Płaca minimalna to brak pracy – oficjalne “0”
Tomasz Wróblewski 23.06.2015

Premier Kopacz ma wielkie serce. Obiecuje stopniowo podnosić płacę minimalną przez kolejne cztery lata. To ma przekonać najgorzej zarabiających i młodych, że teraz ich los, z roku na rok, będzie się poprawiał. Zagłosujcie na mnie, a żyć będziecie długo i dostatnio. Jaka szkoda, że ekonomia tak nie działa. O ile prostsza byłaby walka z ubóstwem – wystarczyłby długopis.

Historia i doświadczenia innych państw pokazują, że jeżeli jest coś, co rośnie razem z płacą minimalną – to tylko bezrobocie. Zwłaszcza wśród młodych, niedoświadczonych, niskowykwalifikowanych pracowników. Pani premier pewnie tego nie wie, ale płaca minimalna to nie jest tylko cyfra, którą urzędnik rysuje na kartce i o którą więcej wszyscy zarobią. Nie. To jest cyfra, o którą wzrosną koszty każdej usługi i każdego produktu w Polsce. Do tej sumy dodajmy jeszcze długą listę rozmaitych rządowych podatków jak składki emerytalne i rentowe, chorobowe, wypadkowe, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Fundusz Emerytur Pomostowych – dodatkowe 29,7 proc. całego wynagrodzenia. A kiedy już je wszystkie razem złożymy do kupy to okaże się, że towar jest za drogi, żeby ktoś go kupił. I dopiero wtedy uzyskamy prawdziwą płacę minimalną czyli „0.00” – bezrobocie. Bo tyle wyniesie minimalna płaca, jeżeli towaru nie da się sprzedać. Po prostu nie będzie pracy. I zero zostanie zerem, niezależnie od tego, jaką sumę Pani premier uzna sobie za minimalną.

W tym miejscu podskoczą rozmaici wyznawcy ekonomii niesprawiedliwości, twierdzący, że tak ma być dla dobra biednych. Do tego chóru dołączą się rozmaici eksperci od tabelek, utrzymujący, że firmy mają dużo pieniędzy w zapasie i można po nie sięgnąć.

Skąd pomysł, że za sprawą jednego rozporządzenia Pani Kopacz, biznesmeni przeleją z powrotem pieniądze z Luksemburga na fundusz płac, albo zechcą produkować towary, których nie da się sprzedać, albo nie przynoszą im już takiego zysku? Bawi mnie przekonanie polityków, że przedsiębiorca zawsze musi coś produkować. I nie przestanie zatrudniać dopóki jedna złotówka zostanie mu w kieszeni. Bzdura. Zawsze może żyć z tego, co ma, może spekulować, może udzielać pożyczek tym, którzy nie mają pracy i jak trzeba zastawią swój rodzinny dom. Naprawdę nie musi.

Gdyby prawa rynku zechciały być tak proste jak to sobie wyobraża Kopacz, to nie zawracałbym sobie głowy jedną płacą minimalną. Ustanawiałbym wysokość płac minimalnych w zależności od tego, ile pieniędzy na koncie ma właściciel. I niech tam minimalna płaca u fryzjera będzie te 1850 złotych, ale już w Biedronce, która zarobiła w zeszłym roku 301 mln złotych zatrudniając 51 tysięcy osób, płaca minimalna powinna wynosić jakieś 20 tysięcy miesięcznie, licząc najwyższe zarobki na poziomie pół miliona. W końcu właściciel ma, to niech da. Proste i jakże sprawiedliwe.

Wiem, że to trudno pojąć ale są kraje bogatsze od Polski, które mogłyby podnosić minimalne płace co roku przez kolejne 100 lat. Stać je, ale ani Szwajcaria, ani Singapur, które nie chcą mieć minimalnej płacy, cieszą się bezrobociem poniżej 4 proc. I to od wielu, wielu lat. Kryzys, nie kryzys. Zezwalając rynkowi na regulowanie płac tak, aby jak najmniej było tych z minimalną płacą „0”.

Tekst ukazał się we WPROST