Ocalić Zachód przed Zachodem
Tomasz Wróblewski 04.07.2016

Szczyt NATO w Warszawie miał przedefiniować doktrynę obronną Zachodu. Wciąż na to liczymy, ale najpierw Sojusz musi od nowa sam siebie zdefiniować w kontekście dezintegrujących się Europy i świata.

Żyjemy w epoce dezintegracji. Stare sojusze się rozpadają, a nowy porządek wciąż jeszcze nie może się wykształcić. Od Ukrainy po Osetię, od Bliskiego Wschodu po Afganistan, od Syrii po Nigerię – całe połacie globu pogrążone są w chaosie. Obrazy, jakby wyjęte z kadru futurystycznego filmu „Mad Max”, stały się codziennością milionów ludzi. Na pierwszy rzut oka piekło Azji i Afryki trudno zestawić z Brexitem. Wszystko przebiega tu zgodnie z regułami demokracji, bez przemocy, zamachów, ale to dalej jest część tego samego zjawiska – postępującego rozpadu dawnego porządku politycznego. Wielka Brytania opuszczająca Unię, Czesi i Węgrzy przebąkujący o własnym referendum, a Austriacy powtarzający sfałszowane wybory prezydenckie.

Wszystko to są puzzle tej samej groźnej układanki. To, co faktycznie różni jeszcze Europę od reszty świata, to wbrew pozorom nie jest kultura osobista, ale NATO-wski, a dokładniej amerykański, parasol nad Europą. Przez 70 lat dorastały pod nim kolejne pokolenia dobrobytu. Opływające nie tylko w bogactwa i prawa osobiste, ale też w niezwykłe w historii poczucie bezpieczeństwa. Coś, co pozwoliło narodom europejskim rozkwitnąć po II wojnie światowej, ale z czasem pozbawiło je instynktu samozachowawczego. Bezpieczni amerykańskim wojskiem Europejczycy zaczęli się rozbrajać. Uśpieni astronomicznymi świadczeniami socjalnymi tracili chęć do pracy i zdolność do radzenia sobie z kryzysami. Po 2008 r. Europa okazała się bezsilna wobec kolejnych odsłon zapaści finansowych, później wobec rosyjskiej agresji i wreszcie wobec migracji. Od jednego kryzysu – Brexitu – płynnie przechodzimy do kolejnego etapu dezintegracji. Niby wciąż jeszcze mówimy o wspólnocie, solidarności, używamy tych samych wytrychów unijnego uwielbienia dla wolności i demokracji, ale w rzeczywistości przeszliśmy już do etapu wyrywania sobie nawzajem kawałków tego samego tortu. Rywalizacja o londyńskie City to najbardziej spektakularny przykład, ale dalece nie najgroźniejszy. Niemieckie ambicje ścierają się ze środkowoeuropejskim sceptycyzmem i rosnącą falą narodową w Austrii, Holandii, Włoszech, Francji i wróżą Europie jak najgorzej. Stąd też niezwykła rola warszawskiego szczytu NATO. Zwołanego w symbolicznym miejscu i w obawie przed rosyjską agresją, ale w czasie, kiedy w pierwszym rzędzie powinien ratować Zachód przed samym sobą. To dziś jedyne ciało, które może wznieść się ponad małostkowe pokusy Merkel i Hollande’a karania Wielkiej Brytanii za Brexit i zaproponować przyszłym brytyjskim przywódcom udział w tworzeniu nowej strategii obronnej Europy. To okazja, żeby przypomnieć Angeli Merkel, że Niemcy swoją potęgę zawdzięczają nie tylko pracowitości obywateli, ale też solidarnościowym programom, takim jak plan Marshalla czy zaangażowanie po 1990 r. USA w rewitalizację gospodarczą dawnego NRD. To miejsce i doskonały moment, żeby przypomnieć niemieckim politykom blokującym przejazd NATO-wskich wojsk na wschód, że są tylko częścią skomplikowanej układanki zwanej europejskim bezpieczeństwem. Bez amerykańskich gwarancji niemiecki dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa prysną jak bańka. To czas i miejsce, żeby zrewidować forsowaną dotychczas doktrynę obronną, gdzie Polska miała stanowić jedynie przedpole do obrony Niemiec. A na koniec, jeżeli starczy czasu – a musi starczyć czasu – NATO powinno dać silny sygnał, że droga do dobrobytu prowadzi przez silne więzy militarne, ale i silną gospodarkę, która żeby za to wszystko zapłacić, powinna czerpać z brytyjskich doświadczeń rynkowych, a nie socjalnej demoralizacji Francji czy Włoch. To ostatnia taka instytucja na świecie i ostatnia chwila, żeby zachodni świat nie dołączył do Azji i Afryki w ich dezintegracji.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Holger Prothmann/ na lic. Creative Commons/ flickr.com