Od Mrożka do Putina
Jerzy Marek Nowakowski 28.01.2020

W opowiadaniu „Lucuś” Sławomir Mrożek proroczo opisał bojowników o wolność. Jak wiadomo Lucuś walczył. Ukoronowaniem była wycieczka do lasu gdy na śniegu napisał „Generał Franco wam pokaże”.

 

Dzisiaj tabuny Lucusiów wypinają piersi po ordery i pokrzykują „precz z komuną”. Co gorsza Lucuś powinien stać się patronem różnych instytucji rzekomo walczących o dobre imię Polski na świecie.

Kiedy obserwuję propagandowy kontredans wokół 75. rocznicy wyzwolenia Auschwitz łapię się za głowę. Długa seria dyplomatycznych i propagandowych błędów jest łatana w ostatniej chwili wątpliwymi pomysłami i bardzo słabą propagandą. Na dodatek w naszym sporze (bo nie żadnej „wojnie”) historycznym z Rosją przyjmujemy błędne diagnozy i jeszcze gorsze recepty jego rozwiązania. A propagandyści ogłaszają właśnie wielkie zwycięstwo nad Putinem, którego rzekomo zmusiliśmy do milczenia.

Od początku. Po pierwsze Polska wcale nie jest głównym celem działań propagandowych Rosji. Po drugie, byłbym daleki od entuzjazmu po wysłuchaniu wystąpień podczas uroczystości w Jad Waszem. Ani wiceprezydent USA tak bardzo Polski nie bronił, ani Władimir Putin tak bardzo nie brał pod uwagę wystąpień naszych wiceministrów, straszących go lucusiową metodą. Rosyjski prezydent – a jeszcze wspomógł go organizator jerozolimskiego Forum M. Kantor – opowiedział to co chciał. O Rosji jako kraju najbardziej zaangażowanym w walkę z antysemityzmem i jako mocarstwie, które z innymi „wielkimi” ma rozmawiać o zapobieżeniu rasizmowi i antysemityzmowi. Mówił także o „wspólnikach” Hitlera, którzy uczestniczyli w eksterminacji Żydów. Po trzecie, wbrew diagnozom wielu publicystów, uroczystości rocznicowe w Jerozolimie i Oświęcimiu nie były wcale punktem docelowym rosyjskiej ofensywy propagandowej.

Rosjanie nie toczą żadnej wojny z Polską o historię. To dzieje się niejako przy okazji. Głównym celem Moskwy jest doprowadzenie do nowego „resetu” z Zachodem. A narzędzia historyczne są użyteczne głównie do tego, by odbudować narrację obecną na Zachodzie od 1945 roku i z lekka zachwianą w ostatnich latach, że Rosja była głównym kontrybutorem i motorem walki z faszyzmem i Hitlerem. Miły „uncle Joe” nie był przecież współwinny wybuchowi wojny (nota bene Putin w Jerozolimie powtórzył, iż wybuchła ona w roku 1941) tylko od pierwszej chwili z paskudnym Adolfem walczył. A już z antysemityzmem to szczególnie. Kwestia walki z antysemityzmem jest o tyle ważna, że pomimo ponad 300 milionów dolarów wydawanych na telewizję RT i kolejnych setek milionów na kupowanie dziennikarzy, agencję „Sputnik”, i tak dalej rosyjska wizja historii ma dużo mniejszą siłę oddziaływania od izraelskiej. Ale połączenie rosyjskich pieniędzy z siłą historycznej opowieści Izraela daje siłę propagandową, której nikt w świecie nie zdoła się przeciwstawić. I w perspektywie uroczystości 75-lecia zakończenia II wojny światowej, które Kreml zamierza przeprowadzić na niebywałą skalę, współpraca z Izraelem wydaje się absolutnie kluczowa.

Punkt docelowy nowej narracji historycznej Moskwy ma adresatów wewnątrz i na zewnątrz. W Rosji (a nawet szerzej na obszarze całego b. ZSRS) opowieść o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej jest kluczowym mitem założycielskim. Pamiętam taką rozmowę z jednym z rosyjskich polityków obozu demokratycznego gdzieś w początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Mój rozmówca – życzliwy Polsce i zabiegający o jak najlepsze relacje rosyjsko-polskie – prosił, byśmy nie nadużywali w naszej opowieści o historii określenia „druga okupacja” na wkroczenie Sowietów do Polski. „Przez 70 lat – powiadał – tłumaczono nam, że carat to było więzienie narodów, najbardziej reakcyjny reżim świata. Teraz okazało się, że komunizm był nieszczęściem ludzkości, systemem zacofanym i zbrodniczym. Pytamy się wobec tego, czy my Rosjanie jesteśmy przeklętym narodem, zakałą świata? I nagle pojawia się jeden jasny obraz. To my uwolniliśmy świat od faszyzmu. My pokonaliśmy Hitlera. Nasze istnienie ma sens”. Nikt z poważnych polityków w Rosji nie przyłoży ręki do dekonstrukcji owego mitu. Oskarżanie Rosjan jednym tchem, że wywołali wojnę na spółkę z Hitlerem a potem nikogo nie wyzwalali tylko okupowali, może przynieść skutki odmienne od założonych. Cała maszyneria rosyjskiej propagandy, solidarnie wsparta przez ośrodki niezależne, skupi się na obronie oficjalnej wizji Kremla. Co więcej przeciętny obywatel Rosji zostanie utwierdzony w przekonaniu, iż Polska jest patologicznie (i kłamliwie) antyrosyjska. A otoczenie międzynarodowe? To właśnie jest główny cel Rosjan. Warto zwrócić uwagę, że prokremlowscy publicyści przypominają a to o układzie monachijskim a to o tym, że ostatnimi obrońcami Reichstagu w 1945 r. byli Francuzi i Estończycy, a to o sojuszniczych oddziałach rumuńskich czy słowackich maszerujących ramię w ramię z Wehrmachtem. Bo celem na 9 maja jest powiedzenie – „wszyscy byli umoczeni”. I postawienie tezy, że w 75 lat po zwycięstwie ówcześni sojusznicy nie powinni się koncentrować na przeszłości. Ta jest piękna i chwalebna. A winy są rozłożone po równo. Trzeba w opozycji do ukraińskich, łotewskich, litewskich czy polskich „sojuszników Hitlera” budować lepszą przyszłość Europy.

Rosjanie mają sporo argumentów. Nie tylko wielki – i mocno mitologiczny – rynek. Ale mają na przykład żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Ktoś musi zapełnić pustkę po Amerykanach. Zaś Europa panicznie się boi zaangażowania w konflikty. Skoro Rosjanie mogą ginąć za spokój w Syrii czy Libii to może warto przymknąć oko na jakiś nieistotny konflikt na Ukrainie. Zwłaszcza, że ci paskudni Ukraińcy powtarzają polskie kłamstwa o zmowie totalitarnych reżimów.

No i popatrzcie w tej wschodniej Europie nie ma żadnej demokracji tylko zamordyzm i antysemityzm. No i jeszcze faszyzm. Kiedy po wyjściu Wielkiej Brytanii większość w Unii Europejskiej stanowią już niegdysiejsi sojusznicy Hitlera może nie warto rozdrapywać ran. Pomysł Fiodora Łukianowa, żeby dogadać się z biurokracją brukselską na bazie krytyki Polski nie jest wcale taki głupi. Warto pamiętać, że najbardziej prozachodnimi władcami Rosji (a przynajmniej za takich uznawanymi) byli: Katarzyna II oraz Aleksander I i II. Chwaleni przez zachodnich intelektualistów, a równocześnie likwidujący polską (reakcyjną) niepodległość. Władimir Putin proponujący w Jerozolimie nową wersję Kongresu Wiedeńskiego z całą świadomością odwołuje się do tej wizji.

Rosyjska machina propagandowa pracuje od co najmniej dwóch lat na rzecz powolnego przypominania, że Moskwa to dobry i potrzebny partner Zachodu, a już szczególnie Europy. Że przejmowanie się jakimiś Gruzinami, Ukraińcami czy Polakami jest pozbawione sensu gdy na stole leżą globalne interesy. I powtórzę, nie chodzi o Polskę. Nawet nie o Ukrainę. Celem Władimira Putina jest powrót do polityki koncertu mocarstw.

Polityki, nie muszę dodawać śmiertelnie dla nas niebezpiecznej. Metoda Lucusia może tylko nas ośmieszyć. Aby polska narracja osiągnęła jakikolwiek skutek musi być solidnie przemyślana i być narracją rzeczywiście polską a nie rządową czy partyjną. Prezydent powinien zwołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego, a jeszcze lepiej możliwie najszersze spotkanie elit opiniotwórczych. Nie po to by znów się obrzucić wyzwiskami. Po to byśmy zdołali zapobiec czemuś co kiedyś nazywałem nową Jałtą, ale można równie dobrze mówić o nowym Kongresie Wiedeńskim, czy dowolnej innej zmowie mocarstw.

Widać wyraźnie, że celem Moskwy jest to by 9 maja stał się początkiem nowego etapu jej relacji z Zachodem. Rosjanie nie mają ochoty być chińskim czy amerykańskim satelitą. A bez Europy nie mają wyjścia. Tyle, że ograniczona europeizacja rosyjskiej polityki będzie jak wielokrotnie w historii w istocie ograniczoną rusyfikacją Europy. Dla Polski jest to perspektywa mordercza. Szczerze mówiąc mało mnie obchodzi czy konfederatami porywającymi króla są dziś sędziowie z Sądu Najwyższego czy minister Ziobro i spółka. Ale polska polityka zaczyna wyglądać tak jak ta z końcówki XVIII wieku. Co najgorsze w świecie nieporządek jest też podobny jak w epoce oświecenia. Dla Polski wyzwanie jest najtrudniejsze z możliwych. Musimy skorzystać z doświadczeń przeszłości. A bez skończenia wojny polsko-polskiej będzie to niemożliwe.