PESEL i polityka
Jerzy Marek Nowakowski 21.08.2020

Zwykle nie polemizuję z sąsiadami z naszej lokalnej blogosfery, ale kolega Kossakowski sprowokował mnie do odpowiedzi. A raczej do smutnej refleksji. Smutnej, bo czytając dynamiczne i pozbawione jakichkolwiek wątpliwości zapiski sąsiada z tej strony uświadomiłem sobie, jak bardzo polityczna postawa a nawet polityczne myślenie zależy od pierwszych cyfr PESELU. Czyli mówiąc po polsku poczułem się niczym sadzonka cmentarna, co to pamięta rzeczy, które wydarzyły się zanim jeszcze mój szacowny sąsiad pojawił się na świecie.

 

Idąc od początku (że skopiuje figurę stylistyczną Pana Damiana) Alaksandr Łukaszenka nie jest prostym kołchoźnym chłopem, który niczym wioskowy głupek z bajek został królem. Taki jest rzeczywiście stereotyp popularny na Zachodzie i w wielu środowiskach w Polsce. Żeby było zabawniej ten stereotyp świadomie, choć na użytek wewnętrzny, wykreował sam „Baćka”. W rzeczywistości ma on skończone solidne, choć po sowiecku zakłamane studia historyczne, a pod koniec epoki sowieckiej był dyrektorem największego kombinatu kołchozowego na Białorusi. Jeżeli można snuć porównania z PRL to był to taki pomniejszy Brzostowski w wydaniu białoruskim. Wybrany deputowanym do pierwszej względnie swobodnie wybranej Rady Najwyższej umiejętnie wykreował się na lidera walki z korupcją. Zaczynając od zera stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków na Białorusi. W wyborach prezydenckich 1994 – wolnych i uczciwych – wystartował jako kandydat niezależny i w pierwszej turze pokonał zdecydowania zarówno kandydata nomenklatury (i Rosji) Wiaczeslawa Kiebicza jak i charyzmatycznego lidera Białoruskiego Frontu Narodowego Zianona Paźniaka i urzędującą głowę państwa Stanisława Szuszkiewicza. W drugiej turze zmierzył się z Kiebiczem i wygrał miażdżąco dostając ponad 80% głosów. Dzisiaj wiemy, że Łukaszenkę wspierali dyskretnie ludzie ze służb specjalnych. Ale w lipcu 1994 roku sukces Łukaszenki był odbierany jako sukces demokracji. Największy przed 16 sierpnia bieżącego roku.

Damian Kossakowski powiada, że Łukaszenka wygrał, bo trafił w potrzeby homo sovieticus. A potem tylko trzymał się władzy. Otóż sprawa wygląda nieco bardziej skomplikowanie. U progu lat dziewięćdziesiątych bardzo często jeździłem na Białoruś. I kiedy pytałem ludzi na prowincji: kim się czujecie? – odpowiadali „my bywsze sowieckije ludzi”. W tym samym czasie intelektualiści w Mińsku zastanawiali się nad odrodzeniem białoruskości. Plac w centrum miasta i główną aleję przemianowali z Lenina na Franciszka Skaryny. Wprowadzili szybką białorutenizację urzędów i szkół. Z perspektywy centrum stolicy czy z Grodna wyglądało to świetnie. Dodam, że z Warszawy również. Ale mieszkańcowi Homla, Mohylewa czy Witebsk, nie mówiąc o wsi, nazwisko tłumacza Biblii na białoruski nic nie mówiło. Byli przerażeni, bo języka białoruskiego nie znali. Ogromna większość Białorusinów mówiła tzw. trasianką będącą białorusko-rosyjskim pidżynem. Na wschodzie bliższą rosyjskiemu, na zachodzie białoruskiemu. Bali się, że nieznajomość języka państwowego będzie przeszkodą w karierze a nawet w kontaktach z urzędami. Do tego cerkiew prawosławna ściśle związana z patriarchatem moskiewskim straszyła, że za chwilę zostanie wprowadzona obowiązkowa religia grekokatolicka. (Faktycznie część radykalnych demokratów miała przekonanie, iż jest to narodowe wyznanie Białorusinów). No i rzeczywiście – ale podobnie jak na całym obszarze dawnych Sowietów – była wciąż silna nostalgia za przeszłością. Znaną i pewną. Łukaszenka idealnie odpowiedział na to zapotrzebowanie. W miejsce biało-czerwono-białej flagi i herbu Pogoni wprowadził zmodyfikowana symbolikę z czasów sowieckiej Białorusi, przywrócił status oficjalny językowi rosyjskiemu, budował nowe cerkwie, mówił o mitologii wielkiej wojny ojczyźnianej. W początkach swojej władzy stworzył krainę marzeń człowieka sowieckiego. Z jednej strony dał możliwość podróży za granicę i prywatnej własności, działały opozycyjne partie i gazety. A z drugiej zachowano pełne zatrudnienie i socjal.

Tyle, że jest to tylko połowa obrazka. Bo kiedy dzisiaj słyszę zarzuty: cóż to była za głupota, uważać Łukaszenkę za gwaranta suwerenności, to muszę powiedzieć, że największą zasługą Alaksandra Hrihorijewicza było zbudowanie białoruskiej świadomości państwowej. Przykład? Kiedy w 1992 r w Barcelonie Wital Szczerba, białoruski gimnastyk zdobywał sześć złotych medali olimpijskich zostając najlepszym sportowcem świata, będący wówczas u władzy demokraci w ogóle tego faktu nie zauważyli. Skończyło się na tym, ze ktoś się włamał do domu mistrza i mu te medale ukradł. Pod władzą Łukaszenki zarówno sportowcy wybitni (jak Azarenka czy Domraczewa) jak średni, byli fetowani i przedstawiani jako dowód na to, że „my Biełarusy” jesteśmy wielkim narodem. Słowo Białoruś było odmieniane przez nowego prezydenta na wszystkie sposoby. I efektem stała się mocna świadomość państwowa. Dziś nikt na Białorusi nie ma wątpliwości, ze jest obywatelem oddzielnego państwa. Skwitowanie tego zdaniem, iż „Dzisiejsza Białoruś to państwo skolektywizowane, zarządzane ze szczebla centralnego, typowa dla postradzieckiego państwa socjalistyczna dyktatura” jest najzwyczajniej uproszczeniem.

Białoruś ani nie jest tak zamknięta, ani tak skolektywizowana jak by wynikało z tekstu, z którym polemizuję. Zaś Łukaszenka przynajmniej od początku XXI wieku porzucił marzenie o połączeniu z Rosją i zasmakował w autorytarnej władzy. Natomiast emocjonalne zakończenie tekstu uświadomiło mi właśnie różnicę pokoleniową. Czy Łukaszenka jest straszliwym „wrogiem wolności i własnego narodu”. Pamiętam jak bodaj w 1999 roku przewodniczyłem polskiej delegacji na szczyt tzw. państw niezaangażowanych, szczyt na którym Białoruś została przyjęta do tej organizacji (Polska miała status obserwatora). Podczas końcowej kolacji siedziałem przy stoliku z egipskim Ministrem Spraw Zagranicznych i Panią Prezydent Sri Lanki. W pewnej chwili zacząłem ironizować wobec przyjęcia do ruchu państwa niezbyt demokratycznego jakim jest Białoruś. Na to pani Bandaranaike uśmiechnęła się i powiada: „młody człowieku rozejrzyj się dookoła. O ty siedzi Fidel Castro, stolik dalej Laurent Kabilia a tuz obok delegaci Północnej Korei. W tym towarzystwie Białoruś jest wzorową demokracją”.

Nie, nie usprawiedliwiam tortur. Nie usprawiedliwiam prawdopodobnych skrytobójczych morderstw przeciwników politycznych. Nie twierdzę, że model białoruski – polityczny i gospodarczy – jest dobry. Ale styl myślenia zaprezentowany przez mojego młodszego kolegę dziwnie przypomina mi praktyki dyplomatów z kwatery głównej NATO. Otóż do Armenii – co wymagało długich i trudnych zabiegów, ponieważ dominujący tam Rosjanie robili wszystko by armia ormiańska jakichkolwiek kontaktów z Sojuszem Atlantyckim nie utrzymywała – przysłali misje szkoleniową. Co było priorytetem tej misji? Implementacja zasad gender i zbadanie jak są zabezpieczone prawa mniejszości seksualnych. Dla porządku dodajmy, że w większości badań Armenia jest ścisłej czołówce państw homofobicznych i mizoginicznych. Jak nietrudno się domyślić najwięcej radochy mieli koledzy rosyjscy patrząc jak wśród ormiańskich weteranów wojennych przygasa entuzjazm do korzystania z doświadczeń NATO.

Pan Kossakowski zapomina, że w odróżnieniu od Łukaszenki nasi sojusznicy z Turcji, partnerzy z Rosji, że o Chinach nie wspomnę, mają ręce po łokcie unurzane we krwi. I jakoś nikt nie nawołuje do zerwania z nimi stosunków.

Polityka jest grą interesów. Oczywiście rezygnacja z zasad w polityce prowadzi zazwyczaj do porażki. Ale stawianie moralności jako jedynego miernika działań politycznych bywa równie zabójcze. Do niedawna to Aleksander Łukaszenka trafniej od swoich demokratycznych oponentów odczytywał nastroje społeczne. Białorusini nie chcieli konfliktów, ich narodowym mitem jest trauma wojny. W stereotypowym białoruskim myśleniu pokój jest wartością nadrzędną. I Baćka oferował swoim obywatelom pokój i spokój. Z punktu widzenia interesów Polski polityka blokowania rosyjskich zapędów imperialnych skierowanych na Zachód oraz gigantyczne obciążenie rosyjskiego budżetu przez finansowanie białoruskiego cudu gospodarczego były polityką w istocie korzystną. Naszym grzechem był brak dialogu a nie rozmowa z dyktatorem. Gdyby dialog z Łukaszenką był prowadzony to podobnie jak w czasie obu majdanów na Ukrainie polscy politycy mogliby wystąpić w roli mediatorów. Tak, mając poczucie dobrze spełnionego obowiązku, jesteśmy biernymi kibicami.

Przywilejem młodości jest posiadanie twardych poglądów. Ale uleganie stereotypom o kołchozowym dyktatorze i postsowieckim narodzie to nie przywilej a młodzieńcza naiwność.