Polska Rzeczpospolita Podatkowa
Dariusz Matuszak 02.09.2020

Oczywiście wiadomo dlaczego. Chodzi o pieniądze. To ma pewien wymiar symbolu. Jedną z pierwszych decyzji podjętych przez prezydenta Andrzeja Dudę po zaprzysiężeniu było podpisanie ustawy o nowych podatkach – od cukru i tzw. „małpek”, czyli poręcznych flaszeczek z alkoholem. Kolejne 5 lat zaczyna od narzucania kolejnych haraczy. By oszukać, oficjele PiS nazywają te nowe podatki opłatą prozdrowotną, która ma zasilić Narodowy Fundusz Zdrowia. Nowy haracz ma obowiązywać od 1 stycznia 2021 i wprowadzono go za pomocą oszustwa. Nowelizowano m.in. ustawę, której jeszcze nie było. O tej lichej, głupiej i szkodliwej ustawie przypomniano sobie oczywiście dopiero po wyborach. A jakże. Wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, który ją lansował, poszedł już sobie z resortu i ma już to gdzieś.

 

Wszystko co się działo przy okazji tych nowych haraczy jest kłamstwem i manipulacją. Nie chodzi o żadne akcje prozdrowotne – działanie, które ma skłonić obywateli do racjonalniejszego odżywiania się, a tylko o kochane pieniążki. Niby urzędolnicy i posły chcą, byśmy zamiast słodzonych napoi pili więcej soków. Dzięki temu wykończą polskich plantatorów. Do końca swej kadencji i urzędowania każdy z tych, którzy przyłożyli rękę do tej głupiej i szkodliwej ustawy powinien codziennie w celach zdrowotnych wypijać litr niesłodzonego soku z aronii, porzeczek, albo z żurawiny. Na nasiadówach u Morawieckiego i Dudy powinny stać dzbany właśnie z tymi niesłodzonymi sokami, a nie jakieś tam pomarańczowe. Smacznego. Na zdrowie.

O małpkach pisałem już kiedyś. Ten genialny, polski wynalazek ma oczywiście ułatwiać picie. Małe butelki można schować w garsonce, albo jak Marylin Monroe w pończoszce i łyknąć w pracy znienacka i spod łokcia zamiast polewać, albo hejnał grać. Teraz na małpki nałożony jest dodatkowy haracz. A może to właśnie dobrze, że takie małe flaszeczki łatwo kupić można. Być może w naturalny sposób narzucają umiarkowanie wyznaczając limit tego, ile się pije. Być może pozwalają funkcjonować niektórym ludziom efektywnie cały dzień, a nie żyć w oczekiwaniu na wieczór, kiedy wreszcie się będzie można upić. Nie znam odpowiedzi na te pytanie, ale całkowicie odrzucam tę tępą ortodoksję urzędników od zdrowia i ekspertów z całej tej pociesznej instytucji jaką jest Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

Problem jest jednak znacznie poważniejszy niż zwykła pazerność i głupota rządzących, która tak dużo kosztować będzie choćby plantatorów aronii. Wiadomo, że nektary z tego owocu, podrożeją i gorzej będą się sprzedawać bo zawierają cukier. I nikt się nie przerzuci na picie czystego soku, bo jego zwyczajnie pić się nie da. Chyba, że pół na pół z gorzałą – taki ten sok sam z siebie jest zdrowy. Chodzi o sprawę znacznie poważniejszą i głębszą.

Obkrawają nas jak salami. Plaster po plastrze, złotówka po złotówce pozbawiają nas owoców naszej pracy. Nikt nie strzyże nas do gołego jak baranów, choć właściwie nimi jesteśmy. Wtedy być może podnieślibyśmy bunt, zareagowali jakimś oporem i sprzeciwem. Zawyli jak ostatnio, gdy w głupi sposób, w czasie ogarniającego nas kryzysu, chcieli sobie po kryjomu załatwić podwyżki. Wszystko odbywa się niemal bezboleśnie. My mamy kupry wystawione jak gęsi, a władcy i ich karbowi piórko po piórku skubią nas aż kiedyś będziemy tymi kuprami świecić. Są poważne opinie, że te niby opłaty zostały wprowadzone niekonstytucyjnie. Być może naruszają one nawet równość w obrocie gospodarczym. Nie bardzo wyobrażam sobie konstrukcję prawną zezwalająca nagle na podnoszenie sobie ot tak podatku w zależności od pojemności flaszki na gorzałę. W WEI i ZPP są specjaliści od podatków i oni zapewne wiedzą, czy ot tak sobie można opodatkowywać ogórki w słoikach, dżemy, majonez etc. w zależności od wielkości pojemnika, albo jego kształtu, czy czegokolwiek. Może ktoś powie co tak naprawdę opodatkowano – szkło, czy alkohol do 200 mililitrów. Co to w ogóle za nikczemna i karkołomna konstrukcja jest. Jeżeli opodatkowano flaszki, to producenci alkoholu powinni zacząć sprzedawać go w kartonikach, albo jakichś tubkach.

Ta praktyka okradania nas pomalutku trwa i praktycznie jesteśmy wobec niej bezradni. Od 30 lat wszyscy władcy Polski stosują to narzędzie. Trudno się buntować o kilka złotych i oni o tym wiedzą. Jesteśmy jak gotowana powolutku żaba. Temperatura rośnie stopniowo i nawet nie zauważamy, że jesteśmy ugotowani. Albo grosz do grosza i będzie kokosza, tyle, że nie my ją mamy. Na opasłe państwo, które nie potrafi rozwiązać problemów oddajemy już 60 procent owoców naszej pracy. Więcej niż chłopi pańszczyźniani swemu panu i proboszczowi. Być może ktoś policzył ile dokładnie wychodzi to w rachunku ciągnionym, ale nie miałem nieprzyjemności zapoznania się z takimi opracowaniami. Dzień wolności podatkowej w połowie roku obwieszczany jest jak amnestia i władcy nabzdyczają się jak indory gdy okaże się nim 14 czerwca zamiast 16. To oczywiście wszystko mistyfikacja, bo nikt nie liczy choćby ZUS, przymusowego abonamentu na TVP i dziesiątków, czy nawet setek rożnych opłat. Ciekawe kiedy dzień wolności podatkowej w 2021 roku wypadnie temu, który raczy się z małpek i popija to nektarem owocowym.

Będą nas tak skubać w nieskończoność i trudno spodziewać się by znalazła się jakaś Lady Godiva, której małżonek Leofric, lord Coventry powiedział, że zmniejszy podatki swym poddanym jeśli ta przejedzie naga konno przez miasto. Wedle legendy okryła się ona swymi bardzo długimi włosami i odbyła przejażdżkę. Jaką fryzurę ma nasza Pierwsza Dama każdy widzi.

Kolejny i kto wie, czy nie najważniejszy problem, to mniemanie władców świata, że ich powinnością jest wychowywanie poddanych jak jakaś świetliczanka, czy nauczycielka. Lud jest głupi, źle się zachowuje i odżywia, choruje, więc my jasno oświeceni władcy musimy za pomocą kija, czyli podatku nauczyć go właściwej diety. Nie pij, nie pal, nie wąchaj, nie ćpaj, czy co tam jeszcze. Po latach beznadziejnej walki doszedłem do wniosku, że te narkotyki powinny być zalegalizowane i mniej szkody wywołałby jakiś kontrolowany dostęp do nich niż przestępcza wolna amerykanka. To jednak zupełnie oddzielny temat i jeśli ktoś jest odmiennego zdania, to kłócił się nie będę, choć z zasady uważam, że wolny, dorosły obywatel powinien móc zrobić ze swym własnym ciałem co mu się żywnie podoba.

PiS kopiuje cudze pomysły i nawet sobie z tego nie zdaje sprawy. Choć mieni się partią ludu, to małpuje elity, które owym ludem gardzą i uważają, że za niego, oczywiście dla jego dobra, muszą podejmować choćby takie decyzje jak co ma obywatel jeść. Czempionem był miliarder Michael Bloomberg. Jako burmistrz Nowego Jorku, zresztą bardzo dobry, zaczął prześladować mieszkańców miasta za palenie. To jemu zawdzięczamy większość zakazów jakie w tej sprawie wprowadzono. Był pionierem. Kiedy pognębił palaczy, postanowił wziąć się za otyłych i w Nowym Jorku opodatkować słodkie napoje. Oczywiście, jak zawsze w przypadku Demokratów, zapłacili za to najubożsi i czarnoskórzy, o których jego partia przecież tak bardzo dba. Potem przyszła kolej na Obamów. Michelle też chciała się wykazać, więc opracowała dietetyczne menu dla szkolnych stołówek. Wprowadzono je we wszystkich publicznych placówkach. 16-letni chłopcy mieli jeść to co pani w post balzakowskim wieku uznawała, że jest dobre. Por, marchewka, jabłko i wszystko to, po czym się człowiek ma jak Sylwia Spurek. W Polsce też mamy równie durne rozwiązania. To posły zdecydowały co można sprzedawać w szkolnych sklepikach. Nie nauczyciele, nie rodzice dzieciaków, tylko te barany z Wiejskiej. Wyłazi jakąś ciotka z jakimś dziadem i trajkocze o zdrowiu młodzieży.

Granicy nie ma. Dzisiaj cukier, jutro sól, jakieś tłuszcze, potem mięso i tak w nieskończoność. Z pomocą przyjdą ekofanatycy, którzy już wieszczą, że pierdzące krowy wykończą planetę. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że państwo ma być opiekuńcze, więc jak to opiekun mówi nam co nam wolno, a co nie w każdej nawet najdrobniejszej sprawie. My z założenia jesteśmy niepełnosprawni więc takich troszczących się potrzebujemy. Krew mnie zalewa, gdy słyszę jak jakiś chłystek z Ministerstwa Finansów bredzi coś o prozdrowotnych wyborach konsumentów. Nic ci mydłku do tego czy ja sobie żyję i jem prozdrowotnie czy jakkolwiek.