Pałac Kultury i Nauki imienia Bitwy Warszawskiej
Dariusz Matuszak 28.11.2019

Polski lud z podpuszczenia władców kłócić się zaczął o kolejną bardzo ważną rzecz, a mianowicie o to, czy postawić Łuk Triumfalny w rocznicę Bitwy Warszawskiej, ale za to zburzyć Pałac Kultury i Nauki. Ja pomysł popieram i zdecydowanie jestem mu przeciwny. Zacznijmy od owego monumentu mającego upamiętniać wielkie zwycięstwo i obronienie niepodległości. Otóż już dziś wiadomo, że będzie brzydki i kosztował będzie 3 razy więcej niż powinien. To jednak nie oznacza, że stanąć nie powinien.

 

Argumenty części elit powtarzane, że brakuje żłobków, leków, zwierzęta cierpią, powietrze zatrute i co tam jeszcze, więc zamiast niepotrzebnie wydawać na jakieś symbole, należy sfinansować rozwiązanie prawdziwych problemów uznaję za niemożebnie głupie i obłudne. Na podobnej zasadzie nie należałoby dotować żadnej wystawy, przedstawienia, koncertu, meczu etc., czyli wszystkiego tego co nie przyniesie przeliczalnej, natychmiastowej korzyści. Za każdym razem można podnieść podobny wrzask: Ty Trzaskowski „Klątwę” w teatrze i strefę relaksu na asfalcie finansujesz, a tam w szpitalu dziecko umiera.

Nie chodzi o żadną hierarchię potrzeb, tylko o zwykłą wojnę o świadomość i to, by część ludu swych symboli nie miała. Nie gromadziła się przy nich, nie jednoczyła wokół nich, nie organizowała uroczystości, nie wspominała, nie snuła rozważań i nie czuła dumy z dokonań przodków, bo to nasze – nowoczesnych i prawdziwych Europejczyków – szanse wyborcze zmniejsza. Oczywiście wśród tej postępowej części ludności są i osoby uczciwe, które naprawdę uważają, że nasza historia jest kulą u nogi i ciągle wspominanie, rozgrzebywanie ran, czy egzaltowanie się minioną chwałą, opóźnia tylko nasz marsz ku zjednoczonej, szczęśliwej Europie.

Trzeba z Żywymi naprzód iść,

Po życie sięgać nowe

A nie w uwiędłych laurów liść

Z uporem stroić głowę

– pisał Adam Asnyk w swym wierszu „Daremne Żale”. I jakaś w tym myśl jest, choć niekoniecznie przystaje ona do naszych współczesnych sporów i dzisiejszej Polski. To co pod zaborami może i było prawdziwą alternatywą, dziś już nią nie jest i rozpamiętywanie, czy poczucie dumy z przeszłości nie wyklucza budowania przyszłości. Dziś, jak głoszą postępująco postępowi, nowoczesny patriotyzm nie polega na miłości do ojczyzny, pielęgnowaniu tradycji, obyczaju i przekazywaniu ich następnym pokoleniom, by trwała społeczność zbudowana na wspólnej tożsamości. Raczej chodzić ma – w uproszczeniu – o sprzątanie po swoim psie i terminowe płacenie podatków. To ma tyle wspólnego z patriotyzmem co mycie zębów z dbaniem o powietrze. Jasno oświetleni uważają, że tożsamość i poczucie wspólnoty nie są nam potrzebne, bo tylko utrudniają przepoczwarzenie się w prawdziwych, otwartych Europejczyków. Dlatego zbędne i szkodliwe są takie symbole jak Łuk Triumfalny sławiący naszą chwałę i dążenie do wolności, ale też odrębności.

Nie chce mi się wchodzić w nasze spory historiozoficzne i dotyczące tego czy „lepszym” miejscem jest Starbucks, czy cmentarz. Wiem, że do porzygania jestem znudzony tym wiecznym odbrązawianiem naszej historii, wskazywaniem domniemanych, czy prawdziwych wad, biciem się w piersi i przypominaniem złych uczynków. Nie mam ochoty wiecznie leżeć na kozetce u jakiegoś psychoanalityka, a to jest jedyne co nasze elity artystyczne, intelektualne, czy jakieś tam, mają mi do zaoferowania. Każda książka, film, sztuka etc. musi być zmierzeniem się z demonami przeszłości, zamiast nieść prostą uciechę: aleśmy dali ognia. Pokażcie mi Państwo te polskie dzieła sławiące nas i jednoczące, bo ja poza Trylogią, obrazami Matejki, Kossaków i Brandta, to ich nie znam. Nic tylko narzekanie, rozliczania i umieranie. A to „Popioły”, kruki i wrony, pijane chochoły, zawodzące „Dziady”, jakiś tam alpinista, masochista Kordian na Mont Blanc, bohaterszczyzna-hubalszczyzna i dulszczyzna. Ja chcę wreszcie jakiegoś jurnego junaka i hożej dziewoi, którzy na dodatek mają szczęście, a nie wiecznie pechowych gruźlików z rozdartą duszą. Dobrze, że 60 lat temu nakręcono „Krzyżaków”, a przed czterdziestu pięciu „Potop”, bo inaczej to w ogóle nie byłoby się czym pocieszać.

No więc chcę, żeby Łuk Triumfalny stał. Chcę go widzieć, by przypominał mi: aleśmy komuchom łomot spuścili. Problem w tym, że będzie on brzydki. Skąd to wiadomo – ano stąd, że wszystko co stawia władza, czy to najwyższa, czy lokalna, jest niewymownie paskudne. Taki ma władza gust, i nic z tym człeku nie zrobisz. Marszałek Grodzki ma rację, że projekt Łuku z lat międzywojennych przypomina otwieracz do piwa. Wystarczy tylko zamiast orła w koronie dać logo Legii i gotowe. Można oczywiście rozpisać konkurs wśród zagranicznych rzeźbiarzy i architektów, ale to nic nie da, bo i tak wygra koncept najszpetniejszy. Jury nowoczesne wybierze jakąś stylówkę z kolcami i drutami w stylu Hasiora, symbolizującymi bagnety i lance, a ci tradycyjni będą optować za gigantycznym, betonowym klocem z prześwitem – Rzeczpospolita jako opoka. I to ma swoje plusy, bo szkaradny ten obiekt znakomicie wkomponuje się w warszawską przestrzeń. Gdyby był powiedzmy w uproszczeniu piękny, to w agresywny sposób gryzłby się z otoczeniem.

Warszawa to takie miasto, w którym każdy trawnik musi być ogrodzony albo prętami, albo drutem, czy siatką. W każdy metr chodnika, a także na ścieżkach rowerowych trzeba wbić metalowe kołki, żeby rdzewiały i farba z nich się łuszczyła. Trzeba też nastawiać kilkutonowe gazony w które wetknięte będą badyle. Jak badyla wetknąć w trawnik, to też go trzeba drewnianymi kołkami otoczyć. Wzdłuż jezdni trzeba też puścić jak najwięcej łańcuchów. Przyczepia się je do kołków, albo takich odlanych z betonu form w kształcie połówki jajka. Wejścia do metra wyglądają jak te do podziemnych schronów, tyle, że mają plastikowe daszki w kolorze oranżady Helena. Wszystko powinno być najeżone, wystające, ostre, nieprzyjazne, żeby odstraszało i jak najbardziej przypominało Linię Zygfryda, albo Hindenburga. Nigdy nie wiadomo kiedy wojna wybuchnie i przed czołgami przyjdzie się bronić. Zza gazonów i wielkich jak piece do wypalania cegieł betonowych koszy na śmieci łatwiej się w ostrzeliwać.

W warszawskim metrze wejścia i korytarze są wielkie jak śluzy na tamie Hoovera. Wszystko po to, by wiatr miał gdzie świstać, i żeby błoto się dobrze rozsmarowywało. W listopadzie bowiem rozstawia się plastikowe skrzynie z piachem. Jego rozsypywanie to jedyny znany w stolicy sposób na to, by zimą nie było ślisko. Ten piach będzie leżał na chodnikach do następnego listopada i tyle go zostanie sprzątnięte, ile ludzie na butach do metra i wnętrz budynków naniosą. Ale w metrze są też przytulne zakamarki. Tu pytanie do tych, którzy mają szczęście nie znać Warszawy. Zgadnijcie Państwo gdzie w warszawskim metrze są najwęższe schody, najwęższy korytarz, by wszyscy mogli się wreszcie spotkać i tłoczyć. No tak na logikę, gdzie? Brawo zgadliście Państwo – na najbardziej uczęszczanej stacji Świętokrzyska. Najwęziej jest w korytarzu będącym przejściem pomiędzy dwiema liniami metra. I to nas zobowiązuje. Skoro mamy już taką wizję budowania Warszawy, zwanej też Radomiem Europy, to nie można ot tak sobie skopiować jakiegoś łuku rzymskiego, albo tych, które stoją w Paryżu, czy Nowym Jorku, zainspirować się rzymską, czy grecką architekturą, pomierzyć proporcje, by całość była harmonijna. Nie, taki monument zupełnie nie pasowałby do otoczenia, do krajobrazu umocnień Wału Atlantyckiego.

Trudno, co robić, może i szpetny, pokraczny ten cały Łuk Triumfalny, ale nasz swojski w dumę wbijający, niech więc stawiają. Brzydszy niż rewitalizowany Plac Konstytucji, albo Plac Bankowy ze strefą relaksu nie będzie.

Skoro ma ruszyć budowa, to niektórym przyszło do głowy, że przy okazji można też rozpocząć rozbiórkę. Oczywiście Pałacu Kultury i Nauki primo voto Józefa Stalina. Sterczy ta tortowa wieża, w oczy kole i symbolicznie knut tyrana, a fizycznie – szczególnie wyrafinowaną wersję krzesła Judasza, przypomina. Budowla ma być znakiem obcego panowania i naszej niewoli, więc każdemu patriocie jest wstrętna. Czy to dar narodu radzieckiego, czy tez zapłaciliśmy za niego, tego nie wiem. Bolszewicy nakradli u nas tyle, że i setki takich budynków to za mało. Pałac widzę codziennie i być może mam jakiś defekt, ale ze Stalinem mi się nie kojarzy. Stoi sobie, a jak ja sobie idę, to nie czuję oddechu azjatyckich hord. Mnie jako symbol on wcale nie przeszkadza. Ba, nawet podoba mi się w tym charakterze. My możemy pokazywać sowieckich komuchom: tyle z was tu zostało, tyle co ten szkaradny budynek. I my sobie możemy z nim zrobić co chcemy – zburzyć, albo pomalować na różowo. Wy pielgrzymujecie na grób zbrodniarza Lenina, a my możemy sobie codziennie na fasadzie wyświetlać zdjęcia pokazujące jak nędznie konał, gdy syfilis go zżerał. A jak kiedy rosyjski lud wywlecze jego truchło z mauzoleum na Placu Czerwonym, to na elewacji będzie można oglądać bezpośrednią transmisję z tego wydarzenia. Połączymy się z piekłem i nadamy relację z tego jak wasz wielki wódz Stalin się smaży. A na szpicy Pałacu możemy sobie jego łeb z gipsu zatknąć. W podziemiach urządzimy muzeum upamiętniające zbrodnie komunistyczne. A oni – komuchy, będą się temu tylko bezsilnie przyglądać. Więc niech sobie ten symbol stoi, by nikt o ogromie zła i milionach ofiar nie zapomniał.

Ale jest też strona praktyczna. Ja już pomijam to, że są tam dziesiątki instytucji w tym kina, teatry, siedziba Polskiej Akademii Nauk, a nawet Muzeum Techniki, gdzie wał korbowy do Syreny 105 można podziwiać, i wszystkie je trzeba będzie wyprowadzić. Chodzi też o coś innego.

Bracia Figo Fagot śpiewają: „tutaj jest Polska, więc jak coś robisz, to rób byle jak”. Wiadomo więc jak to wszytko się odbędzie. Przez dziesięć lat w samym środku Warszawy będzie gigantyczny plac błota, piachu, kurzu i gruzu. Ciężarowy będą jeździć kółko, ruch w okolicy całkowicie zostanie sparaliżowany. Szybko się okaże, że jakieś kafelki, marmury, żyrandole, okucia, mosiężne poręcze etc., czyli jednym słowem wszystko co ma jakąś wartość zostało rozkradzione. Kontrakt na rozbiórkę z kolejnymi pięcioma wykonawcami będzie zrywany, a podwykonawcy zbankrutują. Po drodze ileś osób pójdzie siedzieć, więc chętnych do roboty nie będzie. Zresztą sam przetarg będzie ciągnął się latami i okaże się, że rozbiórka kosztuje miliardy, kilka razy drożej niż postawienie wież na Srebrnej. Wtedy jakiś gorliwy działacz PiS wpadnie na pomysł: hurrraaa – wszystko wysadźmy. Dyskusja na ten temat będzie trwała tyle, że podchorąży Marucha zdąży się z tego doktoryzować, aż okaże się, że raczej się tego zrobić nie da. Ale jak w końcu zaczną te mury kuć, to okaże się, że wstrząsów mogą nie wytrzymać stropy w tunelu kolejowym do Dworca Centralnego i trzeba je wzmacniać, wyłączając przy okazji czasowo na dwa lata stację i puszczając ruch objazdem przez Warszawa Gdańska. Z zagranicy zostanie wtedy ściągnięty technik politechnik profesor od kucia, który zrobi ekspertyzę. Orzeknie, że narzędzia to trzeba sprowadzić z Australii, bo tylko tam takie mają w kopalni rud uranu. Ten Pałac to nie jest sobie jakiś tam blaszak ze stalowych belek i szkła. To solidna sowiecka budowa, która ma wieki trwać.

Załóżmy, że jakimś cudem, nadludzkim wysiłkiem wszystkich polityków i urzędników uda się ten gargantuiczny budynek rozebrać. Co wtedy? Co z wielkim placem pogruzowej ziemi? (Mnie się nie chce nawet myśleć o tej wielkie dziurze, która tam powstanie). Wiadomo co – nic. Najpierw znajdą się pełnomocnicy 7485 spadkobierców właścicieli tych gruntów. Do więzienia pójdzie kolejne ileś osób. Okoliczni mieszkańcy na jakiś czas te hektary zaadoptują na dziki parking. Jakiś Wietnamczyk na chwilę postawi budę z sajgonkami, a inny stragan z biustonoszami i płóciennym obuwiem. Potem miasto dojdzie do wniosku, że samo może na tym zarobić. Rzuci na błoto jakieś płyty, ogrodzi łańcuchem, a przy wjeździe zamontuje szlaban i postawi budkę. W środku posadzi stróża i poborcę. I tak sobie to będzie trwało, aż jakiś ambitny władca Warszawy postanowi wszystkich pogodzić i zaproponuje, by na miejscu postawić pawilony na Wystawę Światową Expo 2056, bo miasto na pewno wygra konkurs na jej organizację.

Proszę Państwa, my żyjemy w państwie, w którym jedną śmiałą ustawą można sprawić, że nikt nie wie jak ma śmieci wyrzucić, a my byśmy chcieli setki tysięcy, albo miliony ton gruzu wywieźć. Szamba nie potrafimy spuścić, tylko do Wisły nam spływa. Nie mamy jednej skończonej autostrady, a po 30 latach kraj doczekał się półtorej linii metra. Wydarzeniem epokowej miary będzie oddanie 2 km tunelu na Zakopiance. Trawnika, czy tam murawy nie potrafimy na Stadionie Narodowym położyć, bo na państwowym trawa się nie przyjmuje, więc wygląda jak klepisko Burzy Burzenin. Gdyby rozbiórka miała być jakimś prywatnym przedsięwzięciem, wtedy byłyby szanse na powodzenie całej operacji. Ale tak, to lepiej sobie darować. Niech więc ten Pałac Kultury i Nauki stoi, a my z jego tarasu widokowego będziemy mieć piękny widok na Łuk Triumfalny Bitwy Warszawskiej.