Piłkarska jesień, jesień średniowiecza albo co ma Mao do polskiej piłki nożnej
Dariusz Matuszak 12.09.2019

Już niedługo rozpoczyna się piłkarska jesień, czyli ruszają europejskie puchary – jedne z najwspanialszych imprez sportowych świata. Polacy mogą szykować się do tzw. „window shopping”, czy jak kto woli do lizania ekranów telewizorów. Wszystko za sprawą naszych klubów, które odpadły z rozgrywek zanim się one rozpoczęły. Trzeci rok z rzędu, od nie wiadomo jak dawna przegrywają one z zespołami pochodzącymi z miast, o których nawet ich mieszkańcy nie słyszeli. Umówmy się – jak usłyszeć Dunajska Streda, Kebele, czy Qarabag to sobie można pomyśleć o jakimś słowackim tańcu ludowym i ewentualnie ormiańskim, czy azerskim garnku z przysmakami do wspólnego jedzenia palcami. W tym roku najbogatszy polski klub po heroicznych bojach ledwo wygrał z wicemistrzem skały o nazwie Gibraltar.

 

Sto lat temu holenderski historyk Johan Huizinga napisał genialną monografię „Jesień Średniowiecza”. Rozsławił ją w Polsce swym kultowym filmem „Pulp Fiction” Quentin Tarantino. W jednej ze scen niejaki Marcellus mówi, że zboczeńcowi – kumplowi Pokraki – „zrobi z dupy jesień średniowiecza”. Od dziesiątków lat kluby w rodzaju Shkendija Tetovo z Północnej Macedonii robią to właśnie naszym.

To nie są wpadki, wypadki, pechy, tylko norma od 30 lat. O przypadku to można mówić wtedy, gdy ktoś gdzieś się zakwalifikuje – w ciągu 23 lat w Lidze Mistrzów polskie zespoły zagrały 2 razy. Na polską ligę nie da się patrzyć i tak naprawdę nikt na nią nie patrzy. To nie jest piłka nożna, tylko zupełnie inna dyscyplina sportowa. To taka liga, w której bramkarze kondycyjnie nie wytrzymują trudów spotkania, a powiedzenie „polska myśl szkoleniowa” jest oksymoronem – coś jak gorący śnieg, piwo bezalkoholowe, czy pyszny wegetariański kotlecik. Cały ten cyrk to jakiś fenomen na skalę światową i nie zmienią tego indywidualne kariery jakichś pojedynczych wybitnych graczy, którzy karierę robią za granicą. Gdyby piłka kopana odzwierciedlała stan naszego kraju, to dzisiaj kierunkiem imigracji byłaby Ukraina, a nawet Albania. Nie żadna Unia, bo nikt by nas do niej nie wpuścił. Należelibyśmy do IV ligi Europy.

Ta kopana padaka nie interesowałaby mnie jako obywatela, gdyby nie to, że jest fundowana za moje pieniądze. To ja funduję stadiony jak choćby w Łodzi, bo z tchórzostwa i oportunizmu ze strachu przed kibicami władze miasta muszą stawiać 2. Podobnie w Krakowie. To warszawiacy zrzucili się na Legię, a poznaniacy muszą utrzymywać przymusowo zbudowany im na trzy mecze Mistrzostw Europy stadion Lecha. To za nasze pieniądze TVP transmituje te żałosne popisy. Bank PKO BP, którego głównym akcjonariuszem jest Skarb Państwa wydaje rocznie miliony na podtrzymywanie trupa. PGE za gigantyczne pieniądze zafundowało sobie neon na Stadionie Narodowym i udaje, że to świetna inwestycja w reklamę, bo teraz obywatel jak usłyszy PGE Narodowy (Stadion) to kupi sobie trochę węgla brunatnego, albo włączy dodatkowy telewizor. To Energa utrzymuje stadion w Gdańsku. Potem te wydatki wliczają nam w cenę prądu.

Za tym wszystkim stoją politycy, a czasami produkowani na wtryskarkach plastikowi specjaliści od marketingu. Nie chodzi o to, by spółki Skarbu Państwa nie inwestowały w sport, tylko o to, by nie robiły tego dlatego, że jakimś nielotnym spin doktorom, niespecjalnym specom od politycznej propagandy wydaje się, że dając widowisko piłkarskie kupi się głosy wyborcze obywateli. Upojony piłkarskimi sukcesami i zalany endorfinami lud poprze kochaną władzę. Ci spin doktorzy myślą jak za komuny towarzysze i właściciele ZSRR, NRD, czy Kuby, którzy tak się starali o sukcesy sportowe. Oczywiście, że dla kochanej władzy mają one wartość propagandową, ale nie tak i nie za takie pieniądze miłości narodu można dostąpić.

Swego czasu, gdy intensywnie zajmowałem się marketingiem sportowym odbywałem wiele rozmów z różnymi fachowcami od piłki próbując pojąć fenomen wiecznych porażek. Odpowiedzi były niemal zawsze te same: bo konkurencja za duża, gdyż cały świat gra, bo za mało pieniędzy na infrastrukturę, zawodników i co tam jeszcze. Ten sam zestaw banałów od dwudziestu lat odzwierciedlający socjalistyczną mentalność keynesistów. Dajcie mi pieniądze, nieskończone zasoby, to ja wam coś dostarczę – np. rakietę kosmiczną, największą turbinkę która się nie kręci, albo dobrą, wyhodowaną w Arłamowie drużynę piłkarską.

Przeklętej pamięci towarzysz Mao kochał piękne okoliczności przyrody. Szum strumyków, świergot ptasząt, listki wierzby i krzyki torturowanych. Pojechał on kiedyś w surową dolinę niedaleko Pekinu, rozejrzał się po melancholijnych, nagich wzgórzach i pomyślał sobie – jakby to było pięknie, gdyby tu było jezioro. Towarzysze towarzysza Mao wnet podchwycili jego genialną myśl i już wkrótce zwieziono kilka hektarów spracowanego ludu chińskiego, by łopatami zmienił bieg okolicznych rzek, pobudował tamy i sprawił, że w dolinie u stóp melancholijnych wzgórz błękitem zalśni wody glazur. Stanęły mostki i estakady, tysiące kamiennych ławek w zatoczkach nad brzegami, usypano wysepki, na których pobudowano kapliczki socjalizmu i świątynie dumania nad „Czerwoną Książeczką” Mao. I tak spracowany chiński lud miał tu przyjeżdżać i wypoczywać po znoju budowy socjalistycznej ojczyzny. Myśl i słowa towarzysza potrafiły zmieniać bieg rzek, zawracać w locie klucze żurawi, ale nie potrafiły zmienić lessowych gleb doliny, więc woda w jeziorze wciąż znikała i trzeba było ją nieustającą pompować. Myśli i czyny towarzysza Mao są nieśmiertelne, ale jak się okazało on sam już nie. No i umarł, a wtedy przestano tłoczyć życiodajną wodę. I teraz można sycić się melancholijnym wdziękiem doliny, patrzeć na szare, pylaste wzgórza, ale też podziwiać wyrastające w gołym polu mostki, kamienne ławki i wały, które kiedyś były przystaniami i przybytki komunistycznej religii na usypanych kopcach.

Jeśli komuś za daleko do Chin, to w Grecji może podziwiać podobne twory socjalistycznego geniuszu. Wyschnięte tory wioślarskie, puste, zarośnięte ostem baseny, klepiska parkourów, boiska treningowe tak nędzne, że koza się na nich nawet nie wypasie. Wszystko to pozostałości po Igrzyskach Olimpijskich 2000 roku, teraz przypominające strefę Czarnobyla. Dajcie mi tylko pieniądze i nieskończone zasoby, a ja wam wszystko zbuduję.

No więc żeby nie wiem ile pieniędzy wpompowano w tego zombie jakim jest polska klubowa piłka nożna, to nic z tego nie będzie, bo nie o pieniądze tu chodzi, tylko o coś znacznie ważniejszego. O kulturę, mentalność, sposób patrzenia na świat. Od trzydziestu lat wciąż ci sami ludzie krążą od klubu do klubu, robią porządki, kolejne doprowadzając na skraj upadku, czy do sportowej katastrofy i podają rytm do infantylnej przyśpiewki: „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”.

Na klubach polegli wybitni polscy przedsiębiorcy, którzy byli ich właścicielami. To oczywiście była w dużej mierze zabawka dla nich, forma spełnienia dziecięcego marzenia o karierze piłkarskiej, tym niemniej jako właściciele klubów nie poradzili sobie z nimi tak, jak z innymi przedsiębiorstwami. Weszli w ten przegniły światek cwaniaczków, pasożytów, którzy całe życie ssą cudze soki i dali się uwieść. Niech się nikt nie da zwieść receptami w rodzaju: dajmy grać młodym piłkarzom, nie ściągajmy emerytów z zagranicy, postawmy na szkolenie, budujmy akademie piłkarskie etc. etc., bo to wszystko są didaskalia. Mamy do czynienia z systemem, którego nic nie może uratować. To jedna z tych enklaw „świata, który nie może zaginąć”. Jest jak ZUS, państwowa służba zdrowia, jak Kuba sprzed lat, która gniła w swym klimacie i socjalizmie, ale dostawała pieniądze od ZSRR, więc zdechnąć nie mogła.

W przypadku piłki nożnej recepta jest prosta – należy całkowicie odciąć ją od zewnętrznego zasilania, od pieniędzy podatników. Kto tam sobie prywatnie chce stracić setki milionów droga wolna, ale od naszych pieniędzy wara. Trzeba odłączyć tę kroplówkę ministerstw i kancelarii premiera, publicznej telewizji, samorządów, spółek skarbu państwa. Nie możemy tego zrobić z państwową służbą zdrowia, ale z piłka kopaną już tak. Powtarzanie przez kolejne 30 lat tych samych działań będzie głupie, nieskuteczne i niemoralne.

Nie jestem ortodoksyjnym przeciwnikiem finansowania sportu z pieniędzy publicznych. Sport to biznes, w który warto inwestować nie tylko ze względów społecznych. Aż 1/3 turystyki jest związana z imprezami i to głównie sportowymi, z gigantycznymi wpływami nie tylko za bilety, ale dla zaplecza transportowego, hotelarskiego, gastronomicznego itd. Sport buduje wizerunek państwa, czy regionu jako marki, więc nie dziwią nakłady alpejskich gmin, które liczą na narciarzy. To wszystko ma sens i opisanie warte jest oddzielnych tekstów. Za takimi działaniami stoją normalne zasady biznesowe, a więc np. inwestycje w branże, w których posiada się kompetencje i potencjał. Takimi branżami w sporcie są dyscypliny, w których z rożnych powodów specjalizują się całe państwa. Litwini mają koszykówkę, Słowacy, Kazachowie, Białorusini choćby hokej, Skandynawowie oprócz sportów zimowych piłkę ręczną, Holendrzy m.in. panczeny, Japończycy judo, sumo etc. Polska też ma – np. siatkówkę, czy skoki narciarskie, ale z jakichś powodów chce marnować swe zasoby na konkurencje, w których nie ma szans i świata póki co nie podbije. Polskie wina nie znajdą się na europejskich stołach, a transmisji z rozgrywek polskiej ligi piłki nogą potrącanej nikt nie kupi. Im zaś dłużej będziemy pakować w ten biznes publiczne pieniądze tym mniejsza szansa, że kiedykolwiek się to zmieni. Tu potrzeba pracy, głodu i krwi upuszczenia, a nie ciągłego hołubienia i dawania cukierków.

Sportowcy muszą zarabiać dużo, więc wchodzą w świat np. reklamy, bo ich kariera jest okupiona ogromnymi wyrzeczeniami, trwa krótko i z dnia na dzień może się skończyć. Rynek to potrafi wycenić. Inaczej jest w przypadku piłki nogą popychanej. Ja rozumiałbym muzealników, którzy chcą zachować ją jak jakiś relikt przeszłości, jak np. dymarki świętokrzyskie, albo podtrzymać, by adepci zarządzania i marketingu mogli studiować przypadki porażki. Zupełnie jak patolodzy zwłoki. Ale nie, udaje się, że to biznes, a traktuje jak relikwię, albo jak masochista swoje fetysze. Trzeba ten bajzel odciąć od pieniędzy, bo każda ich ilość wycieknie jak życiodajna woda z doliny towarzysza Mao. To trzeba zaorać i niech samo w dyscyplinie, wyrzeczeniach, ciężkiej pracy i pasji się buduje. Może coś za 10 lat wyrośnie.

Mógłbym internet wypełnić opowiadaniami o zmarnowanych pieniądzach, o karierach zniszczonych przez zbytek i zepsucie środowiska, dzieciakach, które marzyły o sławie, liznęły tego piłkarskiego blichtru i skołowane kończyły jako alkoholicy, hazardziści, przestępcy. O reprezentacji to w ogóle nie chce mi się pisać, ale od biedy mogę jeszcze uznać ją za jakieś pokraczne, ale zawsze dobro narodowe. Ale tak bez sensu moimi pieniędzmi wspierać prywatny, gówniany biznes? Kultywować ten sprywatyzowany i do cna zdegenerowany socjalizm? Żebym ja musiał sponsorować jakiegoś zramolałego dziada z Hiszpanii, który po Pirenejach powinien barany ganiać, albo owczy ser miętosić? To już lepiej było za PRL wydawać na czerwonego księcia, syna premiera Jaroszewicza, żeby sobie trochę w rajdach pojeździł. To ostatnie zdanie to wcale nie jest aluzja do Kubicy.