Pewniak i pretendenci
Jerzy Wysocki 06.02.2015

Wybory prezydenckie trafnie opisał Andrzej Olechowski porównując je do biegu masowego, w którym wygrywa Kenijczyk a reszta bierze udział, żeby na przykład  komuś z trasy pomachać.  Cytując  barona Pierre de Coubertin: Istotą Igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze.
Mozolnie wyłonieni kandydaci do porażki trenują więc przed startem by nie zemdleć na trasie, dobrze wyglądać w tv i pomachać kibicom. Sztaby już teraz mogą pisać triumfalne wystąpienia na wieczory wyborcze z przekazem: nikt we mnie nie wierzył, media prześladowały a tu proszę – 5.7 procent, jak mocne piwo. Dziękuję wyborcom, jestem przyszłością polskiej polityki. Niektórzy pogratulują zwycięzcy, inni się na niego obrażą zarzucając doping lub/i fałszerstwo sędziów.

Co zrobić, żeby wybory Głowy Państwa nie przywodziły na myśl filmów Quentina Tarantino, choć aktorzy wyborczego spektaklu  mieliby nikłe szanse w castingu u słynnego reżysera. Nie musimy pisać dla niego scenariuszy.

Licząc na nieznajomość Konstytucji i ogólny brak wiedzy wyborców można się spodziewać festiwalu obietnic. Może już nie tak absurdalnych jak 100 milionów (przed denominacją) dla każdego czy miliona nowych miejsc pracy (stare czasy; pamiętacie czyje to pomysły?,) Ale jednak obietnic bez jakichkolwiek szans na realizację z uwagi na prerogatywy prezydenta a zwłaszcza zdrowy rozsądek.
Jednak zdrowy rozsądek w kampaniach wyborczych ma najmniejsze znaczenie. Zwłaszcza dla kandydatów o zerowych szansach nawet na dobry wynik, rozsądek to zły doradca. Lepiej obiecać wszystko, być wyrazistym, zyskać rozpoznawalność i liczyć na polityczne profity w swoich partiach, wręcz na zastąpienie  protektorów. O to walczą pretendenci, nie o wygraną w tym rozdaniu.
Jeśli więc nie chcemy filmu Tarantino i szanujemy te wybory to spróbujmy wymusić na kandydatach merytoryczne odpowiedzi na podstawowe sprawy. Tak, prezydent ma słabe uprawnienia, może bardziej przeszkadzać vetem niż kreować rozwiązania. Jednak jest też inicjatywa ustawodawcza a veta nie należy mylić z obstrukcją; to zajęcie stanowiska z silnym skutkiem prawnym i politycznym.
I właśnie na stanowiska w tej kampanii czekamy. Od kandydatów niewiele się dowiemy. Póki co media grzebią w życiorysach (ich prawo) a pretendenci są na szybkich kursach wystąpień publicznych albo ględzą to co akurat im do głowy przyjdzie. Poważne media ale i instytuty eksperckie, organizacje pozarządowe powinny spróbować wpłynąć na scenariusz tego filmu. W poprzednich wyborach były takie próby, choćby poprzez zmuszanie kandydatów do wypełnienia merytorycznych ankiet.

Rola państwa w redystrybucji dochodu narodowego, udział skarbu państwa w gospodarce , wolność wyboru (kredyty we frankach, ubezpieczenia zdrowotne), problem demograficzny i senioralny, wiek i regulacje emerytalne, system podatkowy, kodeks pracy, mix energetyczny – to skromny przykład pytań gospodarczych. Do tego drugi zestaw pytań: polityka międzynarodowa i obronność (tego nie trzeba wyjaśniać). Fundamentalne pytanie o stosunek do możliwych koalicji i  rządu po jesiennych wyborach . To prezydent desygnuje premiera! I współpracuje z rządem lub wkłada kij w szprychy.
Zbyt ambitny plan? Może naiwnością jest sądzić, że ktoś chce znać poglądy biegaczy, nawet tych którzy na trasie chcą tylko komuś pomachać.