Opozycja nie chce wygrać wyborów
Tomasz Wróblewski 31.05.2019

Grzegorz Schetyna ma racje, że gdzieś jest program, który pozwoliłby mu wygrać wybory z PiS. I nawet nie musiałby go specjalnie szukać. Wystarczy zwykły kalkulator. Ale Grzegorz Schetyna przegra kolejne wybory, nie dlatego, że nie umie się posługiwać kalkulatorem, ale dlatego, że model państwa jakie proponuje PiS jest mu na rękę. Gorzej, Pan Grzegorz i bliskie mu otoczenie, nie chce rządzić za cenę programu, który dałby im zwycięstwo.

 

Popularna, w szeregach opozycji, ocena przyczyn porażki brzmi – nie da się konkurować z kimś kto zbudował program na rozdawaniu pieniędzy. No cóż, Ronald Reagan i Margaret Thatcher muszą patrzeć gdzieś na nich z góry i mają z tego niezły ubaw. Choć co do teorii można się zgodzić, że obdarowani wyborcy chętniej odwdzięczają się głosami swoim politycznym dobroczyńcom. Ale kto powiedział, że obdarowywać można tylko cudzymi pieniędzmi. 500 plus, 500 plus bis, 13 emerytura, wyższa płaca minimalna – wszystko to są wyrzeczenia, które rząd wymusza na pracodawcach i klasie średniej, ze swojej strony nie proponuje żadnych pro-rozwojowych programów. Nic co poprawiłoby system edukacji, co zwiększyłoby konkurencyjność wsi, ściągnęło inwestycje zagraniczne, obniżyłoby ceny nowych mieszkań, zachęciło młodych ludzi do zostania w kraju, a Polki do rodzenia dzieci.

Żeby była jasność, Polakom należą się wyższe zarobki. I trzeba im dawać, ale nie żonglować ich pieniędzmi. To co opozycja może obiecać, ale nie obieca, to gwarancje, że wyborcy dostana więcej i to więcej niż dał im PiS. Może obiecać, że ich prezent obejmie większą grupę ludzi, a ci wzbogacą się trwale, a nie tylko na czas koniunktury. Na początek, te 40 mld złotych, które rząd, z naszych podatków, przeznaczył na kolejną 500-tke i trzynastą emeryturę, można przekierować na wyższy koszt uzyskania przychodu. W praktyce nikt kto zarabia 8 tys. i mniej, nie musiałby już płacić podatków dochodowych. To też żywe pieniądze ale zastrzyk dla gospodarki nieporównanie większy.

Stratnym byłoby oczywiście państwo – mniejsze wpływy do budżetu, przynajmniej w pierwszym okresie. To oznaczałoby konieczność zaciskania rządowego pasa. Mniej trwonienia publicznych pieniędzy, więcej przekierowywania aktywności państwa na prywatne podmioty. Trzeba byłoby zrezygnować z mnożenia państwowych instytucji. Mniej chybionych politycznych eksperymentów, jak reforma edukacji, apteka dla aptekarza, wolne niedziele, zakaz handlu ziemią rolną. No i mniej nieudaczników w spółkach skarbu. Rząd musiałby po prostu poszukać lepszej kadry dla zwiększania dochodu, bo nie byłoby już z czego dopłacać do spółek energetycznych i im podobnych. Czy to oznaczałoby prywatyzacje, czy wprowadzenie rynkowych mechanizmy zarządzania i nominowania zarządów, to już drugorzędne. Ważne, że w makro skali, wszystko to razem dałoby szybszy rozwój gospodarczy, znaczącą poprawę dobrobytu, w tym tych najniżej zarabiających. Stabilizacja i przewidywalność systemu pozwoliłaby na ściąganie nowych inwestycji, a opozycja, wreszcie miałaby własny, a nie skopiowany program wyborczy. Program, co gwarantuje rozwój a nie zjadanie własnego ogona.

Jeden minus takiego przeobrażenia gospodarczego, to mniej posad dla kuzynów i kuzynek polityków. Odejście od państwa etatystycznego w stronę państwa „liberalnego” – o którym Schetyna tak chętnie prawi, ale nawet jeżeli wie co to znaczy, to nigdy by się w takim kraju nie odnalazł. Bo trzeba państwu wiedzieć, że kiedy politycy nie rozdają waszych pieniędzy, to rozdają posady ludziom, którzy z wdzięczności później gotowi są wyjść ze skóry dla nich. I to jest jedyny model rządzenia jaki opozycja zna. Nigdy nie zaproponuje zwycięskiego programu, alternatywy dla rozdawnictwa, bo wie, że jej przywódcy byliby pierwszymi, których taki system wyplułby z polityki. Stąd lepsze jest tkwienie na pewnej posadce w opozycji finansowanej z podatków niż nawet rządzić państwem, które go nie będzie już potrzebowało.