Pandemizm inwestycyjny, czyli nie wiadomo co robić z pieniędzmi
Jerzy Wysocki 31.07.2020

Jak się ma firmę i stronę z mailem, to spływają oferty. Tą drogą raczej klientów nie pozyskasz, ale skrzynkę ci zapełnią oferty nie do odrzucenia. Często bez związku z profilem działalności i wysyłane tylko dlatego, że skoro masz firmę i to z fajnej branży, to pewnie masz sporo kasy. A my już ci życzliwie wyjaśnimy na co je wydać, lub w co je zainwestować. W sumie to fajnie, że marketing inwestycyjny tak się rozwinął. Problem w tym, że w dobie narastającej pandemii nie sposób podejmować decyzji. Zbyt wiele niewiadomych.

 

Dwa dni temu. Na mailu fajna oferta: prywatny akademik. Ktoś coś przejął, buduje, przerabia – obojętne. 6 procent netto od zainwestowanej kwoty. Ceny od 134 tys. za w pełni wyposażony apartament, jak to promocyjnie nazywają. Czyli pewnie 16 metrów dla dwóch studentów z mini aneksem kuchennym i łazienką. Łazienką może wspólną – na korytarzu. W ofercie, dla zachęty informacja: liczba studentów w promieniu 1,5 km: 30 tysięcy. Nic, tylko brać. Przy bezpiecznych lokatach bankowych, czy nawet obligacjach, 6 procent nie wyjmiesz. Jeśli nie jesteś ryzykantem, to akademik w sam raz. To nie hotel, jak student zamieszka, to od października do lipca się nie ruszy. W lecie można to puścić dla mniej zamożnych turystów. Tych, co hotel odstrasza cenami. A więc całoroczne obłożenie.

I tu zagadki pandemiczne. Jeśli rząd nie podjął, a zamierza podjąć w ostatniej chwili, decyzję o tradycyjnym, wrześniowym powrocie dzieci do szkół, a o uczelniach zero informacji, to nie wiadomo co będzie. Mamy słabe, ale jakieś już tam doświadczenia z edukacją online. Przed pandemią spora część studentów, to studenci „zaoczni”, spotykających się na tzw. weekendowych zlotach, Może więc te akademiki będą świecić pustkami. Te co już są, a co dopiero jakiś nowy.

Kilka tygodni temu. Kolega, z który współpracowałem przed laty. Pełne zaufanie, miła kolacja. Klinika ortopedyczna i chirurgia plastyczna w jednym. Trzy miesiące przestoju, straty, kasa z tarczy nie rozwiązała problemu, bo klienci/pacjenci bardzo powoli wracają. – Jedziemy na stracie, ale ten biznes, to przyszłość, tylko na teraz inwestora potrzebujemy – tłumaczy kolega wraz ze wspólnikiem, ortopedą z ligi światowej. No to robię rundę po znajomych inwestorach. A oni biadolą. Nie to, że nie mamy kasy, nie to że biznes bez sensu, ale zrozum teraz nic nie wiadomo. Może społeczeństwo tak zubożeje, że sztuczne piersi, usta i plastyka dupy nie będą na topie ale w czarnej dupie, skoro już o dupie mowa. Może starsi ludzie nie będą mieli kasy na operacje i fizjoterapię bez wyraźniej potrzeby, czyli nie dla ratowania życia, tylko dla polepszenia komfortu bytowania. Zadzwoń pod koniec roku, bo mówią o drugiej fali.

Kilka lat temu. Kolega (5 lat lojalnej współpracy, facet z wyobraźnią), przedstawiciel brytyjskiego funduszu, którego projekty z małą liczbą zer słabo inspirują, wręcz nudzą. Jego pomysł: profesjonalna sieć domów seniora. Tu jest potencjał, jako społeczeństwo już mamy kasę, by zapewnić rodzicom, seniorom godną, fajną jesień życia, profesjonalną opiekę i komfortowe pożegnanie z życiem doczesnym. Z tym pomysłem kiedyś zwrócił się do mnie Polak z Chicago. Moja firma była od wypromowania tej placówki. Ten dom seniora opisywany był po latach w mediach jako wielki sukces.

Teraz takie miejsca są tzw. ogniskami infekcji, ciągle czytamy, że najwięcej zarażeń i niestety ciężkich powikłań to skupiska seniorów. To była olbrzymia szansa uporządkowania rynku, no dobrze – jego przejęcia. Co w tym złego? A więc pomysł na świetny kiedyś biznes odkładamy do szuflady. Za chwile może się okazać, że w trosce o rodzinnego seniora weźmiemy go do domu, zapewnimy stałą opiekę w jego, czy swoim mieszkaniu. Taniej i bezpieczniej.

Co wynika z mojego, jak zwykle chaotycznego tekstu? Nic. Bezradność inwestycyjna.