Partnerzy we frankowym przekręcie
Tomasz Wróblewski 08.08.2016

Symbole i pojedyncze decyzje, a nie wyborcze tyrady i gospodarcze strategie, decydują ostatecznie o historycznej ocenie rządu. Tak jak nacjonalizacja OFE więcej powiedziała nam o państwie Platformy Obywatelskiej niż wszystkie obietnice Tuska, tak ustawa frankowa może być tym, co zdecyduje o wizerunku rządów PiS. Nawet ambitny program wicepremiera Morawieckiego, którego owoce zobaczymy pewnie dopiero za kilka lat, dziś tu i teraz oceniany będzie z perspektywy kredytów walutowych.

Prezydencki projekt zostawia nas z całą masą niedomówień i wątpliwości, które mówią tyle tylko, że kancelaria chciała odsunąć od siebie ten gorący kartofel, nie wywołując paniki na rynkach. Banki i rynki finansowe były zachwycone. Widmo obniżenia Polsce ratingu zostało odsunięte, a wszelkie pretensje poszkodowani będą musieli teraz zgłaszać do Sejmu. Jednym słowem zawody: lobbyści kontra frankowicze, tak naprawdę dopiero się zaczęły. O samych kredytach, a raczej o instrumentach forexowych sprzedawanych Polakom w formie kredytów, napisano już całe tomy. Opisano agresywne metody sprzedaży, zawyżane spready i przyznawanie kredytów bez zabezpieczeń. Ale opisana była też cała generacja naiwnych, przekonanych, że istnieje coś takiego jak darmowy lunch – droższe mieszkanie za mniejsze pieniądze. W języku rynkowym to była gra. Klient grał na krótko, wierząc, że złoty będzie się wiecznie umacniał, a bank na długo, wiedząc, że jak się umocni, to kiedyś spadnie. Amator grał z zawodowcem. I przegrał. Nie my pierwsi. Krach kredytowy w samych Stanach Zjednoczonych pozbawił 8,2 mln ludzi domów. Wszędzie z wyjątkiem Islandii, która skazała kilku bankierów na kary więzienia, większość z nich zatrzymała zyski. To nie tyle świadczy o sprzedajności wymiaru sprawiedliwości, co raczej o tym, że to politycy zgotowali nam taki los. Za krach z 2008 r. odpowiedzialne były kolejne, demokratyczne i republikańskie,rządy w USA, a w Europie kolejne rządy Francji, Niemiec i Grecji, które przymykały oczy na nieprawidłowości w nadziei, że większy ruch w biznesie pobudzi gospodarkę, rynek pracy i wygra im kolejne wybory.

Czym innym były polisolokaty, opcje i kredyty walutowe? Politycy mieli nadzieję, że boom kredytowy ożywi rynek, pobudzi eksport, a nowe miejsca pracy umocnią ich notowania. I mieli rację. Budowlanka rosła jak na drożdżach. Banki w tej grze nie były same. Ostrzeżenia w sprawie kredytów frankowych pojawiały się już w 2006 r. Komisja Nadzoru Finansowego mówiła, ale nie działała. Banki miały polityczne przyzwolenie. Z tego punktu widzenia mogą czuć się bezpiecznie. Jakiekolwiek siłowe przewalutowanie skończyłoby się przegranym arbitrażem. Nawet te odżegnywane od czci i wiary wyśrubowane spready do 2011 r. były legalne. Tak jak dziś legalne są spready w bankomatach czy na kartach kredytowych. Projekt prezydencki jest cichym kompromisem dwóch sprawców kryzysu frankowego. Rządu i banków. Wy bez krzyku oddacie spready – mówi rząd – i nie będziecie nas ciągać po sądach, a my rozmyjemy waszą odpowiedzialność za całą resztę. Politycy i bankierzy – partnerzy w przekręcie. Z czasem naciski KNF wymuszą na bankach korzystniejsze przewalutowania, ale nie liczmy tu na wielką ulgę. W miarę jak rosnąć będą koszty banków związane z przewalutowaniem, będą też rosły inne opłaty i zabezpieczenia, na których banki odbiją sobie utracony zarobek.

Było oczywiście i inne rozwiązanie. Islandzki scenariusz – skoro banki nabroiły, to niech teraz płacą. Najwyżej zbankrutują. Dwa, może trzy lata kryzysu byłyby ciężkie, ale jak pokazał przykład Islandii, czasem warto ryzykować. Złoty poszybowałby do 5,20 za euro, deficyt przebiłby sufit, a rosnące koszty spłaty długów zagranicznych wysadziłyby w powietrze te tak pięknie spisane strategie i plany rządu na reelekcję. Na to żaden rząd nigdy się nie zgodzi.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Storm Crypt/ na lic. Creative Commons/ flickr.com