Ostrożnie z tą rewolucją
Tomasz Wróblewski 09.11.2015

Tak jak absurdalne są spekulacje, że PiS po spektakularnym zwycięstwie miałby tworzyć rząd, który nie przypominałby PiS-u, niedorzeczne jest też przekonanie, że elektorat trwale przesunął się na prawo. Polityków nie wybieramy z miłości, tylko z niechęci do przeciwnej strony. Jeżeli niechęć przeradza się w gniew, to zwycięstwo jest przytłaczające.

Gniew musiał być spory, skoro PiS jest pierwszą partią w wolnej Polsce, która dostała mandat do samodzielnego rządzenia. Z mandatem dostała wyborców, którzy dali upust swojej nienawiści i teraz zastanawiają się, czy emocje nie poniosły ich za daleko. Czy kredyt zaufania nie jest zbyt wielki. Lewicowe media wciąż zachodzą w głowę, co pogrzebało ich „postępowy” projekt PO. Kilka odpowiedzi znajdują w programie PiS mówiącym o tożsamości narodowej, wartościach rodzinnych kosztem lewicowego relatywizmu kulturowego. Ale na ten wynik złożyły się też obietnice upodmiotowienia obywateli – rozmawiania z nimi, a nie nad nimi. Wyzwolenia ludzkiej energii kosztem urzędniczej arogancji. Wzmocnienia polskiego kapitału, ale nie rodzimego kolesiostwa.

W tym tygodniu przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów z politykami PiS, sprawdzając, jak te wartości przełożą się na szczegółowe zapisy w obiecanych ustawach. Nie przywiązujemy się oczywiście do wczesnego brzmienia projektów. Tak jak większość wyborców wciąż jeszcze wsłuchujemy się w sympatyczną dla ucha muzykę programów zmian, zamiast czytać i czepiać się każdej nuty. Coraz bardziej stajemy się jednak wyczuleni na niektóre zgłaszane rozwiązania – pułapki, w jakie na początku swoich rządów wpadła PO i w które później konsekwentnie brnęła aż do niesławnego końca. To było uchwalanie praw przeciwko komuś, a nie w obronie wartości. Tworzenie regulacji bez uwzględnienia interesów najważniejszych graczy. Krojenie przepisów pod potrzeby chwili, a nie wizji państwa.

Propozycje programowe PiS mają silne poparcie społeczne. Zarówno te dotyczące podatków od wielkopowierzchniowych sklepów i banków, jak i projekt 500 zł na dziecko czy reforma szkolnictwa. Każda z ustaw będzie miała fundamentalny wpływ na budżet państwa i rynki finansowe. Każda pociągnie za sobą dziesiątki zjawisk, które trudno dziś pewnie przewidzieć, ale należy próbować. Trzeba pamiętać, że podatki od sklepów wielkopowierzchniowych nie mają wykończyć dużych sklepów, tylko mają skłonić je do partycypowania w kosztach państwa, z którego czerpią tak wielkie korzyści. Obciążając podatkiem obrotowym w równym stopniu tych, którzy płacą podatki, i tych, którzy je optymalizują, nie przekona się nikogo do zmiany postaw.

Konserwatywna formacja ma stać na straży równych praw i zasad działania, a nie szukać sposobów na przechytrzenie słabszych od państwa. PiS zdobywał głosy poparcia, dając rękojmię, że żaden z jego ministrów już nie powtórzy słów ministra Sienkiewicza – oni jeszcze nie wiedzą, jak państwo może ich oszukać. Demontowanie gimnazjów bez rozwiązania innych szkodliwych zjawisk, jakie dręczą polską szkołę, wygeneruje ogromne koszty bez namacalnych efektów. Nakładanie podatku bankowego od transakcji, a nie na aktywa, zostanie szybko przerzucone na klientów, a nie na zyski zagranicznych koncernów. Nie mówiąc o ostatecznym pogrążeniu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. To samo musi dotyczyć nowych świadczeń. 500 zł na dziecko może wypełnić lukę w obecnej polityce rodzinnej, ale łączenie tych pieniędzy z istniejącymi już świadczeniami odniesie dokładnie przeciwny skutek. Zwłaszcza jeżeli pomoc zostanie obłożona dodatkową biurokracją i kontrolami urzędniczymi. Zgodnie z teorią Miltona Friedmana, subsydiując nieodpowiedzialność, nie możemy się spodziewać, że rodziny zaczną zachowywać się odpowiedzialnie.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Paweł Supernak/ Polska Agencja Prasowa