Oddelegować miastojanuszy na śmietnik
Łukasz Warzecha 31.03.2020

Optymizm jest dzisiaj towarem bardziej deficytowym niż maseczka na twarz w Polsce. Postanowiłem więc czytelnikom mojego bloga pokazać, że nawet w tym trudnym czasie pojawiają się, pojedyncze wprawdzie, ale jednak optymistyczne wątki. Co z nich potem wyniknie – zobaczymy. Ważne, że są.

 

Oto dramat przeżywają antysamochodowi szaleńcy z organizacji o jakże mało pretensjonalnej i skromnej nazwie Miasto Jest Nasze, złośliwie nazywani „miastojanuszami”, na czele z towarzyszem Mencwelem. Miastojanusze przez ostatnie lata starali się przekonywać, że należy koniecznie wyeliminować z warszawskich ulic samochody, a przynajmniej uczynić życie ich właścicieli możliwie upierdliwym, ponieważ to prywatne auta miały być najważniejszym winowajcą smogu. MJN z fanatyczną zapalczywością wspierało każdą inicjatywę ratusza, zmierzającą do ograniczenia praw kierowców: wszelkie zwężenia, buspasy, drogi dla rowerów, kontrapasy i likwidowanie miejsc parkingowych. Smog był jednym z głównych argumentów.

Teraz ruch w Warszawie jest znikomy. Korków nie ma nawet w godzinach najgorszego szczytu. Według Zarządu Dróg Miejskich jego natężenie zmalało o 41 proc. w stosunku do początku marca. I pewnie zmaleje jeszcze bardziej, bo takie będą skutki nieuchronnych zwolnień i pracy zdalnej. Tymczasem, ku rozpaczy miastojanuszów, smog nie tylko się nie zmniejszył, ale wręcz powiększył. MJN, zdając sobie sprawę ze spektakularnego krachu swojej opowieści o złych blachosmrodziarzach, którzy trują biednych warszawian, zaczęło w panice poszukiwać jakiegoś wyjaśnienia tego fenomenu i doszło do wniosku, że – po pierwsze – smog wynika z tego, że kierowcy jeżdżą pustymi ulicami szybciej oraz – po drugie – z tego, że jeżdżące samochody unoszą pył, który spadł był na ulice jeszcze przed epidemią. Dla tego ostatniego zjawiska wymyślili nawet fachowo brzmiącą nazwę „unos wtórny”. Ja z kolei wymyśliłem podsumowujący tę hipotezę dwuwiersz:

Unos wtórny –

Pomysł durny.

Z szybką jazdą ulicami też jest dość zabawnie, bo analiza zanieczyszczeń pokazała, że największy smog jest na warszawskim Zaciszu – a to akurat okolica pełna wąskich, małych osiedlowych uliczek między jednorodzinnymi domkami, więc raczej trudno sobie wyobrazić, aby ktoś pędził tam z oszałamiającą prędkością.

Czas epidemii weryfikuje bezlitośnie miastojanuszowe opowieści z mchu i paproci, ale trzeba przyznać, że przy antysamochodowej ideologii trwa również uparcie prezydent Trzaskowski, który na mapie polskich miast sytuuje się jako jeden z ostatnich obrońców płatnego parkowania podczas pandemii, powtarzając jak katarynka, że musi zapewnić rotację miejsc parkingowych – choć, jako żywo, nie bardzo jest co rotować. Jego postawa budzi w pewnym sensie nawet podziw. Jest trochę jak ostatni obrońca poglądu, że płaska Ziemia spoczywa na grzbiecie czterech żółwi. O ile jednak wtedy byłby po prostu nieszkodliwym idiotą, trwając przy opłatach za parkowanie szkodzi ludziom. Wielu z nich jeździłoby do pracy – skoro ją jeszcze mają – własnymi samochodami, gdyby nie musieli płacić za cały dzień parkowania. Ale najwyraźniej pan prezydent Trzaskowski wziął sobie opłaty za parkowanie za jakiś wyjątkowy punkt honoru i nie zawiesi – bo nie. Nawet gdyby w Alejach Jerozolimskich wylądowali Marsjanie, to wysłałby strażników, żeby dopilnowali, że bilecik parkingowy w automacie nabędą. Nie wiem tylko, jaki numer rejestracyjny by wstukali.

Skutki epidemii będą dramatyczne i bardzo daleko idące. Wielu nie jesteśmy dzisiaj w stanie przewidzieć, ale niektóre już z dużym prawdopodobieństwem – tak. Możemy zatem przewidzieć, że gdy państwo zacznie być budzone z hibernacji (oby jak najprędzej), trzeba będzie zachować część rozwiązań z okresu zamrożenia, w tym zwłaszcza dotyczących ostrożności, chroniącej nas przed zakażeniem. I tu całkiem oczywiste jest, że obsesyjne, fanatyczne, uparte dążenie do wyrzucenia z miasta samochodów powinno zostać uznane za groźne dla ludzkiego życia wariactwo. Samochody po epidemii – oraz, rzecz jasna, w jej trakcie – są po prostu o niebo bezpieczniejsze od publicznego transportu.

To zresztą powinno wpłynąć nie tylko na oddelegowanie miastojanuszy tam, gdzie ich miejsce, czyli na śmietnik (koniecznie z ekopoprawną segregacją odpadów), ale też na zmianę polityki rządu. Bo – przypomnę – to rząd wrzucił w cenę paliwa kolejny podatek w postaci opłaty emisyjnej i nie ma znaczenia, że benzyna jest akurat teraz rekordowo tania. Bez tego podatku mogłaby być jeszcze tańsza. To również rząd wymyślił sobie strefy niskoemisyjnego transportu oraz umożliwił drastyczne podwyżki opłat za parkowanie. Wszystkie te wynalazki powinny zostać wycofane jak najszybciej. To już nie jest kwestia sporu pomiędzy ideologiczną wrogością wobec indywidualnego transportu a obroną kierowców przed traktowaniem ich jako obywateli drugiej kategorii, tylko kwestia naszego bezpieczeństwa. Liczę, że nastąpi opamiętanie.