Polityka w czasach zarazy
Mariusz Staniszewski 17.03.2020

Nie ma co narzekać na Unię, że jej instytucje nie próbują prowadzić działań, które miałyby zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Unijne instytucje nie mają w zasadzie takich uprawnień. I wcale nie jest to złe rozwiązanie.

 

Stwierdzenie, że pandemia koronawirusa przewartościowuje politykę, jest dziś tak oczywiste jak fakt, że gwarancją bezpieczeństwa obywateli pozostaje państwo narodowe. Instytucje Unii Europejskiej nawet nie usiłują koordynować działań rządów, bo nie chcą i nie powinny brać na siebie odpowiedzialność za tak kluczową kwestię, jak walka z pandemią. Z drugiej strony nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby swojego życia unijnym instytucjom i pracującym tam urzędnikom. Próba ingerencji Brukseli w prace sztabów kryzysowych działających w państwach członkowskich musiałaby się skończyć konfliktem i kompromitacją, ponieważ unijne procedury uniemożliwiają szybkie działanie. I wcale nie jest to najgorsza z cech Unii Europejskiej.

Zbyt wiele ideologii

Dzisiejsza Unia Europejska ma niewiele wspólnego z tą, do której wchodziliśmy w 2004 roku. Żądnej władzy brukselskiej biurokracji przestała wystarczać rola organizatora wspólnoty gospodarczej, rości sobie ona prawo do podporządkowywania sobie kolejnych sfer życia politycznego. Przypomina w tym opisanego przez Thomasa Hobbsa Lewiatana, który pochłania coraz więcej praw i ogranicza suwerenność państw członkowskich oraz obywateli UE.

Na tym właśnie polega główna oś sporu między Polską a Brukselą. Także z tego głównie powodu Brytyjczycy postanowili Unię opuścić. Niepohamowany apetyt brukselskiej biurokracji jest powodem kolejnych unijnych kryzysów, ponieważ centrala próbuje regulować wszystko, nawet sferę prywatną. Lewicowo-progresywistyczny kierunek regulacji powoduje niechęć do Unii coraz szerszych grup społecznych. I nie chodzi tu o jej negację jako całości, ale właśnie o próbę poszerzania uprawnień i wymuszania społecznej rewolucji obyczajowej.

Jeśli więc unijne instytucje uznają dziś, że ich walka z koronawirusem ogranicza się do przyznania państwom członkowskim dodatkowych pieniędzy, to w pewnym sensie oznacza kres rozrastania się Lewiatana. Dostrzegł on swoje ograniczenia i nie próbuje kolonizować nowych terenów. Ten kryzys pokazuje zatem, że nie da się zastąpić państwa narodowego i wybranego w demokratycznych wyborach rządu przez powolną, podległą oddziaływaniu wielu sił lobbingowych administracją. Na dodatek oderwaną od rzeczywistości i nierozumiejącą najczęściej potrzeb zwykłych obywateli.

To nie pierwszy raz

Zapobieganie i rozwiązywanie kryzysów nie jest zresztą najsilniejszą stroną Unii Europejskiej jako organizacji politycznej. Próba zmierzenia się z niekontrolowanym napływem imigrantów sprzed czterech lat skończyła się poważnymi napięciami społecznymi w kilku krajach tzw. starej Unii oraz sporem z państwami Grupy Wyszehradzkiej, które sprzeciwiły się przymusowej relokacji przybyszów. W efekcie działania Brukseli doprowadziły do pogłębienia się podziałów we Wspólnocie.

Podobnie było z kryzysem finansowym z lat 2008 i 2009. Odpowiedzialne w dużej mierze za kłopoty Grecji i innych państw południa Europy instytucje Unii Europejskiej stały się jedynie rzecznikami najbogatszych. Biedni musieli zapłacić za błędną politykę Unii, przyjmując dyktat silniejszych i bogatszych krajów członkowskich. Politycy z Włoch, Hiszpanii czy Grecji, którzy sprzeciwiali się dyktatowi, byli po prostu brutalnie usuwani z urzędów. Oczywiście wszystko w imię unijnej solidarności i dobra wspólnego.

Gdy dziś Grecję szturmują islamscy emigranci, tej solidarności nie widać. Co prawda przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula van der Leyen przeleciała się helikopterem nad zewnętrzną granicą Unii, by na własne oczy przekonać się, że zagrożenie jest realne, ale nie poszły za tym żadne realne działania. Pewnie Grecja otrzyma jakieś dodatkowe miliony euro, ale przecież od tego granica nie stanie się lepiej strzeżona. A nawet jeżeli, to przecież na krótko. Grecja potrzebuje dziś przede wszystkim ludzi zdolnych odeprzeć napór, który może trwać wiele tygodni, a nawet miesięcy. Tylko zdecydowane działania sprawią, że Europa przestanie być zakładnikiem autorytarnego tureckiego prezydenta Recepa Erdogana. Taką solidarność wykazują jednak dziś tylko te kraje Grupy Wyszehradzkiej oraz Estonia. Te same, o których liberalne i lewicowe euroelity pisały, że nie dorosły do członkostwa, a ich przyjęcie w 2004 r. do UE było błędem.

Unijne instytucje nie są jednak w stanie podjąć tu zdecydowanych działań. I nie ma większego znaczenia, czy wynika to ze zwykłej biurokratycznej niemocy, czy też z powodów światopoglądowych. Zdecydowana obrona przed napływem imigrantów oznacza przecież, że polityka Unii sprzed kilku lat była błędna, związana z nią ideologia fałszywa, a realizacja planu budowy nowego, wielokulturowego społeczeństwa oddala się.

Najistotniejszy jest wszakże fakt, że Grecja zostaje właściwie sama z nowym kryzysem. I nie zmieni się to, dopóki zagrożenie nie będzie realne dla Niemiec, Francji, Holandii, Austrii czy Belgii.

Nadchodzi przewartościowanie

Jeśli Unia Europejska coraz rzadziej przypomina wspólnotę, a częściej klub bogatych, którzy wyszukują nowe, innowacyjne metody transferowania pieniędzy od biednych, to będą dotykały jej nowe i głębsze kryzysy.

Sam proces bogacenia się nie jest w historii nowy, a można nawet powiedzieć, że jest stary jak świat, jednak cel Unii Europejskiej miał być inny. Jej państwa członkowskie miały być partnerami, a organizacja, wyrównując szanse, miała ich obywatelom zapewniać podobny dobrobyt i bezpieczeństwo. Nawet jeśli uznamy ten cel za słuszny, to musimy opatrzeć go także określeniem „utopijny”, ponieważ na plan dalszy odsuwał element konkurencji i wolnego rynku. A przecież właśnie wolna konkurencja na wspólnym rynku była dla krajów zjednoczonej Europy największym impulsem rozwojowym.

Atak zarazy, jaki doświadczamy pokazuje, że Unia Europejska nie zadba o interesy Greka, Portugalczyka, Hiszpana, Węgra czy Polaka lepiej niż ich narodowe rządy. Szczególnie gdy instytucje UE zaprzęgnięte są do pracy na rzecz najsilniejszych gospodarek Wspólnoty. Wycofanie się brukselskiej biurokracji z próby zapobiegania być może największemu kryzysowi ostatnich lat już dziś powinno przynieść otrzeźwienie wielu, nawet fanatykom pogłębiania integracji.