Płaca minimalna
Robert Gwiazdowski 08.09.2019

Dwa swoje „kawałki” o płacy minimalnej znalazłem. Jeden z 2007 roku. Drugi z 2011. Zwłaszcza ten drugi – z czasów końcówki pierwsze rządu Donalda Tuska „proroczy”. Aczkolwiek o kilka lat odroczony.

 

„Z ekonomicznego punktu widzenia nie ma ona sensu żadnego. Ma natomiast przyczyny społeczno-polityczno. Przy czym ze społecznego punktu widzenia też jest ona bez sensu. Bo z ogólnospołecznego punktu widzenia dla społeczeństwa wartość mają takie rozwiązania instytucjonalne, które przyczyniają się do rozwoju gospodarczego, a przynajmniej go nie hamują. A „płaca minimalna” do takich nie należy. Natomiast z politycznego punktu widzenia ma ona sens ogromny. Oczywiście dla polityków. No i dla niektórych z ich klientów wyborczych.

Aby można było dokonywać racjonalnych wyborów ekonomicznych, posiadane zasoby muszą zostać odpowiednio zmierzone. Jedyna metoda ich mierzenia polega na uzyskaniu przez nie, w drodze rynkowej, odpowiedniej ceny. „Tylko ceny rynkowe mogą odpowiedzieć na pytanie, czy realizacja jakiegoś projektu przyniesie więcej niż kosztuje i czy będzie bardziej korzystna od realizacji innych planów” – pisał Ludwig von Mises. Gospodarka planowa, pozbawiona rynkowego mechanizmu ustalania cen, paść musi ofiarą planistów, kierujących się w wyznaczaniu gospodarczych celów samowolą i własnym „widzimisię”. I dotyczy to także ceny za pracę – czyli płacy.

Nie istnieje najmniejszy związek pomiędzy realiami a życzeniami planistów. Prawa rzeczywistości są niezależne od ludzkiej woli. Niestety, jak twierdził wspomniany von Mises, choć tylko szaleńcy ośmielają się lekceważyć prawa fizyczne i biologiczne, to jest dość powszechnym zwyczajem pogardzanie prawami ekonomicznymi. Jak się ustala cenę minimalną pracy, to ktoś, kogo praca nie jest warta tyle, ile ustalił zgodnie ze swoim „widzimisię” jakiś planista, pracy tej nie znajdzie. Chyba, że „na czarno”, albo w administracji publicznej, tudzież spółce skarbu państwa – bo tylko tam można zatrudniać ludzi nie patrząc na rachunek ekonomiczny.

Człowiek może być bezrobotny nie dlatego, że jest „bezużyteczny”, albo że „nie ma dla niego pracy”. Praca jest zawsze. Co najwyżej nie za taką cenę, jaką ustalili politycy próbując przypodobać się wyborcom. Dlatego w krajach, gdzie nie ma „płacy minimalnej” – jak Szwajcaria, czy Hong Kong, bezrobocie zawsze pozostawało na minimalnym poziomie 1,5% gdy w Niemczech dochodziło do 10%. W UE płace minimalne są wyższe niż w USA, więc i bezrobocie jest wyższe, a tempo powstawania nowych miejsc pracy odwrotnie – jest niższe.

Niestety, politycy traktują ludzi jak świnie. Jak była tak zwana „świńska górka”, zarządzili skup interwencyjny. Jak z powodu podniesienia „płacy minimalnej” i wysokiego jej opodatkowania podatkiem dochodowym od wynagrodzeń i różnymi składkami ubezpieczeniowymi zrobiła się „górka” na rynku pracy (czyli bezrobocie) – bo cena pracy była zbyt wysoka, żeby był na nią popyt, zarządzili „skup interwencyjny” i wchłaniali ludzi w system „opieki społecznej” wypłacając zasiłki dla bezrobotnych. Były one przy tym na takim poziome, że tylko głupi poszedłby pracować przez okrągły miesiąc za te parę stów więcej, niż mógł dostać nie pracując.

Jednak prawa ekonomii mają tak zwaną „automatyczną siłę odwetu”. Można przez jakiś czas powstrzymywać skutki ich działania, ale prędzej czy później ujawnią się one z całą mocą: rośnie bezrobocie i maleje tempo wzrostu gospodarczego. A jak przedsiębiorcy się przystosują dom złej sytuacji, dokonają restrukturyzacji swoich firm, jak to miało miejsce w okresie spowolnienia gospodarczego w latach 1999-2004, i gospodarka znowu rusza do przodu to się okazuje, że mimo wysokiego oficjalnego bezrobocia nie ma rąk do pracy, jak to właśnie obserwujemy [przypomnę: rok 007].

Gene Callahan napisał, że grał kiedyś w zespole reggae. Pracowali za stawki niższe od konkurencji, a czasami grywali za darmo. Dzięki temu zdobywali pozycję na rynku, na który by nigdy nie weszli, gdyby obowiązywała „płaca minimalna”. Wystąpił więc z przewrotnym pomysłem wprowadzenia ustawowego minimum ceny akcji spółek, ciekaw jak zareagują zwolennicy „płacy minimalnej”. Powinni być zachwyceni. A jednak nie byli. Szkoda tylko, że nie dostrzegają absurdu w całej jego rozciągłości, lecz tylko we fragmencie”.

Ale jeszcze lepszy kawałek napisałem w roku 2011 – jak płacę minimalną podwyższał Donald Tusk.

„Eksperci z brytyjskiej Komisji ds. Niskich Płac twierdzą, że płaca minimalna może pozbawiać pracy najmłodsze pokolenie, ponieważ pracodawcom nie opłaca się zatrudnianie niewykwalifikowanych pracowników – napisał Telegraph. Pan Premier Tusk i jego doradcy twierdzą, że podniesienie płacy minimalnej to duże osiągnięcie jego rządu. Ciekawe kto ma rację? Ja oczywiście wiem, kto ma rację. Pisałem już o tym w 2007 roku. To ponad 4 lata temu, a nic się nie zmieniło. Och przepraszam – premier się zmienił. Ale poza tym nic się nie zmieniło. Obecny premier też wie lepiej, kiedy przedsiębiorcy będą więcej osób zatrudniać, a kiedy mniej. Ciekawe tylko skąd on to wie? Może mu powiedzieli doradcy z Zespołu Doradców Strategicznych albo z Rady Gospodarczej, których Pan Premier po wyborach – jak oczywiście będzie jeszcze premierem – chce połączyć w jednym Centrum Planowania Strategicznego, co pozwoli Polsce lepiej walczyć z bezrobociem wywołanym podniesieniem płacy minimalnej i ze wszystkimi innymi plagami – jak choćby dług publiczny zaciągnięty przez Pana Premiera na przekupywanie wyborców, żeby nadal mógł być premierem.

Jak jednak Pan Premier premierem być przestanie, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że płaca minimalna jeszcze bardziej wzrośnie, bo nowy premier będzie chciał pokazać, że on jest jeszcze lepszym premierem. I nie będą nam tu jacyś Angole głupot opowiadać, że bezrobocie od tego rośnie.