Ostatni taki wirus
Jerzy Marek Nowakowski 09.06.2020

Od dawna zapisywałem się do klubu koronasceptyków, nieprzekonanych co do sensowności wszystkich ograniczeń nakładanych na społeczeństwa Zachodu. Ostatnie wiadomości zdają się po części ów sceptycyzm potwierdzać, ale częściowo również podważać.

 

Argument za – dość okrutny bo wszyscy pamiętamy obraz ciężarówek wojskowych wywożących trumny z Bergamo – jest taki, że badanie wykazało, iż blisko 2/3 mieszkańców tego miasta ma przeciwciała, czyli nabyło odporność na wirus COVID-19. A to oznacza, iż po kilku miesiącach wytwarza się tam odporność populacyjna, która powinna chronić przed nawrotem epidemii. Argument drugi to Szwecja, gdzie epidemia zdecydowania spowalnia bez zamykania wszystkich i wszystkiego. No dobrze, ale statystyki ofiar są w obu wypadkach dość ponure. Tylko, że specjaliści epidemiolodzy mówią dość zgodnie, że prędzej czy później te ofiary i tak będą a blokada świata miała zapobiec tylko temu, by ludzie nie umierali z braku pomocy, bo szpitale nie dadzą rady przyjmować wszystkich chorych w jednym czasie. Ergo – zamrożenie gospodarki na całym świecie służyło wyłącznie przykryciu naszego nieprzygotowania na wybuch epidemii.

No dobrze, a teraz argument przeciwny. Nazywa się on Gruzja. Z dnia na dzień obserwujemy gigantyczny wzrost zachorowań w Azerbejdżanie i Armenii. Mała Armenia, z nieco ponad dwumilionową ludnością, notowała po kilkaset zachorowań dziennie, blisko 14 tys. ludzi ma dodatni wynik testów, a władze wpadły w panikę, bo są już pierwsze ofiary choroby, które zmarły bo zabrakło dla nich łóżek w szpitalach. Po poluzowaniu pierwszych ograniczeń w rządzonym bardzo twardą ręką Azerbejdżanie statystyki także wystrzeliły. Na rosyjskim Kaukazie: w Dagestanie, Osetii czy Czeczenii skandal wywołało masowe fałszowanie statystyk przez lokalne władze, ale nawet mocno podkręcone dane pokazują, że epidemia wymknęła się tam spod kontroli. Tymczasem pośrodku tego obszaru leży sobie Gruzja, która w zasadzie epidemię już opanowała. Ilość chorych to ledwie 800 osób, z których ogromna większość wyzdrowiała a zmarło zaledwie 13 osób.

Pisałem już o fenomenie Kaukazu porównując Armenię z Gruzją. Ale jak się wydaje, brutalne i konsekwentnie egzekwowane ograniczenia – bo Gruzinów trzymano w domach przez prawie sześć tygodni – okazały się skuteczne. I to w specyficznych warunkach regionu, gdzie – jak napisała Jadwiga Rogoża w analizie Ośrodka Studiów Wschodnich poświęconej Dagestanowi – „Szybkiemu rozprzestrzenianiu się pandemii sprzyjają tradycje kultywowania bliskich, serdecznych relacji rodzinnych i wspólnotowych”.

Mentalnie mieszkańcy Kaukazu są do siebie podobni. Nawe w czasach sowieckich próby ich spacyfikowania udawały się bardzo połowicznie. Jeden przedstawiciel rodziny był wysyłany do partii, inny do KGB, trzeci robił lewe interesy a czwarty miał zakopanego kałasza na wypadek gdyby trzeba było robić partyzantkę. Kiedyś podczas wyprawy alpinistycznej na Kaukazie grupa Polaków była goszczona nadmiernie wręcz bogato przez miejscowych. Oczywiście wznosiły się przy grillu patriotyczne pieśni, a najstarsi przedstawiciele rodu proponowali sprzedaż jakiejś kontrabandy (bodajże broni „na wszelki wypadek”). Na pytanie kierownika wyprawy, czy nie boją się KGB?, starszy rodu pokiwał na jednego z biesiadników przy końcu stołu, po czym przedstawił go, że to krewniak i szef powiatowej KGB w jednej osobie. Tutaj władza sowiecka nie sięga, dodał z dumą.

Dokładnie tak samo jest dzisiaj. Żadna tajemnica nie jest na Kaukazie do utrzymania, bo przecież urzędnik, minister czy generał jest związany lojalnością ze swoją rodziną. Jeśli kuzyn jest mafiosem to przecież prokurator nie będzie przed nim ukrywał, że właśnie toczy się śledztwo. A jeśli jako urzędnik czy minister odpowiada za przetargi, to przecież nie będzie przed krewniakiem ukrywał warunków zaproponowanych przez konkurencję.

Zanim ktoś krzyknie: korupcja i nepotyzm!, niech pamięta, że ta struktura wielkiej rodziny uchroniła kultury i tradycje narodów Kaukazu przez stulecia przed wynarodowieniem czy utratą własnej religii. Poza tym chroni ich i dzisiaj.

Podczas mojego pobytu w Armenii, gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia zaprosiliśmy zaprzyjaźnioną ormiańską rodzinę na wieczerzę. Nasi goście to byli lekarze i przemysłowcy. Ludzie zamożni, znakomicie wykształceni z dziećmi, które pokończyły albo były w trakcie studiów na najlepszych uniwersytetach amerykańskich. A tak się złożyło, że na święta przyjechała do nas córka z mężem.

Po kolacji, kiedy pożegnaliśmy gości, moje dziecko zapytało, czemu ci młodzi są jacyś tacy mrukowaci, prawie wcale się nie odzywali? Jak to dlaczego? Bo przy starszych młodzi (mimo że absolwenci Yale) nie zabierają głosu bez pozwolenia. Kiedy z kolei odwiedzaliśmy przyjaciół, jednych z największych przedsiębiorców w kraju, to oni sami przy stole się nie odzywali póki nie zabrał głosu ich 90-letni ojciec.

Opisuję te historyjki, aby uświadomić jaką rewolucją mentalną było to, że Gruzini zdołali przed długie tygodnie zachować rygory kwarantanny i społeczny dystans. Zarazem, i to budzi wątpliwość w kontekście mojego koronasceptycyzmu, okazało się, że ten konsekwentnie przestrzegany rygor przyniósł efekty. Gruzja otwiera się na turystów i powoli znosi rygory lockdownu. Tymczasem władze wszystkich sąsiednich krajów przywracają zniesione wcześniej ograniczenia.

Oczywiście może się okazać, iż Armenia po załamaniu się systemu i masowych zachorowaniach znajdzie się w równie komfortowej sytuacji jak mieszkańcy Bergamo. Tyle, że społeczne niezadowolenie może wywrócić rząd a przynajmniej wymusić jakieś mocne korekty kursu politycznego.

O mentalności kaukaskiej napisałem jednak z innego powodu. Otóż szaleńcze zawirowanie wokół pandemii dowodzą banalnej prawdy, że wprawdzie ludzie są równi, ale nie są tacy sami. Co musi strasznie boleć wszystkich progresistów. W Korei, na Tajwanie i w gruncie rzeczy także w Chinach i Japonii z epidemią poradzono sobie wzorowo. Przyszła, poszła, nie wywołała nawet jakiegoś gospodarczego tsunami. Ze zdziwieniem czytam analiz Banku Światowego mówiące, że Chiny mają szansę na zachowanie dodatniego wyniku wzrostu PKB. A przecież na początku roku słyszeliśmy, że epidemia zdemoluje chińską gospodarkę i spowoduje, iż Pekin będzie musiał pożegnać się marzeniami o hegemonii światowej. Społeczeństwa kolektywistyczne, łatwo podporządkowujące się władzy i już wcześniej mające doświadczenie w walce z epidemiami, bo jest to w końcu wylęgarnia większości zaraz gnębiących ludzkość od stuleci przyjęły ograniczenia spokojnie, trwały one w sumie krótko, a potem zabrały się do swojej mrówczej pracy. Zawsze w południowej i wschodniej Azji mam pewien kłopot. Otóż odczuwam atawistyczny strach przed niebywałymi tłumami ludzi, niekiedy jak przy wyjściach z tokijskiego metra przypominającymi ożywiony ruch mrowiska. Ale z drugiej strony co drugi Japończyk a pewnie teraz i Chińczyk ma na twarzy maseczkę. Bo chroni go przed smogiem albo zbytnią bliskością współobywateli.

A bliżej? Najgorsze psy wieszane na Szwedach za niezamykanie wszystkiego okazują się być co najwyżej wyleniałymi ratlerkami. Szwecja ma co prawda sporo zachorowań i ofiar, ale nie jest to jakiś dramatyczny przyrost. Poza domami starców nie było w Szwecji jakichś dramatycznych ognisk epidemii. A gospodarka szwedzka (obok tajwańskiej) okazała się najmniej poszkodowana przez koronakryzys. Podobnie jak w wypadku społeczeństw azjatyckich elementarna społeczna dyscyplina i zaufanie do władzy (a dokładniej do cywilnych urzędników) pozwoliły Szwedom podjąć ryzyko obrony własnej wolności wobec szaleństw światowej kwarantanny.

Wciąż jeszcze o wirusie i konsekwencjach epidemii wiemy niewiele. Z pewnością duża część państw nie wykazuje zachorowań zgodnie z maksymą stłucz termometr, nie będziesz miał gorączki. Afryka, spora część Azji to w gruncie rzeczy jeden wielki znak zapytania. Nie ma testów, nie ma choroby. W Turkmenistanie COVID-19 został zakazany przez władze. I proszę, nie ma. A prezydent tej oazy zdrowia i demokracji urządza masowe zawody rowerowe, bo jest entuzjastą kolarstwa. Zaś na pomysł, by przedstawiciele WHO obejrzeli jakiś szpital zareagował nasyłając na szpiegów policję.

Kluczowym pojęciem w związku z epidemią wydaje się jednak słowo zaufanie. Tam gdzie do zarządzeń władzy obywatele mają zdrowy dystans, bo jej nie ufają wirus hula jak zwariowany. Południe Europy, Kaukaz, Ameryka Łacińska to miejsca w których mamy niekontrolowany wzrost zachorowań. W państwach o szczególnym rodzaju demokracji (Zatoka Perska) metodami skrajnego zamordyzmu epidemię zduszono.

No i na koniec jest fenomen świata postkomunistycznego. Nawet oryginalne podejście prezydenta Łukaszenki, który stwierdził, iż sało i bania leczą wirusa nie doprowadziło do masowego pomoru. W statystykach Białoruś wygląda tylko trochę gorzej od Szwecji. Może teoria, że obowiązkowe szczepienia przeciwko gruźlicy jakoś nas uodporniły na wirusa ma sens. W końcu w Niemczech byłe NRD wygląda zdecydowanie lepiej od dawnej RFN.

Pisałem niedawno o Kaukazie jako eksperymencie społecznym. Mam jednak wrażenie, że wirusowe szaleństwo nie tylko zmieni Świat. Pewnie bardziej niż byśmy się spodziewali. Ale też inaczej niż byśmy się spodziewali. Przede wszystkim stanie się nadzwyczaj ciekawym materiałem dla studiów nad społeczną mentalnością czy czymś co nazywamy charakterem narodowym.

Oglądając przeróżne słupki i wykresy, którymi wypełnione są media możemy pożegnać się z opowieścią o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami. Ale też z opowieścią o społecznej dyscyplinie. Ta okazuje się skuteczna albo w społeczeństwach kolektywistycznych albo tam, gdzie obywatele mają władzę za swoją. Kłopoty epidemiczne Stanów Zjednoczonych wynikają w części z tego, że społeczeństwo amerykańskie jest potężnie podzielone. A Polacy okazują się mniej podzieleni i mniej anarchiczni niż mówi to nasz stereotyp. I być może taki wniosek postepidemiczny będzie najbardziej optymistycznym podsumowaniem dyskusji o wirusie. Bo obiecuję więcej o nim nie pisać.