„Ordo iuris” przesłuchuje, czyli płacz, policja i uczelnia
Artur Kiełbasiński 29.05.2020

Przez media przetacza się fala informacji ze Śląska. Policja i przedstawiciel katolickiej organizacji Ordo Iuris przesłuchują studentów. Media podbijają emocje: studentki płaczą, studenci są w panice. Mało kto zajmuje się jednak istotą sprawy.

Przypomnijmy fakty. Sprawa dotyczy sporu wokół wykładów profesor Ewy Budzyńskiej. W marcu 2019 r. studenci Uniwersytetu Śląskiego zarzucili wtedy wykładowcy socjologii nietolerancję i homofobię. Na ogólnych zarzutach się nie skończyło – grupa studentów oficjalnie złożyła skargę na prof. Budzyńską już w tym roku. Rzecznik dyscyplinarny Uniwersytetu Śląskiego wnioskował o ukaranie wykładowczyni naganą, ta jednak na znak protestu odeszła z uczelni.

Sprawa nabrała nowej dynamiki w ostatnich dniach, gdy pojawiły się informacje o przesłuchaniach studentów przez policję i przedstawiciela katolickiej organizacji Ordo Iuris. Sprawa dotyczyła podejrzenia fałszowania dowodów w skardze studentów przeciwko wykładowcy. Zawiadomienie złożyła osoba niezwiązana bezpośrednio ze sprawą. I w kontekście tych przesłuchań pojawiły się medialne doniesienia o studenckim strachu i łzach.

Napiszę wprost. Sprawa jest kluczowa dla polskiej nauki. Podobnych sporów – związanych z konfliktami wartości i jakością badań naukowych będzie w najbliższych latach przybywać. A spory będą się zaostrzać. To co się dzieje wokół Uniwersytetu Śląskiego, to tylko zapowiedź tego, co nas czaka w najbliższych latach.

Przeanalizujmy więc katowicki przypadek krok po kroku.

1) Przedstawiciel „Ordo Iuris” w sprawie to rzecz normalna. Każdy zgłaszający zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa może wyznaczyć swojego pełnomocnika w sprawie. I ten pełnomocnik może uczestniczyć w różnych czynnościach procesowych. Dziś jest to prawnik związany z „Ordo Iuris” jutro, w innej sprawie będzie to prawniczka związana z „Dziewuchy dziewuchom”. To normalna realizacja procedury karnej. Sensacji tu nie ma co szukać, choć zawsze ktoś może na obecności pełnomocników budować jakieś emocje.

2) Płacz i emocje studentów pokazują, że nie rozumieją oni, co zrobili. Przepraszam, wyjdę zapewne na cynika, ale te łzy mnie… irytują. Może jestem zbyt mało empatyczny w tej sprawie, ale mam wrażenie, że ktoś nie rozumie naturalnych konsekwencji swoich czynów. „Podpiszmy skargę na wykładowcę!”. Będzie fajnie, bo wykładowca taki „nie-fajny”. „Zróbmy coś, usuńmy ją z uczelni”. Klimat dyskusji przy zbieraniu podpisów wydaje się jednoznaczny.

Jednak trzeba sobie uświadomić, że to nie jest pismo w uogólnionej sprawie, dotyczące abstrakcyjnych problemów. To atak na konkretną osobę, z określoną pozycją zawodową i naukową. Atak na jej wiarygodność, w środowisku naukowym, gdzie wiarygodność ma kluczowe znaczenie. I każdy podpisujący się pod protestem musi mieć znaczenie, że osoba przeciwko której skierowana jest skarga (lub ktoś inny) ma prawo zakwestionować zarzuty, powiedzieć „sprawdzam”. Przerażeni dziś studenci i płaczące studentki mają właśnie szansę poznać wagę swojego podpisu. Piszesz skargę – bądź gotowy bronić swoich racji w publicznej debacie. Nie tylko w warunkach, które odpowiadają Tobie.

I uprzedzając wszelkie komentarze polityczne. To samo prawo do obrony i weryfikacji oskarżeń dotyczy wszystkich stron. Tak samo mają prawo bronić się wszyscy naukowcy, atakowani w sferze publicznej. Tu nie ma podziału na prawicę i lewicę. Kryterium oceny ma być kompetencja, wiedza, stan nauki. To ważne, bo takich sporów będzie coraz więcej.

3) Nie mieszajmy do tego policji. Punkty 1) i 2) zdają się sugerować, że bronię tego co się dzieje wokół studentów z UŚ. Nic bardziej mylnego, mam do tego fundamentalne zastrzeżenia. Ta sprawa jest bowiem bardzo źle rozgrywana.

Sprawa sporu wokół wykładowcy powinna bowiem być wewnętrzną sprawą uczelni. Bardzo dużo mówi się o autonomii szkolnictwa wyższego, to ma być jeden z fundamentów działania niezależnych uczelni. I rozstrzyganie takich sporów to właśnie jest sfera, w której ta autonomia powinna znajdować urzeczywistnienie. To uczelnia powinna oceniać skargę na wykładowcę, to uczelnia powinna „przesłuchiwać” studentów. Komisje naukowe lub uczelniany samorząd to miejsca do rozstrzygania takich sporów.

Fakt, że zawiadomienie na policję dotyczy możliwości fałszowania dowodów nie powinno mieć wpływu na to, gdzie rozstrzygany jest spór. Bo „fałszowanie dowodów” to oczywiście pretekst formalny do zaangażowania policji. Takie sprawy powinny być umarzane i pozostawiane do rozstrzygnięcia uczelniom.

Oczywiście mowa o sporach o jakość pracy naukowej. Autonomia uczelni nie obejmuje takich kwestii jak np. sposób wydawania środków publicznych czy kwestie związane z korupcją, ale jest to zupełnie inna kwestia.

4) Uczelnia musi zapewnić różnorodność debaty, ale też chronić naukowców. W ramach autonomii działania uczelnie mają nie tylko prawa, ale też obowiązki. Powinny zapewnić wolność badań naukowych i różnorodność poglądów w sferze interpretacji. Ale to oznacza też obowiązek ochrony pracowników naukowych.
W ostatnich latach widać jak na światowych uczelniach (szczególnie w USA) rugowane są osoby o konserwatywnych poglądach. Grupy studentów bazujących na swoich przekonaniach politycznych dopuszczają się ataków na wykładowców o innych poglądach. Debata publiczna i badania naukowe cierpią na tym, gdyż eliminuje się z dyskusji wiele uznanych osób oraz całe trendy intelektualne. To zaprzeczenie wolności badań naukowych. Ale oznacza też, że uczelnie muszą krytycznie podchodzić do wszelkich skarg, weryfikować zarzuty. Sięganie po kary dyscyplinarne lub próby usuwania z uczelni powinny być zarezerwowane do sytuacji, gdy w drastyczny sposób kwestionuje się fakty naukowe, a nie gdy głosi się kontrowersyjne opinie. W tym kontekście próby karania naganą wykładowczyni z Katowic muszą budzić wątpliwości.

5) Uczelnie powinny zapewniać wolność wyboru studentom. Oczywiście można dyskutować czy na uczelniach znosić trzeba każdą, także kontrowersyjną opinię. Co robić w przypadku poglądów szczególnie kontrowersyjnych, ale oczywiście mieszczących się w ramach badań naukowych.

Rozwiązanie wydaje się być naturalne. Trzeba regularnie zwiększać zakres wykładów i zajęć do wyboru dla studentów. Kontrowersyjne poglądy powinny być głoszone, oczywiście przy zachowaniu standardów naukowych, a zajęcia powinny być dostępne dla chętnych, w ramach wykładów do wyboru. Nie ma żadnego powodu, by ograniczać paletę poglądów na jednej uczelni. W ramach jednej uczelni warto pokazywać różne wizje i interpretacje rzeczywistości. I to będzie podnosić atrakcyjność uczelni w kontekście kształcenia studentów.