Polityka historyczna, polityka translacyjna
Jerzy Marek Nowakowski 03.01.2019

Polak potrafi. A Polak z Turkiem to już ho ho jak potrafią. Oto przed Świętami dowiedzieliśmy się o nocie Ambasady Turcji w Warszawie protestującej przeciwko broszurce informacyjnej wyprodukowanej przez polski MON. Broszurka powstała ponad dwa lata temu, ale tureccy dyplomaci dopiero teraz ją przeczytali i postanowili zaprotestować. Nie żeby zaraz negowali całą historię polskiego oręża dość siermiężnie w owej broszurce opisaną. Nie podoba im się opis bitwy pod Wiedniem a szczególności stwierdzenie, że Polska ocaliła wówczas świat chrześcijański przed inwazją muzułmanów.

 

Oczywiście w epoce politycznej poprawności należało napisać, że pod Wiedniem, przy kawie uzgodniono ograniczenie kwot imigracyjnych. I przynajmniej jedna informacja byłaby prawdziwa. Bo zapasy kawy znalezione w zdobytym obozie tureckim istotnie zapoczątkowały boom kawiarniany w Wiedniu a potem w całej Europie.

Mówiąc nieco bardziej serio, turecka nota dyplomatyczna jest częścią zjawiska zwanego aktywną polityką historyczną. Od kilku lat zapanowała w światowej polityce – tej „normalnej” moda na politykę historyczną. Oczywiście po trosze wynika to z faktu, że jednym z głównych motywów drugiej dekady XXI wieku stała się swego rodzaju rewolucja godności. O ile wcześniej różne państwa prowadziły politykę historyczną, to była ona podporządkowana interesom gospodarczym czy politycznym tych państw. Stąd zresztą wzięło się określenie „polityka historyczna”. Eksponując takie a nie inne wydarzenia, takie a nie inne motywy z historii lub jej interpretacje, politycy starali się uzyskiwać konkretne korzyści w relacjach z partnerami zagranicznymi. Próby relatywizowania zbrodni niemieckich (pojawiło się kiedyś w przestrzeni publicznej żądanie by Alianci przeprosili za bombardowanie Drezna porównane do bombardowań Londynu) w oczywisty sposób miały prowadzić do zamknięcia rachunków za II wojnę światową. Podobne cele przyświecały komunistycznej narracji o odwiecznej polskości Pomorza Zachodniego etc. Ale polityką historyczną było również pojednanie francusko-niemieckie czy polsko-niemieckie. Podobnie jak mitologizowanie brytyjskiej tradycji demokratycznej lub narracja o kolonizacji Dzikiego Zachodu w Stanach Zjednoczonych.

Tymczasem polityka historyczna ostatnich lat wydaje się skupiać na powszechnej mitologizacji własnego narodu czy państwa. Staje się opowieścią w której istnieje tylko czerń i biel. Co gorsza, o ile do niedawna zasadniczą cechą polityki historycznej państw demokratycznych była świadoma dyskrecja, o tyle w obecnej polityce historycznej mamy do czynienia z ostentacją i używaniem wszelkich instrumentów państwa z prawem karnym i dyplomacją. Co w efekcie zmienia politykę historyczną w historyczną propagandę. Niewiarygodną dla odbiorcy zewnętrznego, ale mobilizującą własny elektorat. Z własnej praktyki dyplomatycznej pamiętam co najmniej kilka imprez (organizowanych nie przez Polaków – dodam), podczas których sproszeni ambasadorowie popatrywali na siebie z ironicznymi uśmieszkami, wysłuchując różnych opowieści o heroizmie lub krzywdach gospodarzy.

Turecki protest, z punktu widzenia historyka, jest absurdalny. W 1683 wojnę z Imperium Osmańskim postrzegano właśnie jako wojnę religijną. Ale z punktu widzenia tureckiej polityki godnościowej jest on jak najbardziej uzasadniony. W końcu nie chodzi o przekonanie obcokrajowców a o wykazanie się przed swoimi.

Niestety tak zaczyna wyglądać polityka historyczna w wykonaniu niemal wszystkich aktorów międzynarodowej sceny. Zamiast zostawić historię badaczom dyskretnie wspierając badania nad tymi problemami, które z punktu widzenia interesów państwa są szczególnie ważne, państwa zaczynają wspierać historyczną propagandę. A jak opłakane przynosi to skutki – wystarczy spojrzeć na demolkę relacji polsko-ukraińskich rozjechanych przez walec obustronnej historycznej propagandy. Wahadło od durnej politycznej poprawności, każącej opowiadać wyłącznie o zbrodniach wrednych kolonizatorów krzywdzących anielskich tubylców zaczyna wychylać się w stronę nacjonalizmu i opowieści o tym jak dobrzy byli „nasi”. Historia jako nauczycielka życia, jak powiadał Hegel, nigdy nikogo niczego nie nauczyła. Ale historia traktowana jako propaganda może wyrządzić trudne do naprawienia szkody.

Podobnie jak trudne do wyobrażenia szkody może wyrządzić drobna z pozoru sprawa wezwania do prokuratury tłumaczki rozmów polityków. Zapowiadając przesłuchanie Magdaleny Fitas-Dukaczewskiej prokuratura polska idzie śladem pomysłu amerykańskich kongresmenów, którzy przymierzali się do przesłuchania tłumacza rozmowy prezydentów Putina i Trumpa. Ci z kolei naśladowali polityków australijskich, którzy wpadli na iście szatański pomysł, by uchwalić prawo zmuszające księży do łamania tajemnicy spowiedzi. Oczywiście w szczytnym celu walki z pedofilią.

W USA dość szybko zorientowano się, że stworzenie precedensu w postaci zmuszenia tłumacza do wyjawienia treści przekładanych przez niego rozmów będzie miało dalekosiężne i fatalne skutki. Pomysł australijski, chyba także przepadł, chociaż dla wrogów religii wygląda on na tyle atrakcyjnie, że pewnie będzie w różnych miejscach wracał. Tak samo jak ponawiane w różnych miejscach świata próby zmuszania dziennikarzy do tego, by ujawniali swoje źródła informacji.

W każdym z tych przypadków stworzenie jednego precedensu oznacza w istocie podważenie sensu wykonywania zawodu (czy powołania). Pozostańmy przy przypadku naszej tłumaczki. Jeżeli instytucje państwa uznają, że istnieją powody do złamania tajemnicy zawodowej. Jeżeli prokuratura zechce zmusić tłumacza do zeznań dotyczących treści tłumaczonych rozmów to skutki będą bardzo dalekosiężne. Wyobrażam sobie, że polski biznesmen po takim precedensie przyjeżdża na rozmowy biznesowe do partnera zagranicznego. Zwyczajowo, o ile rozmowy dotyczą spraw poważnych, przywozi się na nie własnego tłumacza. Tymczasem nasz partner mówi: „sorry, ale w waszym kraju jest prawo, które zmusza tłumacza do ujawniania treści rozmów. Nie zgadzamy się na to, możecie korzystać z naszego tłumacza a wasz może sobie iść na spacer”. Rozmowy polityczne – te istotne – będą z kolei zarezerwowane wyłącznie dla osób biegle posługujących się obcymi językami.

W epoce Internetu, mediów społecznościowych i polityki prowadzonej za pomocą twitterowych wpisów sens przestrzegania pewnych zasad może nie wydawać się oczywisty. W istocie jednak złamanie tajemnicy: spowiedzi, tłumaczenia czy dziennikarskiej podważy ostatnie, i tak już bardzo kruche, elementy społecznego zaufania. Nauczyliśmy się już, że powszechne podsłuchy rozszerzyły kategorię rozmów „nie na telefon”. Zaklejamy internetowe kamerki i jesteśmy świadomi, że nasze maile mogą mieć innego czytelnika niż ich adresat. Podważenie resztek poufności jakie nam zostały przerobi ludzi żyjących ponoć w największej wolności w dziejach na bohaterów antyutopii Orwella.

Wielki Brat będzie zawsze patrzył, a z teleekranów sączyć się będzie propaganda historyczna (i wszelka inna). Współczesne państwo w XXI wieku uzyskało po raz pierwszy w dziejach narzędzia do rzeczywiście totalnej kontroli obywatela. I równie totalnej manipulacji propagandowej. Technicznie i prawnie „Rok 1984” Orwella jest w zasięgu ręki. O ile nie obronimy resztek naszej prywatności to właśnie w wolnym i zamożnym świecie Zachodu może zrealizować się upiorna antyutopia. Warto o tym pamiętać i patrzeć państwu na ręce. Dopóki jeszcze możemy.