Orędzie o stanie Trumpa
Dariusz Matuszak 09.02.2020

To było jedno z ….. najpiękniejszych?…hm najlepszych wystąpienie jakie widziałem. Wiadomo, że Trump jest świetnym mówcą i jak gwiazda rocka potrafi porwać tłumy, ale tym razem wygłaszając swe Orędzie o Stanie Państwa dał widowisko jakiego pewnie amerykańska polityka nie widziała. Oczywiście wszystko mu sprzyjało, wszystko zbiegło się w jednym czasie, by napisać scenariusz jakiego jeszcze nie było.

 

Jest wtorek. Dzień wcześniej odbyły się w Iowa prawybory Demokratów i już wiadomo, że bez względu na wyniki zakończą się kompromitacją. Wszystko przez to, że Demokraci nie potrafią policzyć głosów. Gdy piszę te słowa w 3 dni później 2 kandydatów – Sanders i Buttigieg zaczęło się kłócić który z nich wygrał. Minęły 4 dni od prawyborów i nadal nie ma wyników.

Trump występuje przed połączonymi izbami Kongresu w przeddzień głosowania w Senacie w sprawie impeachmentu – uniewinnienia go, lub usunięcia z urzędu. Demokraci potrzebują 67 głosów i wiadomo, że zabraknie im prawie 20. I tak właśnie się to zakończy, a tymczasem on opowiada o swoich sukcesach i jak w świetnie wyreżyserowanej sztuce wprowadza słuchających w ekstazę, albo przyprawia o łzy wzruszenia. Najpierw są statystyki – wśród Latynosów, murzynów, Azjatów, młodzieży bezrobocie najmniejsze w historii Stanów Zjednoczonych. Wśród kobiet  najniższe od 70 lat. Rekordowa liczba pracujących, rekordowe to, rekordowe tamto, indeksy giełdowe wyższe o 70% niż na początku kadencji. Wall Street jest warta więcej o 12 bilionów dolarów. To mniej więcej 20 razy tyle co nasze roczne PKB. Przy każdym odnotowanym rekordzie Republikanie wstają bija brawo i wywrzaskują entuzjastycznie. Po lewej stronie siedzą Demokraci, którzy wyglądają jakby na ciężkim kacu przyszli na pogrzeb.

Polityka nie polega na żonglowaniu abstrakcyjnymi pojęciami odmienianiu na wszelkie sposoby słów jak demokracja, dobrobyt, konstytucja, wolność, czy co tam jeszcze, co tak często w Polsce się słyszy. To sztuka rządzenia dla dobra obywateli. A oni mają swoje historie i nazwiska. I teraz siedzą na galerii i wiwatują.

Oto chłopak, który jest najlepszy w szkole lotniczej i zamierza wstąpić do budowanych Sił Kosmicznych. Obok siedzi jego 100-letni dziadek Charles McGee, jeden z pierwszych czarnoskórych amerykańskich pilotów wojskowych, który walczył w czasie II Wojny Światowej, w Korei i Wietnamie. Właśnie został promowany do stopnia generała.

Trump zaczyna mówić o wielkich postępach w medycynie. Na sali jest matka ze swą 2-letnią córką, którą urodziła w 21 tygodniu ciąży. Dziewczynka ważyła mniej niż 0,5 kilograma. Teraz zdrowa, choć senna i zmęczona słucha przemówienia prezydenta Stanów Zjednoczonych, który zwraca się do niej.

Obok Melanii Trump siedzi jeden z najwybitniejszych radiowców w USA. Jego audycje nadawane przez tysiące stacji na całym kontynencie gromadzą miliony słuchaczy. Rush Limbaugh kilka dni wcześniej poinformował ich o tym, że ma nowotwór płuc. Zdiagnozowano 4 stadium. Trump mówi o jego walce z chorobą i nadaje mu najwyższe odznaczenie cywilne Ameryki – Medal Wolności. Na piersi Rusha zawiesza je Pierwsza Dama.

Trump mówi o odbudowaniu potęgi militarnej i zakańczaniu wojen. Na sali jest z dziećmi żona żołnierza służb specjalnych służącego w Afganistanie. Zebrani klaszczą i wiwatują na jej cześć, gdy Trump zapowiada wielka niespodziankę. Na galerię wchodzi jej mąż, który właśnie wrócił z misji. Ona niemieje ze szczęścia. I znów wiwaty i łzy. I tak to trwa prawie półtorej godziny. Entuzjazm, oklaski, wiwaty wzruszenie, łzy, śmiech, ściśnięte gardła.

Tak to się robi chłopcy sztabowcy od naszych polityków i kandydatów. Uczta się. Ja wiem, że ciężko wam zrozumieć, że polityka jest dla ludzi, że waszym ulubionym powiedzeniem jest, iż Polacy są nią zmęczeni. Chcielibyście robić wszystko we własnym, cichym gronie, żeby wam nikt nie przeszkadzał jakimiś tam głupimi ludzkimi sprawami.

Oczywiście, że wszystko było wyreżyserowane. Tak jak i u nas, tyle, że scenariusz i reżyseria na nieporównanie lepszym – oskarowym poziomie , a nie z kina moralnego niepokoju. To nie jest trudne. Wymaga tylko wyjścia ze swej bańki, jakiejś elementarnej empatii i wyobraźni. Trzeba byłoby tez znaleźć takich ludzi i pewnie pomóc im, uhonorować jak prawdziwych bohaterów. I to może rzeczywiście być dla was niewykonalne, ponad wasze widzenie i rozumienie spraw.

Ale obok wielkich, dobrych emocji są też te złe i niskie. Na zakończenie spektaklu Nancy Pelosi Spiker Izby Reprezentantów ostentacyjnie podarła wręczony jej wcześniej tekst wystąpienia prezydenta Trumpa. To też było wyreżyserowane, ale scenariusz był wyjątkowo lichy. Kamery uchwyciły jak w czasie przemówienia naddzierała kartki, by później już w pełnym blasku energicznymi zdecydowanymi ruchami starsza i wątła kobieta mogła sobie poradzić ze zniszczeniem ich.

To był dzień triumfu Trumpa, mimo iż nad całym spektaklem wisiał cień niepewności, napięcia w wyczekiwaniu na to co się wydarzy. 24 godziny później Senat uniewinnia go, ostatecznie odrzuca wszystkie oskarżenia, a z Iowa nadchodzą kolejne katastrofalne wieści dla Demokratów. Trump znów świętuje zwycięstwo. Nie dość, że po 48 godzinach od zamknięcia głosowania w prawyborach Demokraci nie byli w stanie podać wyników, to jeszcze okazało się, że wedle tych niepotwierdzonych wygrywa Pete Buttigieg, kilka miesięcy temu jeszcze nikomu nieznany burmistrz z Indiany. Tuż za nim plasuje się weteran walki o socjalizm, przez pół życia utrzymywany przez Związek Radziecki senator Bernie Sanders. Trzecia zaś jest też socjalistka – senator Elizabeth Warren. Dopiero daleko za nimi na 4 pozycji faworyt establishmentu i umiarkowanych Demokratów, były wiceprezydent Joe Biden.

Gorzej dla Demokratów, a lepiej dla prezydenta być nie mogło. Partia Demokratów skręciła tak bardzo w lewo, że dla jej zwolenników wolnego rynku, wyznawców amerykańskiego stylu życia nie ma już w niej miejsca. I mogą stanąć przed alternatywą: socjalizm ze wszystkimi szalonymi pomysłami, albo Trump, którego nie znoszą.

W Ameryce wszystko jest duże więc i socjalistyczne pomysły wiodących kandydatów mają skalę niespotykaną nigdzie indziej. Przy Sandersie, albo Warren, nasz Zandberg zdaje się być umiarkowanym i wyważonym w swych propozycjach. Na pierwszy rzut oka duch kapitalizmu, przedsiębiorczości, odpowiedzialności, pracy które zbudowały Amerykę wydaje się sprawiać, iż niemożliwym jest, by USA stały się krajem na kształt Brazylii, czy Meksyku. A niby dlaczego nie? Niby dlaczego nie miałoby być tak, jak teraz w Argentynie, która sto lat temu licząc GDP na głowę mieszkańca była najbogatszym krajem świata. Albo jak Wenezuela jeszcze 60 lat temu piąty najbogatszy kraj. Prawie 50% amerykańskich studentów chciałoby socjalizmu. I nie mówimy tu o takim jak sobie naiwnie wyobraża wielu – w jakimś skandynawskim wydaniu, ale takim twardym jak w PRL, albo Ameryce Południowej z nacjonalizacją i wszechwładzą państwa.

To się nie dokona za pierwszej kadencji Sandersa, czy Warren, ale są w stanie pchnąć Amerykę w takim kierunku, że dziesięcioleci nędzy trzeba będzie, by z tej drogi zawrócić. To wszystko przeraża tradycyjnych Demokratów, więc z coraz większa nadzieją patrzą na miliardera, byłego burmistrza Nowego Jorku Michaela Bloomberga. Ten choć niemal całkowicie pozbawiony charyzmy ma jednak silę Trumpa i ogromne pieniądze, za które niemal może kupić prezydenturę. Główne media już spoglądają w jego stronę, stopniowo odwracając się od Bidena, który był ich faworytem zapewniającym business as usual.

Dla Trumpa to też dobra wiadomość. Bloomberg nie ma żadnego kontaktu z ludźmi. Nie porwie niebieskich kołnierzyków, ewangelików z Biblijnego Pasa, nie mówiąc o Latynosach, czy czarnoskórych. Tych ostatnich administracja Trumpa zaczęła naprawdę dopieszczać. A właściwie to on sam i Republikanie wykazując im, że kilkadziesiąt lat związania się z Partią Demokratów, a niegdyś właścicieli niewolników, Ku Klux Klanu i segregacji rasowej nie dało nic. Tak dobrych notowań wśród murzyńskiej ludności jak Trump, nie miał żaden republikański prezydent. Teraz poparcie sięga 40%, podczas gdy na początku kadencji wynosiło zaledwie 8%. Na marginesie: to fascynujące jak Partia Demokratyczna – rasistów i establishmentu – potrafiła przekształcić się w największego obrońcę mniejszości i ludzi pracy. Zupełnie jak nasza PZPR przepoczwarzona w SLD i pełną gębą europejska, albo socjaliści francuscy – kolaboranci Hitlera, którzy stali się zaciekłymi antyfaszystami.

Jeśli Trump nie zrobi czegoś fundamentalnie głupiego, złego, a przy swym nieokiełznaniu jest do tego zdolny, jeśli dramatycznie nie pogorszą się wyniki gospodarcze, to pomarańczowy Donald ma pewną drugą kadencję. Trzy lata nagonki prowadzonej przez Demokratów, nieustającego krytykowania każdego jego posunięcia, odsądzanie od czci i wiary nie przyniosło żadnych rezultatów. Nie wystarczy mówić o budowanej monarchii, czy dyktaturze, wieszczyć, że już za chwilę wszystko się zawali i prawda wyjdzie na jaw, a wtedy lud zrozumie jak strasznym nieszczęściem są rządy Trumpa. I to też nadaje się do sztambucha naszych chłopców sztabowców.