Podróż po kraju do góry nogami
Tomasz Wróblewski 05.05.2014

Od tygodnia podróżuję po Nowej Zelandii. Państwa w samej czołówce krajów o najwyższym stopniu deregulacji i wolności gospodarczych. I powiem wam, że z tej perspektywy świat faktycznie wygląda jakby go ktoś postawił do góry nogami. Jakby ktoś tu nie doczytał niektórych światłych unijnych recept naprawy ludzkości.

Okazuje się, że można być na pierwszym miejscu na świecie pod względem ochrony praw własności, dopuszczać eksmisję i wykluczać nacjonalizacje dla wyższych celów społecznych i mieć doskonały system dróg i rozbudowaną infrastrukturę miejską. Można mieć najskuteczniejszy w zachodnim świecie system walki z alkoholizmem i narkotykami a jednocześnie nie zakazywać reklam alkoholu w telewizji. Nowa Zelandia jest w samej czołówce państw, jeżeli chodzi o czas potrzebny do założenia firmy. To już wszyscy wiemy, ale okazuje się, że zagraniczną korporacje też można zarejestrować tu w ciągu 12 dni, w dniu złożenia dokumentów można prowadzić działalność. Żaden urzędnik nie sprawdza ton rekomendacji, nie wymaga kilometrowych tłumaczeń a mimo to, czy dzięki temu, Nowa Zelandia szczyci się najniższą korupcją na świecie. Co ciekawe, zagraniczne koncerny mogą się tu panoszyć do woli, cieszyć się niskimi podatkami i minimalnymi regulacjami, a mimo to Nowa Zelandia ma przewagę własnych marek nad światowymi. Pod tym względem ustępuje tylko Stanom Zjednoczonym i Niemcom. Wolny rynek najwyraźniej nie ułatwił specjalnie drogi międzynarodowych koncernów spożywczych do NZ. Większość supermarketów jest rodzima. Może dlatego, że wolność oznacza, że nie ma dyskryminacji lokalnego biznesu. Nie ma systemu podatkowego preferującego obce koncerny.

Okazuje się, że możliwa jest całkowita deregulacja płac i nie ma potrzeby wprowadzania nakazów wyrównywania pensji kobiet i mężczyzn, żeby przepaści były jednymi z najniższych w zachodnim świecie. Okazuje się, że nie ma potrzeby wprowadzania skomplikowanych pozwoleń na budowę. Wystarczy mądry plan zagospodarowania, żeby Auckland czy Wellington nie straciły swojego uroku, nie przesłaniają ich tekturowe płyty billboardów reklamowych. Miasta nie straszą opustoszałymi placami obok niegustownych drapaczy chmur. Nie przekształcają się w pustynie szkła i aluminium, mimo, a może dlatego, że nikt nie musi miesiącami układać się z urzędami. Nie potrzeba urzędników, żeby miasta pełne były kafejek, restauracji.

W tym świecie postawionym do góry nogami, piękne piaszczyste plaże nie zostały zabetonowane konstrukcjami podobnymi do tych na Wyspach Kanaryjskich, w Egipcie, Meksyku. W kraju otwartym na inwestorów, kurorty wywieszają dumnie transparenty przed hotelami – lokalny właściciel. I to o dziwo bez programu wspierania małych i średnich firm, tylko z prawem gmin do decydowaniu o planach zabudowy.

Na głowie postawiono tu nawet edukację. Ograniczyli ministerstwo edukacji do urzędu dysponowania grantami, a szkoły podporządkowali lokalnym władzom. Zarówno pod względem programu nauczania jak i warunków pracy dla nauczycieli. I stała się rzecz niesłychana – NZ skoczyła w światowych rankingach wyników nauczania na jedno z najwyższych miejsc w OECD. Bez jednego rządowego podręcznika, kart nauczyciela, szkoły rozwijają się i dzięki prywatnym funduszom są najważniejszymi ośrodkami życia lokalnych społeczności. Państwo nie buduje orlików, ale buduje je na masową skalę lokalny biznes. A nie musi.

W kraju, gdzie wszystko postawione jest na górze i nie ma żadnych praw specjalnych dla mniejszości płciowych i etnicznych, Maorysi zasiadają w parlamencie, są członkami rządu i prowadzą duże własne biznesy, kobiety są prezesami koncernów i wszystko bez programu pomocy z Unii Europejskiej. W kraju, który jako jeden z pierwszych wprowadził emeryturę obywatelską, spotykam pełno emerytów w knajpach, w hotelach, ale też w sklepach za ladą. Są normalnym członkiem społeczności a nie wykluczoną większością.

I to prawda, że woda w toaletach też spływa w odwrotnym kierunku. Ale to jakoś najmniej szokuje.