Podwyżki dla władzy – tak, ale nie bezwarunkowo
Łukasz Warzecha 16.08.2020

Nie jest tajemnicą, dlaczego projekt podwyżek dla parlamentarzystów, ministrów, prezydenta i urzędników samorządowych trafił do Sejmu akurat teraz: sierpień to tradycyjny czas wrzucania na agendę spraw, co do których wrzucający ma nadzieję, że nie zostaną dostrzeżone podczas wakacji. Musiałbym jednak być skrajnie niekonsekwentny, gdybym ten pomysł potępiał. Zawsze wskazywałem, że znaczna część najważniejszych osób w państwie zarabia pieniądze nieproporcjonalnie małe w stosunku do odpowiedzialności. Byłem też zdecydowanym przeciwnikiem skrajnie populistycznego posunięcia Jarosława Kaczyńskiego w postaci obniżenia wynagrodzeń posłów, senatorów i części urzędników samorządowych o 20 proc., wykonanego w odpowiedzi na aferę z nagrodami dla członków rządu Beaty Szydło. Tylko po to, żeby zażegnać bieżący kryzys. Kiedy dzisiaj niektórzy krzyczą o „korycie plus”, muszę te krzyki również nazwać populizmem. A gdy takie krzyki wznosi Donald Tusk, któremu europejski podatnik płacił za pełnienie funkcji o minimalnej odpowiedzialności ponad 32 tys. euro miesięcznie, mam poczucie szczególnego niesmaku.

 

Jednak zawsze wspierając pomysł podwyżek dla urzędników państwowych, a także dla posłów, stawiałem warunki. Pierwszym z nich, zwłaszcza w przypadku urzędników, było radykalne ograniczenie przywilejów związanych z funkcją i bardzo ścisły nadzór nad pieniędzmi wydawanymi w ramach służbowych budżetów. Koniec z rozdętymi parkami samochodowymi – nie każdy wiceminister musi mieć koniecznie na pstryknięcie służbową limuzynę. Jeśli ma zarabiać więcej, niech jedzie taksówką za własne pieniądze, korzysta z telekonferencji albo zasuwa rowerkiem. Jego sprawa. Ścisłe rozliczanie kart służbowych, mieszkań i tak dalej. Przede wszystkim zaś czytelne zasady rozgraniczenia aktywności urzędniczej i partyjnej. Jeśli minister ma gdzieś wystąpić nie jako szef resortu, ale przedstawiciel partii rządzącej, niech płaci partia albo on sam. Do tego oczywiście potrzebne byłyby możliwie klarowne regulacje.

Ten warunek nie został teraz oczywiście spełniony – projekt podwyżek nie jest umocowany w żadnym większym, systemowym projekcie zmian. Podwyżki mają być i nadal w niezmienionej postaci mają trwać przywileje.

Trzeba także wykluczyć sytuację, w której polityka byłaby po prostu sposobem na dorobienie się (choć jest nim dla wielu i tak, ale to wymaga jednak pewnych kombinacji). Dlatego wraz z podwyżką wynagrodzeń powinny się pojawić nowe i jasne regulacje, dotyczące odpowiedzialności polityków i urzędników za popełniane błędy i łamanie prawa. Tymczasem, jak wiadomo, pojawił się projekt idący w dokładnie przeciwną stronę (być może przepadnie, bo Solidarna Polska już zwietrzyła tu kolejną okazję do zaznaczenia swojej odrębności i siły).

Gdy idzie o posłów, sprawa jest bardziej skomplikowana. Byłbym zwolennikiem odwrócenia populistycznych zmian zarządzonych przez Kaczyńskiego, ale już niekoniecznie podwyżki w stosunku do stanu poprzedniego. Tymczasem posłów jest w Polsce zdecydowanie zbyt wielu, a w dodatku większość z nich to bezwolne partyjne mięso armatnie. Ludzie, którzy wychodząc na trybunę jako wnioskodawcy projektów, które dostali z rozdzielnika pół godziny wcześniej, często nie umieją ich nawet przeczytać. Ludzie o żenujących często kompetencjach intelektualnych i zerowym poziomie własnej inicjatywy – choć to już wina przede wszystkim systemu wyborczego, w wyniku którego, zwłaszcza kandydując z listy dużej partii, stają się automatami do przyciskania guzików. Czy naprawdę należą im się wyższe wynagrodzenia?

W dodatku pamiętać trzeba, że obecny zaciąg poselski został zebrany już przy obniżonych wynagrodzeniach. Jego jakość jest więc jeszcze niższa niż poprzednio. Za to lider partii władzy ma tym większą możliwość zapewniania sobie niewolniczej lojalności posłów poprzez dawanie im możliwości dorabiania w spółkach skarbu państwach. Co jest ewidentną patologią.

Zatem podwyżki dla posłów – jak najbardziej, ale znów jako część głębszej zmiany. Po pierwsze – wreszcie zakaz łączenia mandatu posła z funkcją w rządzie. Coś, co postulowane jest od dawna, bo władza ustawodawcza powinna być odseparowana formalnie od wykonawczej. Po drugie – zmniejszenie liczby posłów mniej więcej o połowę. Po trzecie – zakaz łączenia mandatu z dostępnymi dla posłów i senatorów sposobami dorabiania dzięki przychylności władzy (skoro na podstawie Ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora nie jest już możliwe dorobienie sobie w SSP).

Jest wreszcie kwestia tego, o ile mają wzrosnąć wynagrodzenia. Projekt ustawy przewiduje ich pośrednie uzależnienie od przeciętnego wynagrodzenia za pośrednictwem wskaźnika wynagrodzenia sędziego SN. To nie jest kompletnie zły pomysł, bo zakłada elastyczność wynagrodzeń. Znacznie lepiej byłoby jednak silniej powiązać wynagrodzenia rządzących z sytuacją Polaków – na przykład poprzez odniesienie do mediany wynagrodzeń. Z drugiej strony pamiętać trzeba, że mielibyśmy wówczas do czynienia z konfliktem interesów – teraz zresztą też go mamy. Bo przecież to od rządzących zależą stawki minimalnych wynagrodzeń, a więc pośrednio również przeciętne wynagrodzenie czy mediana.

Wielu komentatorów stwierdza, że projekt pojawia się w fatalnym momencie. Faktycznie, wizerunkowo moment jest najgorszy z możliwych. Zwłaszcza że następnego dnia po jego ujawnieniu GUS podał złe dane po polskim PKB, który w drugim kwartale – co było do przewidzenia – spadł o 8,2 proc. rok do roku. Tu jednak kopii bym nie kruszył. Na tego typu podwyżki każdy moment będzie zły i w każdym będą się ujawniali populiści, twierdzący, że parlamentarzyści czy ministrowie mają pracować za najniższe wynagrodzenie lub zgoła dla idei. Zmiany trzeba widzieć w planie strategicznym, a nie krótkoterminowym.

Znów jednak nie sposób nie zauważyć, że na przeprowadzenie sensownej reformy wynagrodzeń Zjednoczona Prawica miała całą pierwszą kadencję. Zamiast zrobić to w sposób akceptowalny dla wyborców, być może stopniowy, a nie skokowy – Naczelnik poszedł w populizm i wynagrodzenia obniżył.

Można zżymać się, że pensje polityków mają być podwyższone w momencie, gdy wszyscy zaciskają pasa – i jest to złość w dużej mierze zrozumiała. Przede wszystkim jednak temu pomysłowi należy postawić inny zarzut: że nie ma tu żadnego quid pro quo; że podwyżki nie obwarowano żadnymi dodatkowymi warunkami ani nie zrobiono z niej części żadnego poważniejszego planu systemowej zmiany. Ale czy ktokolwiek po tej władzy spodziewa się jeszcze sensownych systemowych zmian?