Polski koń a przyszłość świata
Tomasz Wróblewski 19.04.2016

Europa i świat patrzą na polskie konie, ale wcale nie o los koni im chodzi, tylko o pretekst, by kolejny raz przyprawiać nam gębę nie-Europejczyków.

Ostatni raz martwy koń rozpalił wyobraźnię zachodnich mediów po tym, jak prezydent Turkmenistanu Gurbanguly Berdimuhamedow zarządził państwowe uroczystości pogrzebowe swojej ukochanej klaczy. Z pełnymi honorami, szpalerem i armatami, które notabene omal nie przyprawiły o zawał serca pozostałych dostojnych koni uczestniczących w uroczystości. Niezależnie od różnych okoliczności zdarzenia, to Polska niespodziewanie trafiła do jednej grupy tematycznej z Turkmenistanem – historie egzotyczne. Dzikie nieprzewidywalne stepy i końskie opowieści. Nawet Donald Tusk – występujący tu jako jedyny cywilizowany wybraniec naszego narodu, według jego własnych słów miał załamywać ręce z innymi cywilizowanymi premierami nad mentalnością ludzi, którzy czynią takie straszne rzeczy. Wycinają puszcze i zabijają konie.

Zastępcza wojna propagandowa

Zostawmy na chwilę wszystko to, co naprawdę składało się i składa na przyrodnicze korespondencje z Polski. Ważne jest to, że ku zaskoczeniu jednych i spełnieniu życzeń drugich doniesienia z Polski w ciągu kilku miesięcy przeszły z rubryki nuda polityczno- -gospodarcza do działu światowe kurioza. Z rozmów z zagranicznymi dziennikarzami wiem, że zamówienia redakcji są w tym względzie dość precyzyjne. I nawet bez instrukcji rządu w Berlinie dla wolnych mediów redaktorzy gazet i zachodnich telewizji przyjęli ten punkt widzenia za obowiązujący. Ot, takie coś, co nie tylko upstrzy serwisy dowolnego medium „dziwactwami”, ale co ważniejsze – daje czytelnikowi poczucie wyższości nad zacofaną Polską, gra na emocjach, miło łechce narodową dumę. Padnięta klacz, wycinka starożytnego lasu czy menstruacyjne reminiscencje Polek wysyłane do Beaty Szydło, skrupulatnie opisane przez lewicowy dziennik „Independent”, idealnie wpisują się w format. Są równie kuriozalne co historia kirgiskich posłów zarzynających przed parlamentem barany na znak politycznej zgody albo korespondencja z odsłonięcia pomnika alabastrowego konia w Aszchabadzie.

Popularność korespondencji z Polski zawdzięczamy jednak nie tylko etnograficzno-satyrycznym walorom tych opowieści. Prawicowy rząd w Warszawie dla zachodnich elit, w tym mocno związanych z establishmentem mediów, jest doskonałą okazją do rozprawienia się z własną prawicą, z radykalizacją nastrojów w Niemczech, Wielkiej Brytanii i we Francji. Nazwijmy to zastępczą wojną propagandową – proxy propaganda. Pokazanie czytelnikom, czym kończy się oddanie większości parlamentarnej partiom na prawicy. Proste – zabijają konie, wycinają lasy. Czym grozi niechęć do imigrantów? Wiadomo, powrót chrześcijańskiego terroru, upokarzanie kobiet, odbieranie wolności obywatelskich. Co tu dużo gadać – średniowiecze.

Gra półprawdami

Im lepsze zdają się być notowania francuskiego Frontu Narodowego, Alternatywy dla Niemiec, holenderskiego ruchu antyimigracyjnego, tym chętniej zachodnie redakcje sięgają po „czarnego luda” z Warszawy. Jeżeli w materiałach z Polski pojawia się nawet czasem program 500 plus, to niemal wyłącznie jako narzędzie do ogłupiania i korumpowania mas. Wzrost gospodarczy, spadek bezrobocia – a gdzież tam. Całkiem poważni dziennikarze ekonomiczni jak Henry Foy z „Financial Times” bezmyślnie na swoim profilu powtarzają o ucieczce inwestorów z Polski, powołując się na obniżenia ratingu Polski. Nie zauważają, że zaraz po załamaniu ceny z powrotem zaczęły odbijać. Nie przyjmują do wiadomości, że cała ta heca z ratingiem mogła być brutalną grą spekulacyjną. O czym ostatnio na Bankier.pl mówił ekonomista Jacek Maliszewski z DMK: „…obniżenie ratingu Polsce było na zamówienie – na zamówienie kogoś, kto chciał tanio kupić złotego, polskie akcje i obligacje.

I dziś okazuje się, że tak faktycznie to się rozgrywało. Dziś te same media (te same, co w styczniu wieściły katastrofę w Polsce) piszą teksty na temat tego, że banki zagraniczne mocno inwestują w Polskie papiery wartościowe”. Podobne podejrzenia miało więcej analityków, i to nie tylko w Polsce, ale zrzućmy to na karb dziennikarskiej powierzchowności. Niektóre uogólnienia trudno jednak wytłumaczyć przeoczeniem, jak choćby to, kiedy warszawski korespondent portalu Politico Jan Cieński pisze: „Rządząca partia PiS idzie do łóżka z Kościołem katolickim”. Tekst o projekcie ustawy aborcyjnej dowodzi, że PiS chce przyjąć projekt w radykalnym brzmieniu, wygodnie pomija jednak fakt, że dzień wcześniej premier Szydło zapewniła, że rząd nie będzie się zajmował obywatelską ustawą, a partia nie będzie w tej kwestii wymagała dyscypliny partyjnej.

Dzień później wspomniany już „Independent” idzie jeszcze dalej, pisząc, że rząd chce wręcz zakazać aborcji i antykoncepcji. Niemieckie dzienniki „Frankfurter Allgemeine” i „Süddeutsche Zeitung” kilka razy w tygodniu donoszą o stanie polskiego wymiaru sprawiedliwości. Ten ostatni ma szczególnie lekką rękę do radykalnych wniosków. „Jeśli sędziowie będą postępować zgodnie z wyrokami Trybunału i kontynuować bojkot rządu i większość parlamentarną, Polskę czeka prawny chaos” – straszy „sz”. Nic dziwnego, że agencja AP następnego dnia przepowiada nam istny kataklizm praworządności. Razem z działaczami praw człowieka zachodzi w głowę, czy aby Europejski Trybunał Praw Człowieka jest przygotowany na przejęcie lawiny spraw sądowych, jakie po całkowitym paraliżu polskiego wymiaru sprawiedliwości będą teraz wpływać do Strasburga. Mniejsza o to, że sędziowie sądów powszechnych mogą sami interpretować konstytucje i że niektóre państwa, jak choćby Luksemburg, zamierzają funkcjonować bez TK. Istotna jest semantyczna zbitka: rządy prawicy – paraliż sądów; rządy prawicy – zakaz aborcji, rządy prawicy – ucieczka inwestorów.

Tu jest ukryte zło

Obok absurdalnych tekstów we francuskich mediach przekonujących czytelników, że w związku z masowymi manifestacjami Warszawa jest dziś mniej bezpieczna niż Paryż po zamachach, w niemieckich tytułach pojawiają się korespondencje, których wcześniej pewnie nikt nie odważyłby się opublikować z uwagi na wyjątkowo delikatną materię odpowiedzialności za Holocaust. We „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ukazuje się kuriozalny tekst o stosunku Polaków do Żydów w czasie okupacji. Zarzuca nam, że tylko mniejszość ratowała Żydów przed zagładą. I znowu, mniejsza, że nie przypomina, kto Żydom zgotował tę zagładę, ale ciekawsze jest, że do ataku na prawicowy rząd wykorzystał chwalebną uroczystość otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej. Joseph Croitoru pisze, że otwarcie to część misji historycznej Jarosława Kaczyńskiego, który chce pokazywać bohaterskich Polaków, by utwierdzić rolę Polski jako ofiary.

Zgryźliwość co najmniej nie na miejscu, ale intencje bardziej niż przejrzyste. Autor, przekonując, że to tylko pozory, koryguje zgrzyt wizerunkowy. Przecież prawica jest antysemicka i PiS nawet swoim muzeum tego nie zmieni. Jakimi meandrami musi podążać myślenie niektórych autorów, skoro eksperci komentujący dla BBC ostatnie referendum w Holandii odrzucające umowę akcesyjną z Ukrainą ostrzegają, że nastroje prawicowe, jak te, które przejęły kontrolę nad Polską, mogą ostatecznie pogrążyć nadzieje Ukrainy na oderwanie się od Rosji. No cóż, droga jest kręta, ale konkluzja za każdym razem ta sama – patrzcie i uczcie się – wszelkie zło tego świata zaszyte jest w konserwatywno-chrześcijańskich wartościach. No i przy okazji można bezkarnie się z Polaczków pośmiać.

***
Teskt ukazał się we WPROST

Fot. Surriya M/ na lic. Creative Commons/ flickr.com