Odczepcie się od fast-foodów
Łukasz Warzecha 25.05.2019

Im bardziej państwo rozdęte, im bardziej etatystyczne, w im większym stopniu kontroluje obywateli i im więcej jego funkcji jest finansowanych z budżetu, czyli o im większej części wydatków decydują urzędnicy, rozdysponowujący nasze pieniądze – tym bardziej państwo czuje się właścicielem obywatela i tym bardziej traktuje go jak hodowlaną trzodę. Pisałem już o tym jakiś czas temu na blogu WEI: naturalną konsekwencją takiego podejścia jest, że gdy pojawiają się jakieś kolejne zakazy lub nakazy – a jest ich zwykle w tak urządzonym państwie mnóstwo – zawsze też pojawia się argument, że państwo ma prawo je wydawać, bo przecież utrzymuje dobrostan obywateli z centralnego budżetu. Inaczej mówiąc – można traktować obywateli jak bezrozumne bydło, którym muszą kierować mędrcy z ministerstw, bo dzięki ich przemądrym decyzjom państwo wyda mniej na leczenie, odszkodowania, naukę czy co tam jeszcze.

 

Są ludzie, którym bycie hodowlanym bydłem odpowiada. Lubią wiedzieć, że sami nie muszą myśleć ani decydować, bo dobrotliwy gospodarz robi to za nich. Mnie to nie pasuje. Dlatego niezmiernie irytują mnie pomysły takie jak interwencja Ministerstwa Zdrowia w Ministerstwie Edukacji, której celem jest wykreślenie z programów szkolnych wycieczek posiłków w fast-foodach. To absurd na wielu poziomach.

Uzasadnienie jest banalne i oklepane: fast-foody są złe i serwują niezdrowe jedzenie, więc nie można uczyć dzieci fatalnych nawyków żywieniowych i sprawiać, że będą grubsze i dlatego do McDonald’s chodzić nie będą. Pierwsze zatem pytanie powinno brzmieć: jaki wpływ ma przejście się w ramach szkolnej wycieczki do McDonalda na kształtowanie nawyków żywieniowych oraz na zdrowie dzieci? Odpowiedź brzmi: żaden, w obu przypadkach. Interwencja MZ jest zatem klasycznym przykładem magicznego myślenia urzędników czy ustawodawców: podejmijmy uchwałę, zróbmy ustawę albo rozporządzenie, skonstruujmy zalecenie w naszym zdaniem słusznej sprawie, a problem się rozwiąże. Nie idzie za tym żadna głębsza analiza, bo gdyby poszła, nie dałoby się już wykonywać takich pięknych gestów i epatować mediów urzędniczą wrażliwością na ludzkie problemy.

Wycieczki szkolne czy przedszkolne odbywają się kilka razy w ciągu roku szkolnego. Może, jeśli nauczyciel jest szczególnie aktywny, kilkanaście razy. Ale – o ile traktować poważnie deklaracje niedawno strajkujących nauczycieli, że tego typu aktywności będą ograniczać – może to być wkrótce trzy, cztery razy. Czy wizyta w fast-foodzie kilka, a nawet kilkanaście razy w ciągu roku szkolnego (zakładając, że za każdym razem byłaby częścią programu, a przecież tak nie jest) w jakimkolwiek stopniu wpłynie na nawyki żywieniowe? Oczywiście, że nie. Nawyki żywieniowe kształtuje dom. Jeśli dziecko regularnie chodzi z rodzicami do fast-foodu, to gdy przestanie chodzić ze szkołą, niczego to nie zmieni. Jeśli rodzice mają hopla na punkcie zdrowego żywienia, to nie zaczną dziecka karmić hamburgerami tylko dlatego, że zje je pięć czy dziesięć razy w ciągu dziesięciu miesięcy.

Gdyby paternaliści chcieli być konsekwentni, musieliby ustalić dopuszczalne menu w domach, gdzie są dzieci, a następnie powołać Narodową Inspekcję Żywieniową, która wchodziłaby z buta do prywatnych mieszkań w porze kolacji. „O, widzimy, że podała pani dziecku frytki zamiast sałaty. No, będzie mandacik, pięć tysięcy. Ale następnym razem to już wystąpimy o ograniczenie praw rodzicielskich”. Fantastyka? Nie, to tylko logiczna konsekwencja sposobu myślenia, o którym mówimy.

Tym bardziej incydentalne wizyty w fast-foodzie nie miałyby najmniejszego wpływu na zdrowie dzieci. Wbrew manipulacjom takim jak głośny swego czasu film „Super Size Me”, hamburgery też są dla ludzi, nawet te z fast-foodów – byle nie traktować ich jako codzienne jedzenie.

„Super Size Me”, film Morgana Spurlocka z 2004 roku, był klasyczną manipulacją w tonie antyglobalistycznej propagandy. Reżyser i narrator jadł bowiem przez miesiąc wyłącznie w McDonald’s. Trudno się dziwić, że przybrał na wadze i źle się czuł. Działo się to zresztą w czasach, gdy fast-foody nie wprowadziły jeszcze do swoich menu zieleniny i wegetariańskich pozycji.

Dlaczego szkolne czy przedszkolne wycieczki stołują się w fast-foodach? Przecież nie z powodu jakiegoś niecnego spisku międzynarodowej korporacji (zresztą w Polsce działającej poprzez franczyzę, więc dającej możliwości naszym rodzimym małym przedsiębiorcom). To po prostu wygodne, gdy ma się do ogarnięcia trzydzieścioro dzieci i trzeba im zapewnić posiłek. Nie wchodzi przecież w grę zastąpienie tego zwykłą restauracją (zresztą dużo droższą), a noszenie ze sobą kanapek nie zawsze jest wygodne i możliwe. I nie zawsze jest je gdzie zjeść. Może zatem mędrkowie z Ministerstwa Zdrowia zaproponowaliby szkolnym wychowawcom alternatywę i wskazali, gdzie ich zdaniem powinni się żywić uczniowie podczas wycieczki?

Przede wszystkim jednak trzeba sobie zadać pytanie fundamentalne: dlaczego ministerialny urzędas ma decydować o tym, gdzie dzieci mają jeść na wycieczce? Odpowiedź jest tylko jedna i zawarłem ją na początku tekstu: może to czynić, o ile dojdziemy do wniosku, że państwo jest właścicielem obywateli i może ich w związku z tym traktować jak trzodę hodowlaną. Jeśli jednak takiego podejścia nie akceptujemy, to nie możemy również zaakceptować podobnych interwencji z centralnego szczebla.

Szkoła – od czego trzeba zacząć – jest przede wszystkim do uczenia twardej wiedzy, a nie od wychowywania. Na pierwszym planie powinny być kwestie takie jak program nauczania czy sposób pracy z uczniami, a nie jakieś bzdury w rodzaju wizyt w McDonaldzie. Nie podchodząc do tej reguły ortodoksyjnie, można, owszem, uznać, że zadaniem szkoły jest także dbanie o podstawowe kwestie wychowawcze, czyli na przykład o wpojenie rudymentarnych form współżycia – to jest zresztą konieczne, aby szkoła w ogóle mogła funkcjonować. Można także założyć, że wychowanie szkolne może dotyczyć spraw podstawowych dla funkcjonowania społeczeństwa, takich jak szacunek dla własnej historii i wiedza, skąd się wzięliśmy. Ale do tego typu zagadnień z całą pewnością nie należą kwestie w rodzaju modelu odżywiania czy akcji w stylu „sprzątania świata”.

Rodzice natomiast mogą uznać, że nie chcą, by ich dzieci w czasie szkolnej wycieczki odwiedzali fast-foody. Ale to powinna być decyzja nie na poziomie mądrali z ministerstwa, ale na poziomie konkretnej klasy (podjęcie takiej decyzji na zebranie na początku roku szkolnego nie jest chyba większym problemem) lub ewentualnie szkoły. To byłoby w porządku.

Pomysł MZ skupia w sobie kilka plag, o których nie tylko tutaj pisałem wielokrotnie.

Po pierwsze – magiczne myślenie rządzących. Fatalne w skutkach, bo jego jedynym skutkiem jest przeregulowanie rzeczywistości, a nie rozwiązywanie problemów.

Po drugie – przekonanie, że kwestiami zdrowia (bezpieczeństwo to drugi tego typu pretekst) można uzasadnić każdy nonsens i każdą interwencję w swobodę podejmowania decyzji przez obywateli.

Po trzecie – mieści się we względnie nowym nurcie lewicowej poprawności politycznej, obejmującym wiele kwestii, ogólnie rzecz biorąc związanych ze zdrowiem czy ekologią. A pod tym względem rząd PiS idzie zdecydowanie lewym kursem.