PiS jako peerelowska spółdzielnia mieszkaniowa
Łukasz Warzecha 21.05.2020

Czy znają państwo z czasów peerelowskich pojawiającą się wtedy w różnych wersjach anegdotę o chodniku i trawniku? Anegdotę z pewnością nie zmyśloną, a że wersji miała wiele wynikało z tego, że takich bliźniaczo podobnych historii było zapewne mnóstwo.

 

Oto powstaje nowe osiedle bloków. W Peerelu – wyjaśniam młodszym czytelnikom – najpierw budowano bloki, które przez dłuższy czas, już po zasiedleniu, stały w błocie, a dopiero potem robiono chodniki i uliczki (można to zobaczyć w serialu „Alternatywy 4” niezrównanego Stanisława Barei). Otóż gdy przychodzi w końcu czas na zrobienie chodników, są one wytyczane według jakiegoś zatwierdzonego w odpowiednim urzędzie projektu. Między nimi siana jest trawa. Oczywiście przebieg chodników nie ma nic wspólnego z logiką ludzkich zachowań, więc już po paru tygodniach widać, że ludzie wydeptali sobie ścieżkę przez trawnik, bo tamtędy najszybciej dojdzie się do przystanku autobusowego, za to prowadzący dookoła chodnik jest nieużywany. Pojawiają się wtedy robotnicy ze spółdzielni mieszkaniowej, ogradzają trawnik, stawiają tabliczki „nie deptać trawy”. Oczywiście to fikcja, bo ludzie nadal chodzą, jak chodzili. W końcu okazjonalnie pojawiają się nawet patrole milicji, wlepiając mandaty za deptanie trawy.

Do spółdzielni wpływa pismo od miejscowego naiwnego społecznika, który wskazuje, że skoro już ludzie sobie tę ścieżkę wydeptali tam, gdzie im najwygodniej, to może po prostu zamienić miejscami ścieżkę z chodnikiem. Położyć płyty na najkrótszej drodze dojścia do przystanku, a w zamian zdemontować chodnik i miejsce po nim obsiać trawą. Odpowiedź jest, rzecz jasna, odmowna. Jest projekt, projekt został zatwierdzony przez odpowiednie gremia, i nikt tu nie będzie oddolnie zmuszał spółdzielni do zmiany projektu, który na pewno jest dobry, a ludzie mają się dostosować.

Nie było i nie ma systemu bardziej gardzącego obywatelem niż socjalizm (komunizm jako totalitarną ewolucję socjalizmu odkładam tu na osobną półkę). Jednym z podstawowych założeń socjalizmu jest, że kasta mędrków, którzy sprawują władzę – nie ma tu znaczenia, że często mają do tego demokratyczny mandat – wie lepiej od obywateli, jak ci obywatele powinni w każdej dziedzinie postępować, żeby byli szczęśliwi. Anegdota o chodniku i trawniku ilustruje świetnie różnicę między rządem socjalistycznym, który ma ludzi w głębokiej pogardzie, a rządem wolnościowym – i zarazem konserwatywnym w swojej istocie – który rozumie, że reguły stawiające tamę ludzkim dążeniom, instynktom i tendencjom można ustanawiać jedynie wówczas, gdy mają dla wspólnoty absolutnie kluczowe, fundamentalne znaczenie. W każdym innym przypadku albo nie powinny powstawać w ogóle, albo ewentualnie mogą tylko ujmować w reguły prawa to, co jest naturalną człowieczą skłonnością. Takie podejście oznacza, że to rząd jest dla ludzi – nie odwrotnie. Wracając do anegdoty – spółdzielnia szanująca ludzi może oczywiście zakazać przejeżdżania przez trawnik samochodem, ale chodniki położy dopiero zobaczywszy, gdzie mieszkańcy osiedla sami wydeptują ścieżki.

Tak się składa, że po pięciu latach rządzenia PiS okazuje się najbardziej socjalistycznym, a więc najsilniej gardzącym obywatelami rządem w historii III RP. Ta pogarda niekoniecznie jest uświadomiona – choć sądzę, że wielu polityków partii władzy ją faktycznie odczuwa. Na ogół jednak są oni przekonani, jak to ideowi socjaliści, że opiekują się głupim ludem, który tego pragnie i potrzebuje. Co gorsza, w tej pierwszej kwestii mają niestety w dużej mierze rację – wiele osób naprawdę tego chce.

Z całkowitym przekonaniem mogę napisać, że żaden wcześniejszy rząd w tak drastycznym stopniu nie mieszał się w nasze codzienne życie i nie paraliżował go tak silnie sklerotycznymi zakazami i nakazami. Z jakich powodów – to inna kwestia. Czasem przyczyną nie było wcale jakieś szczególne umiłowanie wolności, lecz po prostu immanentna niemoc państwa. Ale skutek był, jaki był.

To wszystko jest wstępem do sprawy, na którą trafiłem na stronach Kongresu Polskiego Biznesu – organizacji kierowanej przez dr. Sławomira Mentzena. Kongres skierował do Ministerstwa Zdrowia petycję w sprawie zniesienia zakazu sprzedaży alkoholu na odległość, który to zakaz wynika z peerelowskiej ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Ta ustawa, pochodząca z 1982 r., nawiasem mówiąc jest źródłem aktywności Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych – instytucji całkowicie bezsensownej, zbędnej, marnującej jedynie pieniądze podatników, o której pisałem już kilkakrotnie na blogu WEI. Autorzy petycji otrzymali odpowiedź, którą opublikowali, zamieszczając stosowny komentarz. Ja pozwolę sobie zacytować ją tutaj w całości:

Szanowni Państwo,

w odpowiedzi na petycję z dnia 15 kwietnia 2020 r., pierwotnie skierowaną do Prezesa Rady Ministrów, w sprawie zmian legislacyjnych umożliwiających sprzedaż zdalną napojów alkoholowych, uprzejmie informuję, że opinia Ministra Zdrowia w odniesieniu do postulatu dotyczącego sprzedaży napojów alkoholowych przez Internet czy też w inny sposób umożliwiający jego zdalny zakup, pozostaje zdecydowanie negatywna.

Stanowisko, zgodnie z którym ograniczanie dostępności fizycznej napojów alkoholowych stanowi jedno z trzech najskuteczniejszych narzędzi mających na celu profilaktykę i rozwiązywanie problemów związanych z używaniem alkoholu pozostaje aktualne. Obecnie dostępność fizyczna napojów alkoholowych wciąż znajduje się na wysokim poziomie. Choć na przestrzeni ostatnich 10 lat zauważalny jest niewielki, ale stały spadek dostępności zarówno w przypadku wszystkich punktów, jak i w kategorii punktów sprzedających napoje zawierające powyżej 18% alkoholu, to wskaźniki te wciąż należy uznawać za zbyt wysokie.

W przypadku rozpatrywania kwestii sprzedaży napojów alkoholowych za pośrednictwem Internetu, równie istotnym faktem jest możliwość wystąpienia nadużyć związanych ze sprzedażą tych wyrobów osobom, którym sprzedaż napojów alkoholowych jest zabroniona na podstawie art. 15 ust. 1 pkt 1-2 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (Dz. U. z 2019 r. poz. 2277), zwanej dalej „ustawą”, tj. osobom, których zachowanie wskazuje, że znajdują się w stanie nietrzeźwości oraz osobom do lat 18. Obecnie wydaje się, że prowadzenie sprzedaży napojów alkoholowych przez Internet nie stwarza należytych gwarancji prowadzenia działalności w rzetelny sposób w rozumieniu przepisów ustawy oraz spełniania nadrzędnych celów tej regulacji.

Kolejną kwestią, która nie może zostać niezauważona, jest prezentowanie oferty sprzedaży przez podmioty, które prowadziłyby sprzedaż w Internecie. Wskazać należy na przepisy ustawy dotyczące reklamy napojów alkoholowych oraz m.in. fakt, że podmiot nie ma możliwości ograniczenia dostępu do prezentowanych treści osobom, do których nie są one adresowane. W przypadku prezentowania oferty przedstawiającej asortyment podmiotu w ten sposób, odbiorcą treści może stać się każdy użytkownik Internetu, co mogłoby wiązać się z możliwością zastosowania reklamy niedozwolonej.

Niezwykle istotną kwestią jest ochrona zdrowia psychicznego w tym trudnym okresie, jakim jest stan zagrożenia epidemicznego lub stan epidemii. Przebywanie w kwarantannie lub odosobnienie i izolacja społeczna mogą stanowić szczególne wyzwanie dla kondycji psychicznej. Podkreślenia wymaga, że jednym z oficjalnych, aktualnych zaleceń w zakresie ochrony zdrowia psychicznego podczas epidemii jest unikanie radzenia sobie ze stresem za pomocą alkoholu i innych używek.

Nie mniej istotne pozostają inne negatywne zjawiska, które mogą ulegać nasileniu w związku z nadużywaniem alkoholu, tj. m.in. incydenty związane z przemocą domową występujące na tle upojenia alkoholowego czy niebezpieczeństwo związane z nadmiernym spożyciem alkoholu, również wywołane zmianą trybu świadczenia pracy bądź jej utratą, mogące prowadzić do poważnego pogorszeniu się sytuacji zdrowotnej. Ponadto warto zwrócić uwagę, że zdalne nabywanie napojów alkoholowych sprzyjałoby zachowaniu anonimowości konsumenta (w odróżnieniu do zakupów dokonywanych osobiście w punkcie sprzedaży), co może być dodatkowym impulsem zachęcającym do dokonania zakupu.

Ponadto, do Ministerstwa Zdrowia wpływają także wnioski i postulaty dotyczące czasowego zakazu sprzedaży napojów alkoholowych w związku z aktualną sytuacją epidemiologiczną, m.in. z uwagi na negatywny wpływ alkoholu na funkcjonowanie organizmu i jego właściwości wpływające na obniżenie odporności.

To jest właśnie peerelowska spółdzielnia mieszkaniowa, pouczająca obywatela, że ma siedzieć cicho w sprawie chodnika, bo jego przebieg został zatwierdzony, a obywatel jest głupi i się nie zna. Nie wiem, czy urzędas, który pisał odpowiedź w imieniu MZ, zdaje sobie z tego sprawę, ale ton jego wywodu jest przepełniony pogardą. Trzeba bowiem ludźmi gardzić, żeby uznać, że nie rozumieją konsekwencji swojego postępowania, są zbyt durni, by samemu podejmować decyzje, a w takim razie musi je za nich podejmować urzędas. A nawet, gdybyśmy uznali, że ludzie najmądrzejsi nie są, to skoro dajemy im zarazem czynne prawo wyborcze, powinniśmy przyjąć, że dajemy im także prawo do dokonywania złych wyborów. I ponoszenia ich konsekwencji.

Pomijam już to, że jeśli coś można kupić w normalnym sklepie, to nie ma żadnego powodu, żeby nie można było tego kupić w internecie. Kwestia pełnoletności jest tu jedynie bezsensowną wymówką. Także w realnym sklepie alkohol dla niepełnoletniego może kupić ktoś pełnoletni, a w przypadku sprzedaży na odległość można wprowadzić procedurę weryfikacji wieku choćby przy odbiorze zamówienia. Jeśli dowód może sprawdzać sprzedawca w sklepie stacjonarnym, to może o niego też poprosić kurier. Wszystko da się zrobić, chyba że się nie chce. Ta władza nie chce.

Jest też jednak optymistyczna strona sprawy. Jak być może państwo wiedzą, rząd PiS wprowadził na początku swojej pierwszej kadencji zakaz zdalnej sprzedaży wyrobów tytoniowych. Stało za tym również Ministerstwo Zdrowia, wtedy kierowane przez Konstantego Radziwiłła, które w ogóle jest czempionem w forsowaniu sklerotycznego paternalizmu. MZ twierdziło że realizuje po prostu wytyczne unijnej dyrektywy, która nakłada obowiązek dopilnowania, aby wyrobów tytoniowych nie kupowali nieletni. I tak samo jak w przypadku alkoholu, zastosowano sposób najprymitywniejszy: całkowity zakaz zdalnej sprzedaży, podczas gdy dyrektywa jak to dyrektywa – nakłada jedynie obowiązek osiągnięcia określonego celu, ale nie instruuje, jak to konkretnie zrobić.

Lecz oto bingo – znaleziono sposoby na obejście tego absurdu. Pierwszy to skorzystanie z pomocy kogokolwiek, kto ma zarejestrowaną działalność gospodarczą. Zakaz nie obejmuje bowiem zakupów tytoniu na firmę – niezależnie od tego, czym się ta firma zajmuje. A co ma zrobić ktoś, kto sam działalności nie prowadzi, a znajomych tego typu nie ma? Otóż pojawiły się firmy, które pośredniczą w dokonaniu zakupów na odległość. Udziela się im zdalnie pełnomocnictwa, one kupują, co trzeba, w internetowym sklepie i wysyłają do klienta, pobierając za to niewielką prowizję. Sam z takiego rozwiązania korzystam, kupując tytoń do fajki.

Identycznie rozwiązano to w przypadku alkoholu. Alkohol bowiem można kupić w dużych sklepach, dostarczających zakupy do domu. Trzeba tylko udzielić im pełnomocnictwa (w praktyce polega to na zaznaczeniu jednego pola wyboru przy finalizowaniu zakupów) na zakup alkoholu w formalnie odrębnym sklepie w imieniu klienta.

Takie rozwiązania pokazują, że – mówiąc górnolotnie – duch w narodzie nie ginie. Tyle że można się było cieszyć, że ludzie znajdują sposoby na poradzenie sobie z durnymi przepisami, tworzonymi przez gardzącą ludźmi władzę, póki żyliśmy w komunie. Dzisiaj można nad tym już tylko załamać ręce.