoczonych po śmierci Floyda, są największym konfliktem rasowym od bodaj półwiecza. Obok wygłupów – bo trudno inaczej interpretować historyjki z „poprawianiem” niesłusznych filmów – mamy także dziesiątki ofiar oraz kapitulację przed rozszalałym tłumem. Jeżeli Minneapolis, rządzone przez czarnoskórą w większości radę, uchodzące za jedno z najbardziej liberalnych miast postanawia rozwiązać lokalną policję, po karygodnym zachowaniu jednego policjanta, to mam wrażenie, że zmierzamy w kierunku co najmniej dziwnym.

Nie chcę się mądrzyć na temat kwestii rasowej w Stanach Zjednoczonych, ale mam wrażenie, że rozruchy są najlepszą kampania wyborczą jaką można zrobić Donaldowi Trumpowi. To pierwsze z samobójstw liberalnej (na europejskie normy – lewicowej) elity. Szanse wyborcze znienawidzonego przez nią Trupa wyraźnie rosną.

Drugie samobójstwo to rezygnacja z wielowymiarowej amerykańskiej historii, w tym z mitu Południa, bardzo mocno obecnego w amerykańskiej kulturze. Siłą Ameryki była opowieść o wolności. Mit, który włączał wszystkich, także tych, którzy stawali po przegranej czy jak kto woli „niewłaściwej” stronie sporów. W końcu największa i najkrwawsza wojna w dziejach USA, czyli wojna secesyjna jest historią o szlachetności. Toczyła się w obronie praw czarnej ludności. Ale po zakończeniu konfliktu zaczął działać amerykański tygiel, który dawał wszystkim równe prawa pod warunkiem lojalności obywatelskiej. Oczywiście była segregacja rasowa i rasizm, ale gdyby nie wolnościowy mit założycielski Ameryki byłoby trudniej znieść segregację i osłabić czynnik rasistowski. Burzenie pomników rzekomych i prawdziwych rasistów stanowi zanegowanie tego liberalnego mitu o amerykańskim wolnościowym marzeniu. Może jesteśmy w takim momencie historii, że Zachód potrzebuje nowych wojen – religijnych, nacjonalistycznych, kulturowych czy rasowych. Skoro w Ameryce trudno o nacjonalizmy to mamy zamiast nich rasizmy. Tak należy użyć liczby mnogiej, bo czarny rasizm, czy rasizm latynoski jest na pewno bardziej agresywny od starego i jakoś oswojonego białego. Rozkwit wewnątrzspołecznej agresji to jednak śmiertelne zagrożenie dla tradycyjnego liberalizmu.

Trzecie samobójstwo liberalnych elit to cios w amerykańskie służby porządkowe. Szacowni dziennikarze, profesorowe i klasa średnia mieszka sobie spokojnie w swoich dzielnicach, głównie dzięki – istotnie legendarnej – brutalności policji. Każdy kto bywał w Stanach wie doskonale, że „stawianie się” policjantowi może się skończyć źle albo bardzo źle. Ale w kraju powszechnego dostępu do broni i bardzo ograniczonej kontrolnej funkcji państwa a na dodatek, w kraju ogromnego rozwarstwienia społecznego policja dysponująca szczególnym statusem i budząca co najmniej respekt jest niezbędnym czynnikiem stabilizacji. Symboliczne zabranie flinty Elmerowi sygnalizuje, że zwolennicy odebrania obywatelom prawa do noszenia broni znów się uaktywnią.

Niewątpliwie czarni Amerykanie mają mnóstwo powodów do frustracji. W jednym z odcinków „Facetów w czerni” mamy znakomitą scenę, kiedy Agent J grany przez Willa Smitha przenosi się w czasie do roku 1969 i zostaje zatrzymany przez policjanta, który stwierdza, że czarny w garniturze i eleganckim samochodzie musi być po prostu przestępcą bo normalnie tacy na Florydzie się nie pojawiają. Od tamtych czasów doszliśmy jednak do drugiej skrajności – akcji afirmatywnej, która wyznacza kwotę czarnych na studiach, w urzędach itd. I do dyktatu poprawności politycznej, która za użycie słowa „czarny”, o „nigger” nie wspomnę, łamie ludziom karierę uniwersytecka czy urzędniczą.

Efektem są Himalaje hipokryzji. Nie ma hollywoodzkiego filmu w którym nie pojawia się, często od czapy, postać pozytywnego czarnego. W serialach królują mieszane rasowo rodziny, chociaż wciąż jest to ułamek rodzin amerykańskich. A z drugiej strony, kiedy nikt obcy nie słucha, mówi się z pogardą o „czarnuchach” czy z nienawiścią o „białasach”. Jednym z fundamentów sukcesu wyborczego Trumpa było to, że zaczął publicznie używać języka jakim w domu mówią normalni Amerykanie.

Na dodatek, chyba w wyniku antytrumpizmu amerykańskie protesty przeciwko rasizmowi przeniosły się do Europy. Błyskotliwe pomysły w rodzaju burzenia pomnika Churchilla czy innych „ohydnych rasistów” mogą wywołać oczywiście gest politowania. Podobnie jak dziewczę protestujące w Warszawie z tabliczką: „Don’t call me murzyn”. (Pytanie jak – Afropolka???) Ale oczywiście o ile policyjnymi metodami nie zostanie usunięty z przestrzeni publicznej Churchill, Murzynek Bambo, Kipling czy „w Pustyni i w Puszczy”, to za chwilę reakcją większości społeczeństw będzie odrzucenie narracji zaprzeczającej tożsamości Europejczyków i przypływ nastrojów rasistowskich.

Gdybym był wyznawcą spiskowej teorii dziejów to bym uznał, że rozruchy wywołał sam Trump, żeby mieć większe szanse na wygraną. Podobnie w Europie wygłupy burzycieli pomników w rezultacie napędzą wyborców skrajnej prawicy.

Oczywiście przez całe stulecia byliśmy rasistami i kolonizatorami. Bo takie były realia społeczne i nikogo to aż do połowy XX wieku nie dziwiło. Poniekąd mamy rasizm zakodowany w genach, bo w naturalny sposób boimy się „obcego”, kogoś kto inaczej wygląda czy inaczej się zachowuje. Poza tym dorobiliśmy się całej literatury o „wyższości białego człowieka”, bo jakoś musieliśmy usprawiedliwić podboje kolonialne. Oczekiwanie, że polityk w XIX wieku nie był rasistą – w dzisiejszym rozumieniu tego słowa – jest równie racjonalne jak oczekiwanie, że lwy zostaną wegetarianami.

Podczas sporu na facebooku o sens protestów w Ameryce młoda i bardzo inteligentna interlokutorka napisała mi w pewnym momencie, że ich pokolenie ma prawo pisać historię na nowo. I być może tu jest pies pogrzebany. Bo w istocie zarówno amerykańskie protesty, polska dyskusja o LGBT jak zachodnioeuropejskie burzenie pomników wskazują na coś, na co bodaj pięć lat temu zwrócił mi uwagę Lech Wałęsa. Na narastająca atmosferę rewolucyjną w świecie zachodnim. Nowe sposoby komunikacji, zmiana stylu życia, powszechna zamożność połączona z ogromnym rozwarstwieniem społecznym i wreszcie zanegowanie wszelkich autorytetów (od religijnych po naukowe) wytworzyły niebywale wybuchowy koktajl zagrażający naszemu stylowi życia.

Nie bez powodu socjologowie piszą często o tym, że najdłużej trwa zmiana mentalności czy też sposobu myślenia ludzi. Tempo zmian technologicznych i społecznych w XXI wieku jest takie, że nasze myślenie i nasze przyzwyczajenia najzwyczajniej za nimi nie nadążają. Pandemia z którą świat się mierzy od kilku miesięcy jest pierwszym takim wydarzeniem w „nowych czasach”. Nigdy w dziejach nie mieliśmy do czynienia z czymś co można porównać do nagłego zgaszenia Światła w całym nowoczesnym świecie. Kiedy przeglądałem gazety z czasów „hiszpanki” to wiadomości o śmiercionośnej grypie z rzadka przebijały się w ogóle na pierwsze strony. A przecież ludzie marli jak muchy. Nikomu nie przyszło na myśl zamykanie granic i powszechne kwarantanny. Tymczasem dzisiaj wirus wywrócił Życie do góry nogami. Jedni widzą w nim szansę na wprowadzenie powszechnej kontroli obywateli i zamkniecie się w granicach państw narodowych. Inni uważają, że potrzebujemy jeszcze większej globalizacji. Generalnie wszakże wirus wywołał potrzebę zmiany. Diabli wiedzą jakiej. Ale tak zaczynały się wszystkie rewolucje. Oglądając dziką agresję w USA i powiewające w Europie tęczowe flagi myślę, że jednak w naszej części Europy mamy pecha. Z dużym opóźnieniem zaczęliśmy dobijać się jakiego takiego dobrobytu i normalności. I zanim zaczęliśmy ten dobrobyt konsumować, z prawa i lewa słyszymy pomruki rewolucji. Czuję się jak ten wilk z ballady Wysockiego/Kaczmarskiego – „obławy dwie przeżyłem już – dziękuję dosyć…”.