Polityka jak mydło
Jerzy Marek Nowakowski 05.03.2018

Specjaliści od PR twierdzą, że polityk niczym nie różni się od mydła czy proszku do prania. Dobrze zareklamowanego i opakowanego zawsze można „wcisnąć” wyborcom. Jest cała potężna grupa polityków, przypominających mydlane czopki na rozwolnienie. Oszczędzę czytelnikowi szczegółów personalnych i technicznych. W końcu wszyscy wiemy na czym polega ich działanie. Ostatnio wszakże dostrzegłem jeszcze jedną analogię pomiędzy mydłem a polityką. Mydła są często opatrywane informacją o poziomie pH. W polityce informacja o poziomie PH polityka byłaby informacja niezwykle pożądaną.

PH polityczne bywa dużo bardziej szkodliwe i drażniące od mydlanego. Gdy jest szczególnie wysokie nie powoduje u osób nim dotkniętych wysypki ani zaczerwienienia twarzy. Przeciwnie, zazwyczaj wygładza rysy nim dotkniętego gwałtownie pogarszając konterfekt przeciwnika. PH polityczne to skrót od słów „populizm i hipokryzja”, przypadłości nadzwyczaj popularnej i coraz bardziej zatruwającej naszą debatę polityczną.

Powodem, dla którego postanowiłem przyjrzeć się tej popularnej chorobie stała się ostatnia awantura o karty kredytowe Macierewicza i premie rządowe. Żeby było jasne, nie mam zamiaru wydawać wyroku, czy wydatki były uzasadnione czy nie. Od tego są stosowne komisje. Ale Himalajami hipokryzji jest dumne informowanie przez poszczególne urzędy państwowe, że w ogóle nie używają służbowych kart kredytowych albo maja na przykład dwie i wydały 1000 złotych. Znowu, dla jasności, wszystkie kolejne rządy chwaliły się, że w ogóle nie mają kart etc.

Każdy średni przedsiębiorca wie tymczasem, iż nie ma lepszego sposobu realizowania i kontrolowania firmowych wydatków niż karta. Im większa instytucja i im większe wydatki tym więcej oszczędza się na miesięcznym nieoprocentowanym kredycie. To po pierwsze. A po drugie i ważniejsze – wydatki z karty są najłatwiejsze do skontrolowania. Księgowy ma je na swoim komputerze już w chwili transakcji. Wiemy również gdzie i o której godzinie wydatku dokonano. Nie jest specjalna tajemnica, że (nie tylko w Polsce) piękną i opieczętowana fakturę można zdobyć na niemal dowolny towar. Tymczasem terminala elektronicznego się nie oszuka. Zamiast więc chwalić się, ze instytucja nie ma kart, jeżeli jest transparentna, powinna za ich pomocą dokonywać wszystkich wydatków. No ale właśnie tutaj wkracza czynnik PH. Ponieważ dla wyborcy złota karta kredytowa jest symbolem statusu, to w ramach pseudoskromności pokazujemy, ze jej nie mamy.

Pamiętam wojny jakie toczyłem z MSZ o to, żeby karty płatnicze mieli moi intendenci czy kierowcy w ambasadach, którymi kierowałem. Właśnie po to, żeby nie mieli pokusy zarabiania na zakupach. Bo karta nie jest najbardziej potrzebna ministrowi czy ambasadorowi, ale właśnie jego współpracownikom. Budziło to oczywiście opór urzędników. Jak to, karta dla kierowcy? Przecież to luksus i przywilej godny co najwyżej wiceministra albo ambasadora.

Tak swoją drogą to pamiętam poczucie „obciachu” na jakiejś konferencji w USA w połowie lat ’90 ubiegłego wieku, kiedy podczas rejestracji w hotelu na konferencji z udziałem wysokich urzędników większość polskich uczestników wykopywała pliki dolarów, żeby zapłacić z góry za hotel. Nie mieli kart, a preautoryzacja jest standardowa procedurą w ogromnej większości hoteli. Więcej, w USA gość, który nie płaci kartą był (a teraz to już zjawisko powszechne w świecie zachodnim) postrzegany jako potencjalny przestępca.

Mogli zapłacić prywatnymi, powie ktoś. Hola, hola. Jakimi prywatnymi? Osobnik o dochodach i pewności pracy polskiego wiceministra jest dla banku osobą wysoce niewiarygodną. PH w kwestii zarobków wysokich urzędników kwitnie w najlepsze. Po wypowiedzi min. Bieńkowskiej a ostatnio wicepremiera Gowina o tym jak to ministrowi trudno związać koniec z końcem Internet zawył. Tymczasem rzeczony minister (a jeszcze bardziej wice) ma nieco inna strukturę wydatków od pani „na kasie” w supermarkecie. Z jednym zastrzeżeniem – o ile jest uczciwy. Średnio 14 godzin dziennie (mówię z męskiej perspektywy – panie mają gorzej) pracuje się w garniturze, krawacie i białej koszuli. Nie bardzo wypada aby były to ciuchy z supermarketu, bo jednak partnerzy z którymi taki oficjel rozmawia to ludzie zazwyczaj nieźle ubrani. A po 400 godzinach noszenia garnitur nadaje się do wyrzucenia, biała koszula wytrzyma jeszcze mniej… Czyli taka banalna rzecz jak ubranie pochłonie co najmniej 20% miesięcznych dochodów wiceministra. A spotykając się ze znajomymi także nie bardzo wypada zapraszać ich do MCDonalda… Oczywiście, widziałem przykłady, kiedy oficjele bez żenady brali faktury za niedzielny obiad z rodziną, rozliczając to potem jako spotkanie służbowe. Tylko czy o to chodzi? Czy o to, żeby wiceminister załatwił podejrzane kontrakty firmom, które po odejściu ze stanowiska zatrudnia go za duże pieniądze? Ostatnią podwyżkę tzw. R-ce czyli ministrom i wiceministrom dał premier Cimoszewicz w 1997 roku. Potem poziom PH tylko wzrastał. Efektem jest fastrygowanie dochodów albo przywilejami (cała historia gigantycznej rządowej floty samochodowej) albo wątpliwymi moralnie „premiami” dla najwyższych urzędników.

A propos samochodów, to rozmawiałem kiedyś ze Zbigniewem Brzezińskim o prof. Richardzie Pipesie, którego Brzeziński niezbyt lubił. I na moją uwagę, że jednak Pipes był istotnym doradcą Ronalda Reagana Brzeziński odpowiedział – „gdzie tam, nawet nie miał stałego miejsca parkingowego pod Białym Domem”. Było to w czasie, gdy w Polsce każdy urzędnik czuł się w obowiązku jeździć służbową limuzyna z kierowcą. A właściwie słowo limuzyna należałoby ująć w cudzysłów. PH czuwa, więc zamiast limuzyn dla nielicznych mamy flotę samochodów udających skromność dla wszystkich.

No i oczywiście never ending story rządowych samolotów. Znowu osobiste wspomnienie. Kiedy pracowałem w rządzie premiera Buzka przymierzaliśmy się do zakupu samolotów. Już wtedy latanie Tupolewami było i mało bezpieczne i lekko wstydliwe (na większości lotnisk na zachodzie nie było na przykład odpowiednich końcówek do holowania tego samoloty więc zamiast premiera czy prezydenta na początku z samolotu wysiadał wielki żelazny drąg do holowania. W ramach tych przymiarek przygotowałem dla premiera informację o ofertach jakie otrzymaliśmy. Nota bene nic się do dziś w tej materii nie zmieniło te same modele latają na całym świecie jako samoloty dla VIPów. Zwyczajowo taki samolot ma niewielką sypialnię dla najważniejszego pasażera i np. prysznice. Do dziś pamiętam jak premier Buzek spojrzał na plan samolotu, postukał się w głowę i powiedział: „panie Marku, przecież związkowcy by mnie rozszarpali, gdyby się dowiedzieli że sobie samolot z łazienką kupiłem”.

Tak się złożyło, że wkrótce lecieliśmy z wizytą do Chile. Ponad 20 godzin lotu. Samolot się spóźnił z powodów pogodowych. Wychodzimy na płytę w Santiago a tam szef protokołu (bo oczywiście w ramach skromności łączności w samolocie też nie było) nas informuje, ze jedziemy prosto do prezydenta. A polska delegacja brudna, nieogolona i w koszulkach polo…

PH kwitnie także w drobniejszych kwestiach. Jako ambasada mieliśmy w miejscach, w których miałem okazje pracować za granicą, zwyczajowe i dość spore zniżki w hotelach. I co najmniej połowa delegacji oficjalnych z Polski odmawiała skorzystania z tych zniżek, bo mają swoje resortowe przepisy zamawiania hoteli. W rezultacie płacili (z naszej, podatkowej kieszeni) o kilkadziesiąt procent więcej. Ale kwity się zgadzały.

„Hipokryzja jest hołdem jaki występek składa cnocie” napisał kiedyś La Rochefoucauld. Populistyczna hipokryzja jest hołdem rozsądku wobec głupoty. A jeszcze dokładniej, dowodem tchórzostwa wobec tabloidowego świata antywartości. Czynnik PH nie jest przypisany do jednej partii czy jednego środowiska politycznego. Psuje życie publiczne niczym rozrastający się rak. Zamiast oceniać czy politycy działają dla dobra publicznego PH prowadzi do tego, że zajmujemy się wyłącznie ośmiorniczkami, kartami kredytowymi i łazienką w samolocie.

Jest oczywiste, że wszelkie przejawy nieuczciwości powinny eliminować z życia politycznego. Ale z drugiej strony powierzając jakiemuś politykowi swoje bezpieczeństwo i dobrobyt, powinniśmy koncentrować się na jego podstawowych obowiązkach, a nie na tym czy ma służbowa kartę kredytową. Jeżeli chcemy, aby rozmawiał jak równy z równym z partnerem z Włoch czy Hiszpanii, to nie płaćmy mu pensji czwartego asystenta tegoż partnera. Jeżeli chcemy, żeby szanował zasady służby cywilnej, to nie likwidujmy mu gabinetu politycznego. (To kolejny ulubiony temat PH). Ale wymagajmy, żeby zamiast Misiewiczów zatrudniał w tych gabinetach rzeczywistych ekspertów.

Liczenie na solidarność klasy politycznej w jakiejkolwiek sprawie jest jak oczekiwanie śniegu na Saharze. No, ale bywa, że śnieg tam pada….