Płaca minimalna – pułapka średniaka
Tomasz Wróblewski 13.06.2019

Znowu wzrośnie nam płaca minimalna. Rząd chce podnieść ją o 200 złotych do 2450 zł brutto, wynagrodzenie godzinowe ma wzrosnąć do 16 zł. Im bardziej chce zabłysnąć przed wyborami, tym gorszy los nam planuje na cztery lata po wyborach.

 

Płaca minimalna rośnie dziś szybciej niż tempo wzrostu gospodarczego i szybciej niż wymaga tego mechanizm ustalania minimalnej pensji przyjęty w 2002 r. Płace wzrosną w 2020 o 9,9 proc. a wzrost gospodarczy szacowany jest dziś na 4,7. Nawet jeżeli wzrośnie do 5 proc. to dalej będzie mocno przestrzelony. Trudno też to uzasadnić wzrostem wydajności, w tym roku na poziomie 4,5 proc. Na uzasadnienie rządu musimy pewnie poczekać do Rady Dialogu Społecznego, ale też nie trudno przejrzeć motywy przed wyborami. Po wyborach choćby i recesja.

Do każdej podwyżki płacy minimalnej dodajmy długą listę rozmaitych świadczeń i podatków – składki emerytalne, rentowe, chorobowe, wypadkowe, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Fundusz Emerytur Pomostowych – łącznie to 29,7 proc. wynagrodzenia, a cały klin podatkowy, czyli różnica między tym co płaci pracodawca a co dostaje pracownik wynosi 40,30 proc., czyli ponad 80 złotych. Do tego dodajmy incydentalne podwyżki jak choćby grzywna sądowa. Podwyżka jest, i jest ogromnym obciążeniem dla firm, ale efekt płacowy skromny. I na tym nie koniec.

Swego czasu dwóch amerykańskich ekonomistów Prof. David Neumark z University of California i Dr. William Wascher, z Banku Rezerw Federalnych (FED), zestawiło ze sobą ponad 100 niezależnych badań z 20 państw na świecie, z których wynika, że, kraj po kraju, znaczące podwyżki płacy minimalnej prowadzą nie tylko do redukcji miejsc pracy, ale też całego szeregu innych makroekonomicznych zawirowań. Z każdymi 10 proc. podwyżki liczba miejsc pracy na rynku kurczy się między 5 a 10 pkt. procentowych. Tak przynajmniej było od 1993 roku, z przerwą na okres 2008-20011 w większości państw OECD, kiedy to podwyżki zostały zamrożone po latach nieustannego wzrostu, a ubytków na rynku pracy i tak się nie udawało zahamować.

Entuzjaści socjalnego rozpasania powiedzą wam, że żadna z zapowiedzi kryzysu, czy spowolnienia gospodarczego, w ostatnich trzech latach się nie spełniła i  można powiedzieć, że polska gospodarka rośnie, tak czy owak i rząd wie co robi. Coś z czym trudno dyskutować, ale jeżeli już przyjrzymy się zastojowi w inwestycjach prywatnych firm, to zobaczymy, że gospodarka raczej rośnie owak niż tak. Firmy nie inwestują, to znaczy, że realizują zamówienia i dobierają do tego nowych pracowników tam gdzie muszą, żeby się wywiązać z umów, ale nie porywają się na nowe inwestycje. Głównie w obawie przed nieprzewidywalną polityką podatkową i regulacyjną, w tym gwałtownie rosnącymi kosztami pracy.

Jeżeli płaca minimalna rośnie szybciej niżby to wynikało ze wzrostu produktywności, a z danych, które spływają z OECD wynika, że Polska w tym roku może mieć najgorszą relację między wzrostem produktywności a wzrostem płac, to nie ma cudów – zapotrzebowanie na drogą siłę roboczą będzie się kurczyć. W pierwszym rzędzie ubywać będzie miejsc pracy dla osób młodych. Badania przeprowadzone w Kanadzie w latach 2006, 2014 – latach prosperity, kiedy to płaca minimalna wzrastała o 10 proc. pokazują, że mimo dobrej sytuacji ekonomicznej zatrudnienie odpowiednio spadało o 3 i 6 proc. W Polsce oczywiście młodym ludziom pozostaje bilet do Londyny czy Berlina, zjawisko, którego wciąż nie udaje nam się opanować.

Z kolei firmy żeby utrzymać się na rynku i pozostać konkurencyjne po prostu nie dają podwyżek osobom którym nie muszą. W rezultacie stopniowo pogarsza się sytuacja osób w gorszej sytuacji życiowej, zadłużonych, samotnych matek, a w tym większości kobiet, które tradycyjnie mniej przebojowo walczą o swoje prawa. To nie są jakieś rewolucyjne myśli, to są powtarzające się schematy trenowane w świecie od lat. Wyższa płaca minimalna poszerza grupę osób uzależnionych od najniższej płacy. W 2005 roku w Polsce płace minimalną pobierało 4.49 proc. osób, w 2015 to było 5.2 proc. Dziś płacę minimalna pobiera 13 proc. Średnia dla UE wynosi 7 proc. i uważa się, ze wszystko ponad to świadczy o niezrównoważonym rynku pracy, niedostosowanym do dynamiki wzrostu gospodarczego.  Od Polski wyższy odsetek ma tylko dziś tylko Słowenia i Rumunia. Pracownicy dostają więcej, ale dłużej trwają w swoim minimum.

W zrównoważonym systemie płac większość zatrudnionych na oficjalnym minimum, to wcale nie są osoby biedne, ale osoby zaczynające karierę zawodową, czy podejmujące pracę po dłuższej przerwie np. kobiety po okresie macierzyńskim. Po roku pracy, na podwyżkę i awans może w Polsce liczyć średnio 43 proc. zatrudnionych. Dla UE jest to 72 proc., mimo wyższej średniej bezrobocia. Nasz słaby poziom przygotowania zawodowego od zawsze wydłużał oczekiwanie na podwyżkę. Czasem nawet do dwóch lat i teraz, jak widać po danych statystycznych, przeciąga się to i przeciąga w nieskończoność z uwagi na barierę jaką jest gwałtownie rosnąca płaca minimalna. W praktyce oznacza to, że zamiast wyrywać się z pułapki średniego rozwoju zapadamy się w niej coraz głębiej.

****

Polecam mój zeszłoroczny podcast, o złych skutkach dobrych intencji rządu: Płaca minimalna – duży koszt podwyżki (2018). Wolność w Remoncie #10