Pierwsze strony pełne naszych własnych zamachów
Tomasz Wróblewski 23.11.2015

Publicyści i politycy dobierają słowa jak nastolatki ubrania. Wypatrują takich, które najbardziej szokują otoczenie. Pech chciał, że ostatni tydzień zdominował paryski zamach. Wystarczyła chwila i masz – pierwsze strony pełne naszych własnych zamachów. Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego – zamach na praworządność. Wymiana szefów służb specjalnych – nocny zamach. Ustawa o Trybunale Konstytucyjnym – zamach na demokrację. Zaraz będziemy mieli istną pandemię. Zamachy na urzędy, agencje, spółki Skarbu Państwa, niewydolne sądy, uczelnie marnotrawiące talent i pracę młodych ludzi, zamach na budżety promocyjne i reklamowe dla medialnych beniaminków rządu.

Dla środowisk dawnego establishmentu, mocno zakorzenionych w publicznych pieniądzach, to pewnie jest szok – niech będzie, że zamach na ich poczucie komfortu. Nie nam osądzać osobiste odczucia, gorzej, kiedy ta panika i gorączka spekulacji kadrowych przykrywają istotę problemu, przed jakim staje nowy rząd. Bo problemem Polski nie jest żaden wydumany zamach, ale też nie jest ruina państwa z jednej strony, a z drugiej faszyzm.

Naszym problemem jest wyjście z pułapki średniego rozwoju. W ciągu 25 lat dokonaliśmy gigantycznego skoku cywilizacyjnego. Kiedy zaczynaliśmy przygodę z demokracją, PKB na głowę jednego Polaka nie przekraczał 30 proc. dochodu na głowę Niemca. Dziś to jest ponad 52 proc. Jeden z najlepszych wyników w ostatnim półwieczu, choć w naszej historii bywały już tłuste lata. W ostatnich dwóch stuleciach 35 proc. PKB aktualnego hegemona gospodarczego – Wielkiej Brytanii w wieku XIX, a potem USA – przekraczaliśmy kilka razy. Nigdy jednak trwale. Zwykle było to kilka, co najwyżej kilkanaście lat dobrobytu, po których spadaliśmy z powrotem na dno. Każdy z tych dramatycznych momentów ma swoje piękne karty w naszej historii. Stanowią dowody męstwa, honoru i każdy ma po kilka pomników. Ale na wykresie historii gospodarczej widać tylko porażające dowody niemocy. Jakby jakaś klątwa wisiała nad naszym dobrobytem.

Po 25 latach nieustannego wzrostu nasz rozwój znowu wyhamował. Zatrzymał się na 2008 r. Z wyjątkiem załamania w 2009 r. pozostaje na podwyższonym poziomie, ale w zasadzie stoi w miejscu i się nie rusza. „Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój” w exposé premier Szydło jest faktycznie kluczem do zmiany myślenia o tym, jak wykorzystać ten moment na trwałą historyczną poprawę stopnia zamożności. Żeby znowu wykres dobrobytu nie wrócił do swoich niskich stanów sprzed lat.

Jak wyrwać Polskę z pułapki średniego rozwoju – z niskich płac, prostych prac, cudzych technologii i zerowych oszczędności? Ekonomiści mówią o wyjściu z półperyferium. To może brzmi bardzo technicznie, ale z drugiej strony, może lepiej oddaje nasze miejsce w Europie i to, dlaczego tak niewiele znaczy nasza opinia w sprawie Ukrainy, sankcji, uchodźców. Mimo wielkiego skoku cywilizacyjnego, jakiego dokonaliśmy, pozostajemy słabi. Półperyferium. Wciąż jesteśmy 20 razy biedniejsi niż Grecy i 50 razy niż Niemcy. Według Deloitte’a żeby zbliżyć się do Niemiec o kolejne 20 pkt proc., musimy wydawać na inwestycje o ok. 10 pkt proc. PKB więcej niż obecnie. To fura pieniędzy, by z peryferii Hiszpanii przenieść się na peryferie Niemiec.

Przed nami długa droga, której na pewno nie przejdziemy bez przełamania utrwalonych schematów przepływu publicznych pieniędzy – korupcji, nepotyzmu, plemiennego myślenia o gospodarce. Systemu służącego coraz węższym elitom odpowiedzialnym za coraz większą dystrybucję dóbr. Błędne koło, czy jakby powiedział Milton Friedman – terror teraźniejszości, gdzie strach przed zmianą zmurszałych instytucji państwa jest silniejszy niż potrzeba jego naprawy. Niech będzie, że potrzebujemy zamachu, ale bez szybkich i gwałtownych zmian o żadnym postępie nie może być mowy.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Jon S.: Newspapers B&W / na lic. Creative Commons/ flickr.com