PARPA i pańszczyźniani chłopi
Łukasz Warzecha 21.02.2018

Gdybyśmy naprawdę chcieli rozwiązać jakiś polski alkoholowy problem, to rozwiązalibyśmy PARPA – Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. PARPA z jej nienaruszalnym dyrektorem Krzysztofem Brzózką na czele – inżynierem lotnictwa, powołanym na stanowisko dyrektora agencji w 2006 roku przez Zbigniewa Religę – to modelowy przykład zbędnej instytucji, realizującej najbardziej sklerotyczną wersję paternalizmu państwowego. Oczywiście za nasze pieniądze.

PARPA od 1996 roku działa na podstawie Ustawy o wychowaniu w trzeźwości, uchwalonej w głębokiej komunie stanu wojennego, w 1982 r. Poprzednikiem była ustawa o przeciwdziałaniu alkoholizmowi z lat 50. Pierwszy zadziwiający wniosek jest zatem taki, że III RP nigdy nie pozbyła się tego balastu. Mało tego – dołożyła nowy w postaci agencji (powołanej w 1993 roku, wówczas na mocy rozporządzenia ministra zdrowia).

Balast kosztuje podatników – na podstawie sprawozdania finansowego PARPA za 2016 rok – 6,8 mln złotych. To pieniądze znacznie większe niż te, którymi na bieżące działania dysponuje choćby najważniejszy polski państwowy think-tank, zajmujący się polityką zagraniczną – Polski Instytut Spraw Międzynarodowych.

Z tego 2,8 mln to „koszty biurowe”, w tym prawie 1,8 mln złotych to wynagrodzenia. 3,6 mln złotych wydała PARPA na „działania zlecone z zakresu przeciwdziałania alkoholizmowi”. Jakie to działania?

Prawie 667 tys. na „zwiększanie dostępności i skuteczności pomocy terapeutycznej dla osób uzależnionych od alkoholu i członków ich rodzin”.

92 tys. na „wdrażanie do systemu ochrony zdrowia metod wczesnej diagnozy i krótkiej interwencji wobec pacjentów nadużywających alkoholu”.

Niemal 200 tys. na „rozwijanie profilaktyki szkolnej, rodzinnej i środowiskowej w zakresie problemów alkoholowych”.

496 tys. na „doskonalenie i rozwijanie form i metod pomocy psychologicznej i socjoterapeutycznej dla dzieci alkoholików”.

790 tys. na „rozwijanie form i metod przeciwdziałania przemocy w rodzinach alkoholowych” (w tym dwie umowy dotacyjne na 380 tys. złotych).

331 tys. na „wspieranie społeczności lokalnych w rozwiązywaniu problemów alkoholowych i przeciwdziałanie nietrzeźwości w miejscach publicznych”.

743 tys. na „prowadzenie i wspieranie edukacji publicznej w zakresie problemów alkoholowych” (w tym sześć umów dotacyjnych na prawie 450 tys. złotych).

93 tys. na „monitorowanie i doskonalenie narodowej strategii rozwiązywania problemów alkoholowych oraz wspieranie strategii regionalnych w tym zakresie”.

238 tys. na „inicjowanie, prowadzenie i promowanie badań diagnostycznych i ekspertyz w zakresie problemów alkoholowych”.

Jak nietrudno się zorientować, niemal wszystkie wydatki na liście należą do kategorii tych, których efektywności nie da się zweryfikować. Co to na przykład znaczy „rozwijanie profilaktyki szkolnej, rodzinnej i środowiskowej w zakresie problemów alkoholowych”? Albo „wspieranie społeczności lokalnych w rozwiązywaniu problemów alkoholowych i przeciwdziałanie nietrzeźwości w miejscach publicznych”? Owszem, można wskazać, że wysłało się do szkół określoną liczbę specjalistów na pogadanki, a w lokalnych społecznościach zrobiło się spotkania z niepijącymi alkoholikami. Ale nie sposób wskazać, czy to coś dało.

PARPA nigdy nie była w stanie pochwalić się mierzalnymi efektami swojej pracy – bo niby jak? Swego czasu – o czym pisał publicysta tygodnika „Do Rzeczy” Łukasz Zboralski – usiłowała dowodzić, że skuteczność jej działań można zmierzyć liczbą zatrzymanych przez policję pijanych kierowców. A tu warto przypomnieć, że polski limit – 0,2 promila alkoholu – jest znacząco niższy niż choćby brytyjski – 0,8 promila. Portal zajmujący się bezpieczeństwem ruchu drogowego brd24.pl pisał w lutym 2016 roku:

Przez minionych pięć lat rządowa agencja PARPA miała rozwiązywać liczne problemy alkoholowe w Polsce, w tym te związane z bezpieczeństwem na drogach. W Narodowym Programie Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011‐2015, który agencja koordynowała, zapisano jako cel cząstkowy do osiągnięcia: „7.3.0.0 Ograniczenie zjawiska prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu”.

Jak PARPA planowała sprawdzać, czy udało się jej osiągnąć ten cel? Sprawdziliśmy. Wśród wskaźników urzędnicy zapisali wprost, że jednym z nich będzie: „Liczba odebranych praw jazdy za kierowanie pod wpływem alkoholu”.

Absurd? Jak najbardziej. Ale tak właśnie PARPA proponuje oceniać własną skuteczność.

Jeśli nawet uznać, że państwo musi prowadzić niektóre działania – na przykład jakieś świetlice czy ośrodki terapii (co samo w sobie jest wątpliwe, ale niech będzie) – to nie ma absolutnie żadnego powodu, dla którego trzeba by do tego utrzymywać oddzielną agencję, wydającą blisko połowę swojego budżetu na biuro. Te zadania można bez problemu podzielić pomiędzy ministerstwa zdrowia oraz rodziny, NFZ oraz samorządy (którym należałoby w takiej sytuacji przyznać dotację celową).

Ale gdyby działalność PARPA i jej prezesa sprowadzała się jedynie do cichej roli organizacyjnej, nie byłby to może jeszcze taki wielki problem. Niestety, szef agencji jest człowiekiem z misją. Tą misją – jak to często bywa w podobnych przypadkach – jest dowodzenie, że jego instytucja jest absolutnie niezbędna. W przeciwnym wypadku ktoś mógłby dojść do wniosku, że można by ją jednak zlikwidować i zaoszczędzić trochę pieniędzy podatników. A wtedy zniknie kilka bardzo wygodnych posad.

Służy temu na przykład propagandowa teza, że Polacy to naród wprost chwiejący się na nogach, skrajnie zapijaczony, gdzie trzeba podejmować radykalne kroki przeciwko alkoholizmowi. Przypomina to, jako żywo, antypijackie kampanie w czasach gomułkowskich. Z tym że wówczas mogły nawet one mieć jakieś uzasadnienie. Dzisiaj obraz zapijaczonych Polaków, który próbuje kreować PARPA, nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.

W 2016 roku propagandowe opowieści agencji przeanalizował w „Do Rzeczy” Łukasz Zboralski. Publicysta napisał:

Przez ostatnich 26 lat kształtowała się jakaś europejska średnia, oscylująca wokół 9 l czystego alkoholu na osobę rocznie. Przez ten czas w wielu zachodnich krajach (ale nie we wszystkich – na przykład nie w Wielkiej Brytanii) średnie spożycie alkoholu na jedną osobę malało. W Polsce w tym czasie rosło. Można by więc twierdzić, że skoro w 2014 r. sięgnęliśmy 9,4 l (według Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych), to problem z alkoholem nam się zwiększył. Jednak dobijanie do średniej unijnej nie jest dowodem na to, że Polacy zaczęli pić na umór. Najlepiej obrazują to dane ze sprawozdań PARPA (z lat 2008 i 2012). Pokazują bowiem jasno, że ok. 7 proc. osób wypija prawie połowę całego konsumowanego w kraju alkoholu. Są więc niewątpliwie ludzie, którzy mają z alkoholem potężny problem. Tylko czy przez ich pryzmat wolno budować obraz całego kraju i prowadzić politykę na poziomie centralnym?

Pytanie jak najbardziej zasadne, zwłaszcza gdy zauważyć, że większość konsumpcji alkoholu w Polsce to dzisiaj nie wódka czy wino, ale piwo. Owszem, niewątpliwie istnieje jakaś grupa ludzi, którzy problem z alkoholem mają. Odrębnym pytaniem jest, czy w ogóle państwo powinno się nimi w szczególny sposób zajmować (ja uważam, że nie – to są problemy, które mogą być rozwiązywane na poziomie lokalnym). Natomiast pewne jest, że utrudnianie życia wszystkim, uzasadniane problemami siedmiu procent populacji, jest skandalem.

A tymczasem takie właśnie skutki ma działalność PARPA, która kilka lat temu, w imię walki z alkoholizmem, doprowadziła na przykład do wprowadzenia zakazu wysyłkowej sprzedaży alkoholu. To była bardzo specyficzna branża. Żaden pijaczyna nie kupował w ten sposób wina marki wino. Z tej możliwości korzystali smakosze drogich win, whisky czy burbona. Oczywiście znów nie ma żadnego sposobu, żeby stwierdzić, że ten „sukces” prezesa Brzózki wyciągnął z alkoholizmu choć jedną osobę. A nawet gdyby wyciągnął sto, nie jest to uzasadnieniem dla wprowadzania takich regulacji.

Kolejne pomysły, czekające w kolejce, to choćby urzędowo ustalana minimalna cena alkoholu. W wywiadzie dla Wirtualnej Polski w 2014 roku Brzózka mówił: „Właściwszym rozwiązaniem [niż podnoszenie akcyzy] mogłoby być ustalenie ceny minimalnej za porcję alkoholu, czyli za 100 gramów czystego alkoholu w napoju”. To już socjalizm w najczystszej postaci.

Gdyby ktoś chciał zorientować się w sposobie myślenia prezesa PARPA, powinien sięgnąć po rozmowy z nim. To naprawdę ciekawa lektura. W jednej z takich rozmów, przeprowadzonej niedawno przy okazji kampanii „Nie piję, bo kocham”, pan prezes przedstawił historię wprost mrożącą krew w żyłach:

Czy miał Pan w swoim życiu takie sytuacje, które zniechęciły Pana skutecznie do alkoholu?

[…] Pojechałem na spotkanie towarzyskie poza Warszawę, goście mieli na nim zapewnione noclegi. Niestety noclegi te się nie znalazły, a uczestnicy spotkania, którzy nie mieli samochodów, wracali do domów autobusami lub pociągiem. Będąc szczęśliwym posiadaczem samochodu, musiałem się w nim przespać, i przez to spędziłem „niezapomnianą” noc. To była mocna lekcja rozsądku…

Zauważmy: lekkomyślność człowieka, który sam nie zadbał o lokum po imprezie z alkoholem, ma być dowodem i argumentem na wielką ofensywę przeciw pijaństwu. Moim zdaniem to jedynie dowód na to, że rozmówca jest, mówiąc najdelikatniej, słaby w przewidywaniu konsekwencji swoich działań i podaje w wątpliwość jego zdolność do kierowania jakąkolwiek instytucją.

I kolejny fragment tej samej rozmowy:

Dlaczego kwestia trzeźwości narodu jest tak ważna?

[…] straty ekonomiczne gospodarki narodowej, bo pijaństwo więcej kosztuje niż daje zarobić. […] Przecież to właśnie alkohol spowodował degenerację, czy nawet wyniszczenie autochtonów zamieszkujących przestrzenie od Ziemi Ognistej poprzez Amerykę Północną, aż po Czukotkę.

Krzysztof Brzózka przypomina nauczycielkę z „Bruneta wieczorową porą” – jednego z arcydzieł Stanisława Barei – która oprowadzając dzieci po peerelowskim muzeum, tłumaczyła przy kolejnych eksponatach: „To jest butelka, do której dziedzic nalewał wódkę i rozpijał tą wódką pańszczyźnianych chłopów”. PARPA próbuje nam wmówić, że tacy dziedzice są wszędzie, a Polacy to ci biedni pańszczyźniani chłopi, którzy nie umieją o siebie zadbać.

Dobrym znakiem, że rząd szanuje publiczne pieniądze, byłoby wyrzucenie archaicznej, komunistycznej ustawy do kosza razem z istniejącą na jej podstawie instytucją.