Po co nam Rosja?
Jerzy Marek Nowakowski 16.05.2019

Jakiej Rosji Polacy potrzebują? To nie jest pytanie banalne. Oczywiście nasz wpływ na to jaka ta Rosja będzie jest niewielki. Ale zarówno z punktu widzenia strategii politycznej państwa jak i ukierunkowania tzw. miękkiej dyplomacji powinniśmy taki obraz dla siebie stworzyć. Co więcej wynikające z niego wnioski konsekwentnie wcielać w życie.

 

Rosja Putina, skonfliktowana z Zachodem, agresywna i objęta sankcjami może być bardziej efektywna z punktu widzenia polityki polskiej niż Rosja demokratyczna. Na horyzoncie widać jeszcze coraz popularniejszą w młodym pokoleniu rosyjskim wizję Rosji nacjonalistycznej, ale prozachodniej. Z polskiej perspektywy niebywale niebezpiecznej. Aby odpowiedzieć sobie na pytanie czy lepszy jest dla nas Putin, Chodorkowski czy Nawalny (nie chodzi przy tym o nazwiska, a o symbole) musimy jednak wiedzieć jakie są cele polityki zagranicznej Polski, zarówno w wymiarze ponadregionalnym (czy marzenie Jarosława Kaczyńskiego abyśmy byli druga Turcją – krajem frontowym i niezbędnym jako sojusznik pełniący rolę antemurale ma sens, czy przeciwnie istotą polskiej polityki powinno być budowanie pomostów i porozumień nawet za cenę względnie mniejszego znaczenia kraju na arenie międzynarodowej?), jak również w wymiarze regionu. Gdzie są nasze przyszłe kierunki rozwoju gospodarczego, czy obecny status Ukrainy i Białorusi jest nam na rękę ze względu na możliwe uzupełnienie deficytu siły roboczej w Polsce etc.

Co ważne nasze cele średnioterminowe muszą być mniej lub bardziej zharmonizowane z celami UE i NATO jako całości, w przeciwnym razie nie zdołamy ich zrealizować. Podobnie rzecz ma się z polityką wobec Rosji. Nawet posiadanie spójnej wizji i strategii RP nie gwarantuje sukcesu, dopóki nie zdołamy przekonać do niej sojuszników. Równolegle z programem rządu RP wobec Rosji powinniśmy dokonać identyfikacji mapy interesów kluczowych partnerów wobec Rosji. Intuicyjnie uważamy, że łączy nas wspólnota interesów z Niemcami i USA, a mamy je rozbieżne z państwami południa. Tyle, że prowadzenie polityki intuicyjnej bywa niekiedy skuteczne w czasach rewolucji i kryzysów. Na pewno nie w warunkach względnej stabilizacji.

Rosja prowadzi przemyślaną politykę budowania wpływów ekonomicznych (choć narzędzia energetyczne są dużo mniej efektywne niż w przeszłości) i tworzenia wspólnoty interesów politycznych z poszczególnymi państwami Zachodu. W perspektywie średnioterminowej kluczowe wydaje się przesunięcie Stanów Zjednoczonych z kategorii biorców do eksporterów energii. To powoduje, że USA będą zdecydowanie mniej zainteresowane obszarem Bliskiego Wschodu, a w razie wznowienia dialogu politycznego z Rosją mogą znaleźć z Moskwą wiele wspólnych interesów. Z kolei Europa, podobnie jak Chiny, znajdzie się we wspólnym koszyku „biorców” energii.

Konieczne wydaje się przemyślenie programu rządu wobec Rosji. Sprawa Krymu, Gruzji, wojny na Ukrainie i agresywnej polityki rosyjskiej w rejonie Bałtyku (w tym „polityka Gazpromu”) uniemożliwia polityczny reset, Ale przekaz polskiego rządu powinien być absolutnie klarowny – nasza polityka jest antyputinowska z nie antyrosyjska.

W ramach takiego programu powinny być ujęte projekty współpracy gospodarczej (konieczne wydaje się narysowanie mapy wspólnych interesów z wyraźnym zbudowaniem „stref bezpieczeństwa”, czyli sektorów w których taka współpraca powinna podlegać bardzo ścisłej kontroli państwowej).

Należy być przygotowanym do udziału w dialogu unijno- i natowsko- rosyjskim. Postawa obrażonego dziecka, które siedzi w kącie i jest przeciw, preferowana przez obecny rząd, powinna być zastąpiona przez asertywną i aktywną promocję naszej wizji relacji struktur Zachodu z Rosją. Przed zmianą władzy musimy wiedzieć gdzie są czerwone linie, których Europa nie powinna przekraczać i które powinniśmy jasno sygnalizować.

Istotnym elementem wizji polityki wschodniej, a w szczególności polityki wobec Rosji, powinna być także koncepcja zintegrowanej odpowiedzi europejskiej na rosyjską agresję propagandową. Na dwóch polach. Pierwszym powinno być oparte o NATO scentralizowane przeciwdziałanie zagrożeniem cybernetycznym. Pomijam tutaj kwestię ochrony infrastruktury krytycznej przez atakiem ze Wschodu. Chodzi o to, by zbudować system rozpoznawania ingerencji w świat mediów społecznościowych, fake newsów, zaśmiecania debaty publicznej, etc. Pole drugie, to stworzenie własnej oferty medialnej dla Rosji i świata postsowieckiego. Oferta taka winna być możliwie najdalsza od propagandy, musi natomiast zawierać atrakcyjny obraz Zachodu i jego wartości jako konkurencyjnej oferty wobec wizji rosyjskiej. Przekaz musi być zdywersyfikowany, inny dla Kaukazu „chrześcijańskiego”, inny dla muzułmańskich społeczności Azji Środkowej czy Azerbejdżanu, inny dla Rosji, jeszcze inny dla Ukrainy i Białorusi. Polska może być istotnym wytwórcą takiego przekazu. Oczywiście pod warunkiem, że zaoferujemy naprawdę atrakcyjny entertainment, seriale czy filmy krajoznawcze, a nie toporną publicystykę antyłukaszenkowską lub antyputinowską.

Obecna nasza polityka wobec Rosji jest polityką, którą mogliby sobie wymarzyć stratedzy kremlowscy. Agresywna retoryka rządu, podtrzymywana przez znaczną część polskiej klasy politycznej ułatwia budowanie na arenie międzynarodowej wizerunku Polski jako kraju genetycznie rusofobicznego. Brak realnych kontaktów, w tym bezsensowne zlikwidowanie małego ruchu granicznego z Obwodem Kaliningradzkim, brak sensownego programu wymiany młodzieży, nauczania języka rosyjskiego czy współpracy pomiędzy wyższymi uczelniami skutecznie chroni Rosję od infekcji ideami wolnościowymi i demokratycznymi płynącymi z Polski. A równocześnie jakiekolwiek polskie zastrzeżenia wobec tendencji prorosyjskich są kwitowane wzruszeniem ramion – wiadomo jacy ci Polacy są.

A warto pamiętać, że sporo racji mają ci komentatorzy, którzy przypominają, że jednym z najważniejszych czynników wzmacniających znaczenie Polski w NATO i Unii jest nasza polityka wobec Wschodu. Nie prowadząc w istocie żadnej polityki na tym kierunku, oddawszy Litwie rolę lidera w kontaktach z krajami postsowieckimi i nie wiedząc czego chcemy od Rosji, poza zwrotem smoleńskiego wraku, sami siebie marginalizujemy w Europie. Minęło właśnie 10 lat od startu programu Partnerstwa Wschodniego. Przy wszystkich słabościach był to projekt mający dwie niewątpliwe zalety. Pierwszą było stworzenie ścieżki powolnego zbliżania krajów partnerskich do Zachodu, a przynajmniej przyjmowania przez nie niektórych europejskich rozwiązań prawnych, co ułatwia choćby prowadzenie handlu czy turystykę. Drugą było włączenie do aktywnej europejskiej polityki wschodniej Skandynawii, którą nazbyt często ignorujemy, a która ma więcej zbieżnych interesów z Polską niż zmitologizowane Trójmorze. Niemniej Partnerstwo Wschodnie wymaga nowego pomysłu i impulsów rozwojowych. Zaproponowana przez Jacka Czaputowicza instytucjonalizacja PW jest niezłym pomysłem. Ale trzeba do niego przekonać innych. A tu mamy kłopot, bo myślenie, nawet względnie życzliwych naszym pomysłom, elit Zachodu, dość dobrze oddają uwagi Reincharda Vessera pomieszczone niedawno w Frankfurter Allgemeine Zeitung: „Bilans Partnerstwa Wschodniego jest negatywny. Partnerstwo stało się wstępem do konfrontacji, która trwale i fundamentalnie zmieniła bezpieczeństwo i polityczne współrzędne w Europie”.

Aby takie myślenie nie wypchnęło nas na margines potrzebujemy pomysłów. Rząd uwikłany w kolejne kampanie wyborcze i potrzeby PR niczego nie wymyśli. Na pewno zaś nie wymyśli sensownego programu polityki rosyjskiej. Nie wymyśli tego również jeden czy dwa NGO. Jest potrzebna, więcej jest konieczna, szeroka debata publiczna środowisk pozarządowych na temat naszej polityki wschodniej. Taka, jaka toczyła się w opozycji na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku. Wtedy na kilka lat staliśmy się liderem intelektualnym polityki wobec świata postsowieckiego. Jeśli resztek tego dorobku nie chcemy zmarnować należy zabrać się do solidnej pracy.