Podatek handlowy, czyli trzy blagi
Łukasz Warzecha 19.05.2019

Decyzja TSUE w sprawie podatku handlowego to dla socjalistycznego rządu PiS świetna wiadomość. Przy rozdętych do absurdu wydatkach na różnego rodzaju łapówki wyborcze każde kolejne źródło dochodu dla budżetu, zwłaszcza tak perspektywiczne, jest na wagę złota.

 

Zostawiam tu na boku kwestię tego, czy wielkie sieci handlowe były w Polsce wystarczająco opodatkowane. Warto tylko zauważyć, że nic tu nie jest czarno-białe, a zwyczajowa hurrapatriotyczna retoryka (złe zagraniczne firmy tłamszące dobrych polskich dobrych przedsiębiorców, którym musi pomóc patriotyczny PiS) upraszcza sprawy aż do nieprawdziwości. Jeśli zaś duże sieci były w stanie unikać należytego opodatkowania, to znaczy, że problemem był istniejący system podatkowy.

Warto natomiast dostrzec trzy kwestie, które się przy tej okazji pojawiają.

Po pierwsze – pierwotne deklaracje PiS, dotyczące podatku handlowego, miały w sobie mocny element populistyczny. Rządzący powtarzali bowiem, że chodzi o uderzenie w zagraniczne sieci. Natomiast dla wszystkich, mających jako takie pojęcie o obowiązującym prawie, musiało być jasne, że nie ma mowy o tym, żeby stworzyć podatek, obejmujący jedynie zagraniczne podmioty. Byłoby to z gruntu sprzeczne z podstawowymi zasadami wspólnego rynku (to samo dotyczyło choćby zapowiedzi repolonizacji mediów).

Jakikolwiek podatek musi w taki sam sposób obejmować podmioty polskie i zagraniczne, a to oznacza, że jeśli rząd swoje zamiary zrealizuje, zapłacą również te polskie sieci, które osiągną odpowiednio wysoki poziom miesięcznej sprzedaży (powyżej 17 mln zł). Polskie sieci handlowe – nie tylko spożywcze, bo przecież podatek nie różnicuje branż – są mniejsze, mają mniejsze korzyści skali i słabsze zaplecze. Pytaniem całkowicie retorycznym jest, kogo podatek bardziej obciąży: wielką międzynarodową sieć czy relatywnie małą sieć polską?

Po drugie – meandrowanie w sprawie podatku pogarsza klimat gospodarczy, podobnie jak meandrowanie w każdej innej sprawie, dotyczącej stabilności systemu. Stabilność jest warunkiem długoterminowego planowania, tymczasem PiS uderzał w nią wielokrotnie. To samo dotyczy choćby limitu 30-krotności, niesławnego testu przedsiębiorcy (którego podobno ma nie być) czy – w mniejszej skali – absurdalnego wolnego 12 listopada ubiegłego roku. Przedsiębiorca, który nie może zaplanować bilansu na kolejny rok, bo nie ma pewności, co nowego przyjdzie rządzącym do głowy, będzie inwestował mniej chętnie i to w taki sposób, żeby mógł się z danego rynku jak najprędzej zwinąć bez większych kosztów.

Po trzecie – piramidalnym absurdem jest twierdzenie, że podatek nie zostanie przerzucony na klientów. To byłoby całkowicie sprzeczne z rynkową logiką. Przykładem takiego absurdu było mydlenie oczu przez Orlen, który twierdził, że „weźmie na siebie” opłatę emisyjną – jeden z wielu nowych podatków, jakie zafundowało nam PiS. Porównanie cen na stacjach Orlenu z cenami na stacjach niepolskich sieci wskazuje, że nic takiego nie nastąpiło. Wskazywała na to zresztą pokrętna odpowiedź, jaką dostałem z biura prasowego Orlenu na moje pytania w tej sprawie już jakiś czas temu.

Oczywiście – przerzucenie podatku na klientów może nie być bezpośrednie. Zamiast tego sieci mogą szukać oszczędności na przykład w swoich umowach z dostawcami, ale wiadomo, że pole manewru jest tam bardzo ograniczone. Finalnie zatem, aby nie obniżać drastycznie swojej rentowności, sieci będą musiały podnieść ceny. I zrobią to zapewne wszystkie solidarnie, bo nie ma tu za bardzo pola dla konkurencji. A jeśli jakaś sieć postanowi przerzucić ciężar na klientów w mniejszym stopniu, to z pewnością będzie to któraś z wielkich zagranicznych sieci.

Ordynarnym wręcz wciskaniem kitu jest twierdzenie, że podatek w jakikolwiek sposób pomoże małym polskim podmiotom. Można by rzec – pomoże im w takim samym stopniu, w jakim pomógł im fatalny, antywolnościowy zakaz niedzielnego handlu. Nadal tempo będą dyktować najwięksi gracze na rynku, to nadal oni będą dysponować największą przewagą skali, więc wciąż będą mogli oferować relatywnie niskie ceny. Jedynym skutkiem będzie, że rząd nałapie do kieszeni trochę pieniędzy do rozdania. Nie ma bowiem darmowych obiadów.