Podatek pani Tokarczuk, czyli równi i równiejsi
Łukasz Warzecha 26.02.2020

John Swigert był rezerwowym członkiem załogi Apollo 13 i nie spodziewał się, że znajdzie się na pokładzie. Stało się tak tylko dlatego, że tydzień przed zaplanowanym startem u Charlesa Duke’a, również z drużyny rezerwowej, wykryto różyczkę. Ken Mattingly z pierwszego składu nie przechodził nigdy tej choroby, a że oba składy szkoliły się razem, więc istniało niebezpieczeństwo infekcji i Mattingly musiał zostać profilaktycznie wycofany. Zastąpił go właśnie Swigert, a to oznaczało, że skupiając się na treningu przed misją nie podomykał swoich bieżących spraw.

 

Już będąc w przestrzeni kosmicznej, po starcie 11 kwietnia 1970 r., Swigert połapał się, że mija właśnie termin złożenia zeznań podatkowych, a on tego obowiązku nie dopełnił. W lekkiej i wcale nieudawanej panice zakomunikował o tym kontroli lotów w Houston. Skarbówka w Stanach jest bezwzględna i traktuje wszystkich identycznie. Sprawą zajął się dyrektor lotu Glynn Lunney, uspokajając Swigerta, że osoby przebywające poza terytorium USA mogą wystąpić o dwumiesięczne przedłużenie terminu złożenia zeznania. Lunney się jednak mylił, odnosząc to do Swigerta, bo aby takie przedłużenie uzyskać, Swigert musiałby mieć świadectwo rezydowania w tym czasie poza Stanami Zjednoczonymi. A przecież tak nie było.

Szczęśliwie amerykański urząd skarbowy lekko przymknął oko i potraktował przypadek Swigerta właśnie tak, jakby przedłużenie mu się należało z powodu w końcu świetnie udokumentowanego pobytu za granicą. Jak wiadomo, ponieważ załoga Apollo 13 wkrótce otarła się o śmierć (co świetnie pokazał w swoim filmie z 1995 r. Ron Howard), Swigert mógł w kosmosie o zeznaniu podatkowym zapomnieć. Ale tylko do momentu powrotu, bo choć on sam, Jim Lovell – dowódca załogi i Fred Haise, jej trzeci członek – byli fetowani jak bohaterowie, to, jak wiadomo ze słynnego bon-motu Marka Twaina, pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Swigert musiał swoje zeznanie po wylądowaniu złożyć i podatek zapłacić.

Do dziś taka jest sytuacji amerykańskich astronautów: nawet jeśli przez cały rok przebywaliby na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, i tak musieliby złożyć zeznanie do IRS i odprowadzić podatek. Pod tym względem w USA wszyscy są traktowani identycznie.

W Polsce – nie. Mimo równościowej retoryki rządu PiS, okazuje się, że są pod względem podatkowym równi i równiejsi. Nie mówię tu o objętych ordynacją podatkową ulgach czy różnych sposobach rozliczania podatków. Mówię o rozporządzeniu ministra finansów z 19 lutego, w którym co prawda nie została z imienia i nazwiska wymieniona Olga Tokarczuk, ale o nią właśnie chodzi. Szczególnie że rozporządzenie jest ograniczone w czasie, a więc nie będzie dotyczyło ewentualnych przyszłych polskich noblistów, co może jeszcze jakoś dawałoby się obronić. Tymczasem obejmuje ono dochody uzyskane jedynie między 1 października 2019 a końcem 2021 r.

Pomijam tu aspekt sprawy, o którym wielokrotnie mówił i pisał Rafał Ziemkiewicz – że rząd PiS ma jakąś wyjątkową, masochistyczną wręcz skłonność do robienia dobrze tym członkom antypisowskiej elity, którzy szczególnie mocno go atakują. To jest przypadek wręcz modelowy. Pani Tokarczuk natomiast, dla której rząd PiS jest uosobieniem zaściankowości, zacofania i ciemnoty, tym akurat jego gestem chyba nie zamierza pogardzić.

Przede wszystkim jednak to przykład fatalnej praktyki pisania specjalnego prawa pod konkretną sytuację lub – co jeszcze gorsze – pod konkretną osobę. Dzieje się to w sytuacji, gdy ten sam rząd od dawna trąbi na prawo i lewo nie tylko o równości wszystkich obywateli wobec prawa, ale też poprzez uszczelnianie systemu podatkowego dociska systemowo coraz bardziej także uczciwych podatników. Dostajemy zatem przekaz, że co prawda wszyscy są wobec prawa równi, ale jeśli należy się do tej podobno strasznej i antypolskiej elity, przeciw której dobra władza ludowa nieustannie występuje, i dostanie się odpowiednio dużą nagrodę, to dostanie się też szczególne fory. Tym większe być może, im zajadlej się ten rząd krytykuje.

Dlaczego wyróżniona została akurat Olga Tokarczuk? Co mają powiedzieć inni polscy laureaci nagród różnego rodzaju – w tym ci, którzy reprezentują podobno będące oczkiem w głowie władzy nauki techniczne? Czy ich minister finansów też będzie rozporządzeniem zwalniać z podatku czy też oni są od pani Tokarczuk gorsi? A może po prostu powinni się poczuć, za przeproszeniem, zrobieni w bambuko i wyciągnąć z tej sytuacji jedyny właściwy wniosek: że rząd ich pracę ceni niżej niż książki Olgi Tokarczuk, wobec czego najlepiej zrobią, wynosząc się za granicę?

Rozporządzeniem z 19 lutego rząd przyznaje w dodatku, że podatki są w Polsce drakońsko wysokie. Pani Tokarczuk musiałaby nie tylko zapłacić od nagrody 32 proc. (bo niższą stawkę z pewnością pochłonęły inne jej dochody), ale jeszcze populistyczną daninę solidarnościową. Razem ponad milion z blisko 4 milionów nagrody. I to jest po prostu rabunek w biały dzień. Ale rząd, według swojego widzimisię, może od tego rabunku, jak widać, zwolnić wybrane osoby.

Być może motywacja tej decyzji była ściśle wyborcza. Może liczono, że uda się w ten sposób przemówić do bardziej centrowego elektoratu. Jeśli tak, to sądzę, że jej skutek może być odwrotny. Ludzie, którzy ciężko na swoje wynagrodzenia zarabiają, ale nie należą do artystycznej elity i Nobla nie dostali, mogą sobie akurat tuż przed wyborami prezydenckimi, w momencie płacenia podatku przypomnieć, że w Polsce rządzonej przez PiS są równi i równiejsi. I może oni należą do równych, ale pani Tokarczuk należy do równiejszych, bo tak się spodobało ministrowi finansów.