Państwo minimum rozsądku
Jerzy Wysocki 05.05.2014

Minister finansów proponuje, by prawo do wspólnego rozliczania podatku dochodowego miały tylko małżeństwa posiadające dzieci. Oszczędności dla budżetu państwa wyniosą 1.5 miliarda zł. Sprawa dotyczy 2,4 miliona bezdzietnych małżeństw a więc blisko 5 miliona podatników. System podatkowy działa tak, że przy wyraźnym zróżnicowaniu dochodów małżonków, wspólne opodatkowanie pozwala odprowadzić mniej do fiskusa. Mateusz Szczurek chce tego przywileju pozbawić małżeństwa bez dzieci. Może i słusznie. Ale jaki jest w ogóle cel wspólnego opodatkowania? Pytam o cel a nie o sens, bo tego tu brakuje.

Ludzie przeważnie biorą ślub, żeby wspólnie mieszkać a więc – jak to się mądrze mówi w kodeksie – prowadzić wspólne gospodarstwo domowe. Owe wspólne gospodarstwo jest zdecydowanie mniej kosztowne niż dwa osobne gospodarstwa. Wystarczy jedna lodówka, w której mąż trzymać będzie piwo a jego małżonka białe wino. Wystarczy jedna kablówka i dwa odbiorniki: dla męża z meczami Champions Leaque, dla partnerki z serialem „Na Wspólnej”. Łóżko może a nawet powinno być jedno. Wystarczy też jedna wanna, jeden odkurzacz a żyrandol w salonie oświetli przestrzeń dla obu małżonków, przez co rachunki za prąd będą dwukrotnie mniejsze. Pojawienie się dziecka w rodzinie niewiele tu zmienia.

Nie twierdzę, że ludzie stają na ślubnym kobiercu w wyniku analizy jednostkowych kosztów utrzymania i z wyliczeniami doradcy podatkowego, ale jaki jest sens de facto ulgi finansowej dla ludzi, którzy zamieszkując razem swoją kondycję finansową i tak poprawili. Minister finansów idzie w dobrym kierunku chcąc ten przywilej cofnąć małżeństwom bezdzietnym, ale niech pójdzie dalej i cofnie go wszystkim. Nawet nie troska o budżet państwa podpowiada takie rozwiązanie tylko zwykła logika i sprawiedliwość.

Minister finansów chce zdobyć 1,5 miliarda złotych. Gdyby pójść dalej i zlikwidować dziwactwo wspólnego opodatkowania będzie 3 miliardy, bo około 50 procent  wspólnie rozliczających PIT i tak nie ma dzieci. To już poważna pozycja i jest na co tę kasę wydać.

Podniesienie świadczeń pielęgnacyjnych dla rodziców niepełnosprawnych dzieci od 1 maja ma kosztować budżet państwa 200 milionów zł. Premier dwa weekendowe wieczory spędza w sejmie na rozmowach z pokrzywdzonymi i często bezradnymi rodzicami. Temat świadczeń pielęgnacyjnych w przekazie medialnym i dyskusjach polityków zaczyna przesłaniać sytuację na Wschodzie. Premier wychodzi z inicjatywą: pieniądze na ten rok znajdą się z funduszu budowy i remontów dróg lokalnych. Dobrze, że się znalazły. Wiadomo, że budżetu nie można naruszać  i trzeba wskazać źródło finansowania jego zmian. Wiadomo, że wówczas przenosi się fundusze z jednej szuflady do drugiej, ale co mają remonty dróg lokalnych do globalnych problemów niepełnosprawnych dzieci? To nie inne szuflady tylko inne szafy.

A wystarczy wprowadzić rozwiązanie ministra Szczurka i to w szerszym niż proponuje on sam zakresie. Wystarczy na niepełnosprawne dzieci i dorosłych też. Czy nie można było o tym pomyśleć wcześniej? Nie będę tu pisał o polityce społecznej, rodzinnej o demografii itp. Można mieć na te tematy różne zdania i różnie widzieć rolę państwa. Ale dla zwolennika państwa minimum postulat jest jeden: minimum rozsądku. Póki co nie ma państwa minimum, z rozsądkiem są problemy.