Od Kaczyńskiego do Spurek, czyli PiS przeciw myśliwym
Łukasz Warzecha 23.07.2020

Zdaję sobie sprawę, że jeśli kolejny tekst na blogu WEI rozpocznę od stwierdzenia, że PiS nie jest partią wolności, to mogę najwyżej wywołać ziewnięcie u swoich stałych czytelników, dla których jest to oczywiste od dawna. Mimo to uważam, że niektóre stwierdzenia trzeba powtarzać nieustannie, żeby nie zatracić właściwego rozumienia pojęć, zatem zaryzykuję: PiS nie jest partią wolności.

 

Żeby było śmieszniej, zachodzi tu syndrom tak częsty w przypadku złodziei czy bigotów: ci, którzy najwięcej pokrzykują o uczciwości albo o cnocie, okazują się potem kraść na potęgę albo utrzymywać dziesięć kochanek. Tu jest podobnie: niemal na każdym kroku Jarosław Kaczyński i członkowie jego obozu politycznego podkreślają, jaką to PiS zapewnia nam w Polsce wolność, podczas gdy ta wolność jest z miesiąca na miesiąc coraz bardziej podkopywana. Oczywiście nie w jakichś wielkich, bardzo widocznych sprawach (może na to przyjdzie czas), ale tak jak to się działo w większości krajów Zachodu – po kawałeczku, gdzieś na marginesach, w sumie składając się jednak na bardzo smutny obraz całości.

Truizmem będzie również, jeżeli po raz kolejny napiszę, że nie będąc partią wolności, PiS nie jest również partią prawicową. Prawicowość oznacza bowiem wolność jako niezbędny warunek odpowiedzialności za własne postępowanie. Tam, gdzie nie ma wolności, nie ma też odpowiedzialności. Wolność rozumiana na sposób konserwatywny nie oznacza oczywiście anarchizacji, ale oznacza trzymanie się państwa tych jedynie obszarów, gdzie jego obecność jest absolutnie obowiązkowa. PiS widzi to całkiem inaczej: państwo ma wkraczać w buciorami w nasze życie, ucząc nas, jak mamy spędzać wolny czas, kiedy pracować, a kiedy odpoczywać, co mamy jeść. Mało tego – w wielu kwestiach partia Kaczyńskiego podąża wprost ścieżkami wytyczonymi przez lewicę. Jedną z takich dziedzin jest ochrona zwierząt.

Nie wiem, czy Naczelnik w pełni widzi konsekwencje działania swojego ugrupowania w tej sferze. Sądzę, że specjalnie się nad nimi nie zastanawia – to obszar, który po prostu nie leży w zasięgu jego zainteresowania.

Sejmowa Komisja Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa dopiero co zarekomendowała Sejmowi odrzucenie w całości obywatelskiego projektu nowelizacji Prawa łowieckiego, który znosił nałożony przez PiS kilka lat temu zakaz uczestniczenia w polowaniach osób poniżej 18. roku życia. Za odrzuceniem projektu głosowało w komisji 15 osób (PiS ma w niej w sumie 20 członków, a cała komisja liczy 39 osób), przeciwko – 10, wstrzymały się 3 osoby. Na stronie komisji nie ma niestety jeszcze sprawozdania z tego głosowania. Co jednak szczególnie ironiczne, nawet Lewica była za złagodzeniem zakazu, chcąc ustanowienia granicy 16 lat. PiS twardo jednak stoi na stanowisku bardziej lewicowym niż Lewica.

Zakaz jest i skandaliczny, i absurdalny. Skandaliczny, ponieważ stanowi ewidentne naruszenie art. 48 polskiej konstytucji, który mówi, że „rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami”. Skandaliczny, ponieważ stoi w jawnej sprzeczności z deklaracjami PiS, które nieustannie gardłuje o zagrożeniach dla spójności rodziny, dla właśnie prawa rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz o tym, że gdyby władzę przejął kto inny, natychmiast zacząłby się wtrącać w życie polskich rodzin.

Absurdalny, ponieważ z jakiegoś powodu – ten powód nietrudno zidentyfikować – PiS postanowił uderzyć akurat w myśliwych, którzy chcieliby swoim dzieciom pokazywać i przekazywać łowiecką tradycję, a nie w sto innych autentycznie demoralizujących dziedzin. Dziecko może bez problemu kupić i grać w najbrutalniejszą nawet grę komputerową, może – bo przecież to kwestia nadzoru i kontroli rodziców (i bardzo dobrze) wejść w najgorsze miejsca internetu, może być w szkole poddawane indoktrynacji różnych lewicowych kręgów – od ekologistów po lobby LGBT, bo tutaj PiS nie zrobił nic mimo wielokrotnych apeli środowisk prawdziwie konserwatywnych.

Mało tego – każdy, kto nie jest zamknięty w jakiejś absurdalnej bańce, wie, że wiejskie dziecko ma do czynienia na co dzień z scenami nie mniej „porażającymi” niż te na polowaniu. Zwierzęta w gospodarstwie rodzą, chorują, są zabijane, łączone i tak dalej. Ale dziecko, nawet 17-letnie, nie może z własnym rodzicem pójść na polowanie.

Przeciwko łowiectwu – podobnie zresztą jak na przykład przeciwko posiadaniu broni – najgłośniej gardłują ci, którzy znają je z internetowych akcji lewackich organizacji w rodzaju „Ludzie Przeciw Myśliwym” (sama nazwa odczłowiecza myśliwych) oraz z „Pokotu” Agnieszki Holland. Tymczasem biorąc udział w polowaniu dziecko uczy się dyscypliny, porządku, karności, ale też – może nawet przede wszystkim – uczy się rozumieć i szanować przyrodę. Dla lewackich aktywistów przyroda jest tylko sztucznym konstruktem, sztafażem, w którym mogą odprawiać swoje lewackie rytuały, w tym wypadku przeciwko myśliwym (tak jak dla aktywistów miejskich sztucznym i wymyślonym konstruktem jest miasto, gdzie odprawiają swoje rytuały przeciwko kierowcom). Dla myśliwych jest rzeczywistością, żywym środowiskiem, które muszą się nauczyć rozumieć, rozpoznawać i darzyć szacunkiem, jeśli chcą uprawiać swoje hobby.

Dlaczego wyselekcjonowano akurat myśliwych i dlaczego to w ich rodziny postanowiono kilka lat temu uderzyć? Przyczyna, jako się rzekło, nie jest trudna do zidentyfikowania. Jarosław Kaczyński swoje lewicowe skrzywienie na punkcie zwierząt prezentował już lata temu. W wywiadzie dla dziennika „Życie” w 1996 roku mówił tak:

A co pan myśli o oblewaniu farbą prawdziwych futer z lisów czy norek?

Jak najlepiej. Moja bratanica uczestniczy regularnie we wszelkich tego typu manifestacjach antyfutrzarskich.

Sam pan też by się przyłączył czy to już forma zbyt drastyczna?

To nie chodzi o drastyczność, ale o to, że moja bratanica ma lat 16, a ja trochę więcej. Ale samo takie działanie jest jak najbardziej pożądane.

Innymi słowy – 24 lata temu Kaczyński wprost deklarował, że w imię prozwierzęcych fobii akceptuje niszczenie cudzej prywatnej własności. Od tego czasu jego poglądy absolutnie się nie zmieniły, czego dowodem był jego występ ledwie kilkanaście miesięcy temu w spocie wyjątkowo szkodliwej prozwierzęcej organizacji Viva (będącej zresztą jedynie polskim oddziałem międzynarodowej siatki, na co Kaczyński powinien być w teorii uczulony), w którym deklarował, jak bardzo chce zakazać hodowli w Polsce zwierząt futerkowych.

To lewicowe prozwierzęce skrzywienie Kaczyńskiego jest doskonale odczytywane przez jego współpracowników, którzy postępują odpowiednio. Lecz trzeba to skrzywienie widzieć w jego pełnym wymiarze, ogarniając wszystkie jego daleko sięgające konsekwencje. To nie jest sprawa wycinkowa. Wydawałoby się, że nic Jarosława Kaczyńskiego nie łączy z szalejącą na punkcie gwałconych krów Sylwią Spurek. Jest jednak inaczej. Idee mają konsekwencje – by zacytować tytuł głośnej książki Richarda M. Weavera z 1948 r. Lewicowe podejście do zwierząt ma różne odcienie, ale ostatecznie kończy się tym samym: zaprzeczeniem chrześcijańskiej antropologii, która bardzo wyraźnie – przy szacunku dla zwierząt – odróżnia je jednak od ludzi.

Radykalni prozwierzęcy aktywiści uważają całkiem serio, że zwierzętom należy przyznać prawa identyczne do posiadanych przez ludzi. Tradycyjna antropologia nigdy się na takie postawienie sprawy nie może zgodzić, ponieważ wychodzi z założenia, że warunkiem posiadania praw jest możliwość dokonywania świadomego wyboru i posiadanie wolnej woli. Tych zwierzęta nie mają – ma je tylko człowiek. Dlatego samo pojęcie „praw zwierząt” – bezkrytycznie zaadaptowane przez PiS – jest niemożliwe do zaakceptowania. Można mówić, owszem, o ochronie zwierząt, ale z pewnością nie o ich „prawach”.

Atak lewicy na myśliwych nie jest przypadkowy. Za jednym zamachem piecze się dwie pieczenie: po pierwsze – uderza się w środowisko, gdzie szczególną, absolutnie podstawową rolę odgrywają liczące sobie setki lat zwyczaje i tradycje, a już samo to zawsze wywołuje lewicową wściekłość; po drugie – forsuje się w ten sposób strategię „uczłowieczania” zwierząt. Tą dokładnie drogą podąża PiS. I jest to dokładnie ta sama droga, którą idzie Sylwia Spurek, z tym że ona jest po prostu kilkanaście kroków do przodu. Wystarczy jednak, żeby się obejrzała przez ramię, a zobaczy, że Jarosław Kaczyński drepcze niedaleko za nią.

Lecz to nie koniec potencjalnie fatalnych konsekwencji narzuconego przez PiS zakazu. PiS bowiem jest, jak również wielokrotnie już wskazywałem, partią skrajnie paternalistyczną, czyli uważa, że państwo ma prawo odgrywać wobec obywateli rolę rodzica. Jeśli przyjąć powtarzane przez zwolenników zakazu jego uzasadnienie – że rzekomo udział dzieci w polowaniach niszczy ich psychikę – jest tylko kwestią czasu, gdy identycznie uzasadni się zakazy w innych dziedzinach. Jak wiadomo, psychologowie stawiający nawet najgłupszą tezę i popierający to „badaniami” znajdą się zawsze. Za moment okaże się więc, że szkodliwy wpływ na psychikę dzieci ma zabieranie ich na strzelnicę (całkowicie na razie legalne) czy choćby uczenie je jazdy konnej – bo przecież to utrwalanie schematu wykorzystywania zwierzęcia przez człowieka. A może psychikę dziecka dewastuje również trzymanie w domu ptaszka w klatce? A może – to już z innej dziedziny – niedopuszczalny wpływ na niedojrzałą psychikę ma zabieranie dziecka do kościoła? Można się śmiać, ale w czym różni się zgoda, aby państwo decydowało, że rodzic nie może sam ocenić dojrzałości swojego dziecka i, dokonawszy takiej oceny, zabrać je na polowanie od zgody, aby państwo zabroniło rodzicowi zabierać dziecko na mszę, skoro – zdaniem wielu – w kościele dochodzi do indoktrynacji i siania nietolerancji?

Dziś takie przewidywania mogą się wydawać przesadzone i zapewne zwłaszcza to ostatnie nie zostałoby zrealizowane za rządów PiS (choć już zakaz zabierania dzieci na strzelnicę – niekoniecznie). Ale przecież PiS nie będzie rządził wiecznie, a tymczasem otworzył już furtkę dla określonego sposobu myślenia i argumentacji o tym, co państwu wolno i na jakiej podstawie.

Trzeba zatem na koniec powtórzyć: PiS nie jest partią wolności, PiS nie jest też partią konserwatywną. PiS jest lewicą, również w sensie kulturowym, a Kaczyński spogląda w tę samą stronę co Spurek.