Pojedynek na kolonialne miny
Andrzej Krajewski 16.12.2019

Witold Gombrowicz pozostaje wiecznie żywy w sercach Polaków. Jednak czułość okazywana powszechnie jego spuściźnie odbija się na funkcjach mózgu, prowadząc do odłączania zdolności analitycznego myślenia. Co ciekawe zjawisko to ma w Polsce charakter uniwersalny i funkcjonuje ponad podziałami politycznymi.

 

Do eksplozji radosnych rekonstrukcji scen z „Ferdydurke” doszło w mediach, zarówno tych społecznościowych, jak i klasycznych, kilka sekund po tym, jak Per Wästberg zakończył w sztokholmskiej filharmonii laudację na cześć Olgi Tokarczuk. Iskrą, która odpaliła prawdziwe fajerwerki „gombrowiczowszczyzny” było zdanie mówiące, iż nasza noblistka: „pokazuje kraj, będący ofiarą, spustoszoną przez potęgi, ale mający też swoją własną historię kolonializmu i antysemityzmu”. Tym razem o dziwo słowo „antysemityzm” nikogo w Polsce nie ruszyło, bo przykryło je słowo „kolonializm”.

Przebiegły Szwed, który go użył, nawet nie zdefiniował, co miał na myśli. Czy nieudaną próbę odkupienia Madagaskaru od Francji, jaką podjął płk Józef Beck tuż przed II wojną światową. Czy masowe wysyłanie osadników do Kurytyby, którzy tak przerazili brazylijski rząd, że zamknął granice dla Polaków, bojąc się oderwania swej prowincji. Szwedzki pisarz najpewniej nie miał na myśli kolonizacji ziem polskich przez niemieckich osadników w XIII w., czy próbę wznowienia jej przez kanclerza Bismarcka. Bardzo możliwe więc, że Wästbergowi chodziło o polsko ekspansję na wschód, którą zainicjował jeszcze Kazimierz Wielki, przyłączając do Korony Ruś Halicką. Acz gdyby powiedział to wprost, trochę popsułby zabawę. Tymczasem rej wodziły w niej osoby, z racji pozycji społecznej, wykształcenia i rozpoznawalności, zasługujące na miano intelektualnej elity Polski. Ściślej mówiąc dwóch elit – prawicowej i lewicowej. Wykonały one wspólnie popisową rekonstrukcję gombrowiczowskiego pojedynku Pylaszczkiewicza zwanego Syfonem z Miętalskim.

Jak może jeszcze się pamięta, wspomniane postacie z „Ferdydurke”, reprezentowały dwa wrogie ideowo ugrupowania uczniowskie, a ich pojedynek polegał na tym, kto zrobi bardziej przekonującą minę. Pylaszczkiewicz porywał swych zwolenników minami emanującymi niewinnością i pięknem, zaś Miętalski szpetną ohydą.

Kiedy więc szwedzki lewak użył ohydnego słowa „kolonializm” wówczas „Syfon wystawił twarz i odwalił pierwszą minę (…) zamrugał jak ktoś, kto wychodzi na światło z ciemności, rozejrzał się na prawo i lewo z nabożnym zdumieniem, zaczął przewracać gałkami ocznymi, wystrzelił nimi w górę, wybałuszył, otworzył usta, krzyknął z cicha, jakby coś tam dojrzał na suficie, przybrał wyraz zachwycenia i trwał w nim, w upojeniu i w natchnieniu”. Wypisz, wymaluj reakcja elity intelektualnej polskiej prawicy na szwedzkie, obrzydliwe pomówienie. No przecież Polacy zawsze byli, przesiąkniętymi pacyfizmem i tolerancją, ofiarami. Nigdy nikogo ani niczego nie podbijali. To wszyscy dookoła pastwili się nad nami całe tysiąc lat, a już szczególnie Szwedzi podczas „potopu”. Na świętobliwą minę prawicy musiała (inaczej by się udusiła) zareagować polska lewica.

„Miętalski skurczył się, skulił i uderzył w niego z dołu następującą przedrzeźniającą, druzgocącą kontrminą: także przewracał, także podniósł, wybałuszył, także rozdziawił w stanie cielęcego zachwycenia i obracał w kółko tak spreparowaną twarzą, póki do jadaczki nie wpadła mu mucha; wtenczas zjadł ją”. Lewica rzuciła się żreć kolonialną muchę z rewolucyjnym zapałem. Zaroiło się od historii o tym jak to polscy kolonizatorzy zamienili ukraińskich chłopów w niewolników, dręcząc ich przez stulecia. To okraszono wezwaniem do masowego okazywania wstydu za przodków, bicia się w piersi i przepraszania kogo popadnie, a zwłaszcza Szwedów.

Im bardziej wkurzony Syfon robił świętą minę, tym bardziej rozwścieczony Miętus odpowiadała szkaradniej. Wreszcie Syfon: „podniósł rękę i nieoczekiwanie wystawił palec, wskazując wzwyż!”. Na gest ideowej świętości „Miętus natychmiast wystawił ten sam palec i napluł na niego, podłubał nim w nosie, drapał się nim, spotwarzał, jak mógł, jak umiał, bronił się, atakując, atakował, broniąc”. I tak przez kolejne dni intelektualne elity prawicy dowodziły, że Polacy są święci, na co lewicowi myśliciele dowodzili ich zbrodniczej natury, przy której niemieccy naziści mogliby uchodzić za wzór umiarkowania. Podobne debaty w II RP Stanisław Cat Mackiewicz podsumowywał ciężkim westchnięciem: „Jak mało w Polsce jest zdrowych nerwów, a jak dużo histerii”.

Niestety polskie rekonstrukcje sztuk Gombrowicza w stanie histerycznego uniesienia mają to do siebie, że ich uczestnicy skupiają całość swych mocy umysłowych na jednym celu. Mianowicie, jak bardziej wkurzyć drugą stronę publicznej debaty. Prawica wkurza swą ostentacyjną świętością, lewica równie ostentacyjny, postępowym wstydem za całą przeszłość Polski i Polaków. Oznacza to, że gdy przychodzi dobry moment, by spróbować poddać analizie zdarzenia i procesy, jakie zaszły niegdyś w Polsce, po czym spróbować wyciągnąć z nich wnioski na przyszłość, jest to kompletnie niemożliwe. Patriotyczny obowiązek nakazuje bowiem wziąć udział w starciu na miny. Kto się uchyla, staje się zdrajcą dla obu stron.

Aktem narodowej zdrady staje się oczywista konstatacja, iż kilkaset lat temu Polska była zupełnie normalnym państwem. Rzeczą naturalną było wówczas, że jeśli jakiś kraj rósł w siłę, rozpoczynał ekspansję, a ci co słabli padali jej ofiarami. Gdy Rzeczpospolita rozszerzała swój stan posiadania na Kresach, ściśnięte za Pirenejami Portugalia i Hiszpania podbijały Amerykę Południową oraz Daleki Wschód, by następne ulec w tej konkurencji Anglii. W tym samym czasie Francja usiłowała anektować Italię i Niderlandy, zaś Turcja wgryzała się w głąb Europy na Bałkanach. Nieco spóźniona Szwecja zaczynała walczyć o Inflanty, a następnie opanowanie południowych wybrzeży Bałtyku, żeby uczynić z niego swoje morze wewnętrzne. Potem zaś na zachód zaczęła napierać Rosja. Nikomu z uczestników tej gry jakoś nie przychodziło do głowy prowadzenie jej przy użyciu słów: przepraszam lub proszę. Przeciwników zazwyczaj zabijano, a Polacy nie odróżniali się w tej kwestii od reszty.

Tak zupełnie na marginesie i dziś w miejscach, gdzie swoje strefy wpływów strzegą zachodnie mocarstwa (Afganistan, do niedawna Irak, północno-wschodni róg Afryki, itp.) zabijanie jakoś nie razi. Na miejscowych watażków, którzy chcą obalać, wspierane przez Zachód reżymy, trwa nieustanne polowania. Gdy któryś zostanie wytropiony, sprawę zakańcza rakieta odpalona z drona. Jeśli zamiast w watażkę trafia w budynek, gdzie trwa właśnie wesele i zabija kilkudziesięciu jego uczestników, mówi się „ups pomyłka” i ewentualnie wypłaca krewnym drobne odszkodowanie. Ten sposób działania sił stabilizacyjnych Zachodu rozkwitł za prezydentury laureata pokojowej nagrody nobla Baracka Obamy. Kolejne pokolenie lewicy zapewne przeprosi i będzie się wstydzić.

Wracając do polskiej ekspansji na wschód, to trudno jej odmówić cech kolonizacji, chyba że słowo to zdefiniujemy, jako podbój ziem i ich mieszkańców na innym kontynencie. Jeśli pominąć ten element, to sposób polskiego podporządkowania sobie Ukrainy może nieodparcie przywodzić na myśl skojarzenia z tym, jak Anglia zapanowała nad Indiami. We wszelkie lokalne porządki i tradycje ingerowano z rzadka. Miejscowi możnowładcy (lub maharadżowie) zachowali swe ziemie i znaczenie, z czasem przyjmując język i zwyczaje kolonizatorów. Do utrzymania panowania Korony na bezkresem Ukrainy wystarczało niecałe 10 tys. stałego wojska. Panowania Wielkiej Brytanii na większym od Europy subkontynencie indyjskim strzegło niecałe 60 tys. żołnierzy. Gdy Rzeczpospolita prowadziła wojny bezcennymi najemnikami okazywali się znani z bitności Kozacy. W Wielkiej Brytanii uważano, że nie ma waleczniejszych żołnierzy niż walczący za Zjednoczone Królestwo nepalscy Gurkhowie. Analogie można by mnożyć. Także takie, że gdy w Indiach wybuchło powstanie sipajów brytyjscy żołnierze tłumili je, wyżynając ludność cywilną, a ujętych buntowników przed egzekucją z lubością torturowano. Nie inaczej działo się podczas powstań kozackich. Sienkiewiczowskie opisy wbijania na pal nie były literacką metaforą, lecz zaczerpniętym z historycznych źródeł przedstawieniem standardowej metody pacyfikacji, jakiej używali żołnierze Rzeczpospolitej. Oczywiście, kto chce bić się dziś z tego powodu w piersi, ma jak najbardziej prawo do odgrywania teatru, że ówczesne okrucieństwo tak bardzo go wzrusza. Choć pachnie absurdem odnoszenie współczesnych kryteriów do zjawiska sprzed kilkuset lat. Do tego jeszcze wówczas powszechnego, bo w swych zachowaniach kresowi żołnierze niczym nie odróżniali się od szwedzkich, francuskich, hiszpańskich, czy angielskich wojaków.

Gdyby szukać, co odróżniało polską kolonizację Kresów od dziesiątek podobnych zdarzeń w Europie (Szwedzi i Duńczycy na zmianę kolonizowali Norwegię, Anglia kolonizowała Szkocje i Irlandię, Francja Algier, itd., itp.) to wyróżnić można dwa frapujące czynniki. Pierwszy to błyskawiczna polonizacja litewskich i ruskich (wówczas Ukraińców nazywano Rusinami) elit. Polska kultura, styl życia oraz polityczne porządki okazały się dla nich tak atrakcyjne, że w ciągu zaledwie kilku pokoleń uległy kompletnemu wynarodowieniu. Zrobiły to dobrowolnie, zapominając najpierw języka przodków, następnie tradycji, a wreszcie porzucając prawosławie na rzecz katolicyzmu. Języki: litewski, ukraiński, czy białoruski nie zniknęły dzięki chłopom. Chyba nigdzie indziej w świecie dokooptowanie elity kolonizowanych ziem do elit rządzących państwem nie przebiegło tak błyskawicznie i pokojowo. Ten fenomen miał skutki uboczne, które zaważyły z czasem na losach Rzeczpospolitej. Kresy dawały obrotnym możnowładcom nieograniczone możliwości pomnażania fortun. Za swego życia w drugiej połowie XVI w. wojewoda bracławski książę Janusz Zbaraski dorobił się latyfundiów o powierzchni ok. 5,2 tys. km kwadratowych, na których znajdowało się 190 miejscowości. „W XVI i XVII wieku ordynacja Ostrogskich liczyła 600 wsi i około 20 miast. Stanisław Lubomirski miał w 1642 roku 300 wsi. Dochody z latyfundiów magnackich mogły równać się z dochodami skarbu państwa z danego województwa” – opisuje Marcin Schirmer w pracy „Arystokracja. Polskie Rody”. Kresowe rody: Radziwiłłów, Sapiehów, Wiśniowieckich, Ossolińskich zgromadziły fortuny czyniące je de facto niezależnymi od władzy króla oraz Sejmu. Dzięki nim mogli kupować głosy posłów, jak i całych sejmików. Ogromne rzesze szlacheckiej biedoty stały się klientami magnaterii. Z demokracji szlacheckiej Rzeczpospolita w pierwszej połowie XVII w. przekształciła się płynnie w państwo oligarchiczne. Naturalną konsekwencją tego stały się narodziny liberum veto. Dawało ono gwarancję, że w Sejmie nie zostanie wprowadzona żadna zmiana prawna, która będzie sprzeczna z interesami choćby jednego oligarchy. Tym sposobem Rzeczpospolita obrała kurs na rozbiory. Ekspansja na wschód przyniosła więc początkowo ogromne korzyści materialne, ale w dłuższej perspektywie zaowocował katastrofalną degeneracją całego ustroju politycznego, co bezwzględnie wykorzystali sąsiedzi. Tak w telegraficznym skrócie wygląda smutny rozrachunek z polskim kolonializmem. Może jednak więc taplanie się w gombrowiczowszczyźnie jest fajniejsze?