Polski liberalizm: Mission impossible?
Jerzy Wysocki 10.06.2019

Moi blogowi sąsiedzi popełnili teksty o przyczynach porażki projektu Roberta Gwiazdowskiego, czyli Polski Fair Play. Jak bym porażką tego nie nazywał, raczej fiaskiem eksperymentalnej eksploracji Rowu Mariańskiego bez batyskafu, czy próbą przepłynięcia Przylądka Dobrej Nadziei kajakiem bez wiosła. Mission Impossible kończą się happy endem tylko na filmach.

 

I tak Łukasz Warzecha stwierdza, że była to „próba sprzedania idei idących całkowicie pod prąd tego, co się dzisiaj w Polsce sprzedaje najlepiej: roszczeniowości, wpatrywania się w państwo, patologicznego wręcz paternalizmu, rozdawnictwa, ekspansji socjalistycznych wymysłów”. Łukasz, właśnie tak było, a więc efekt nie może dziwić. Nie można też mieć żalu, do Roberta Gwiazdowskiego, że spróbował. Innym nawet tego się nie chciało. W zasadzie zgadzam się z Łukaszem, że publicysta nie powinien angażować się w politykę. Moją ostatnią partią był Kongres Liberalno -Demokratyczny, lecz jak teraz widzę co się w Polsce dzieje, to chętnie założyłbym swoją partię, wodzowską rzecz jasna. Problem, że miałaby tylko kilkunastu członków i procentowy wynik wyborczy mniejszy od dopuszczalnej dawki etanolu w wydychanym przez kierowcę powietrzu.

Dariusz Matuszak nie wywiesza białej flagi i próbuje znaleźć receptę na brak popularności projektów wolnorynkowych. Podpisując się pod programem Polski Fair Play uważa, że tego typu inicjatywy skazane są na pożarcie, gdyż ograniczają się tylko do sfery rozwiązań gospodarczych. Zdaniem publicysty, co znamienne także działał w KLD, przyczyną porażek wszelkich liberalnych inicjatyw jest brak ideowego komponentu politycznego. „Liberałowie zawsze chcieli być neutralni wobec kwestii światopoglądowych i to jest przyczyną ich zguby. To nie jest błąd taktyczny na poziomie kampanii wyborczej, ale strategiczny i dotyczący tych formacji na całym świecie – całkowite pozostawienie lewicy kwestii, które konstytuują człowieka. Nie da się budować kapitalizmu bez określonego systemu wartości” – pisze Matuszak.

Jakiego systemu wartości? I tu Darek rozpoczyna swa konserwatywną jazdę, znaną wam z jego publicystyki i mnie dodatkowo z częstych rozmów nocnych przy winie. Rozmów, w których podzielamy pogląd, że potrzebny jest wyraźny liberalizm w gospodarce, lecz różnimy się w poglądzie jak ten cel osiągnąć.

Matuszak pisze: „ Kapitalizm w USA budowano z Biblią w ręku. Za złudzenie, mrzonkę, naiwność uznaję pomysł na budowanie liberalizmu w sferze gospodarczej bez konserwatyzmu w sferze społecznej, kulturowej czy światopoglądowej” O jakie wartości konserwatywne chodzi nie muszę wymieniać. Czytelnicy WEI znają pełną listę. Być może znają też światowe przykłady, gdzie to właśnie liberalizm w wersji konserwatywnej wiódł państwa i narody do dobrobytu. Ale czy istnieje tu związek przyczynowo- skutkowy? Może.

A może to nie ma żadnego znaczenia. Można być przecież liberałem kompletnym, czyli wyznawcą wolnego rynku w gospodarce i w sferze kulturowej. Bo niby jaki wpływ na gospodarkę ma penalizacja aborcji, umożliwienie eutanazji i legalizacja miękkich narkotyków, prawne uregulowania dla związków partnerskich, w tym jednopłciowych, parady równości, gender i karta LGBT. Żadnego związku tu nie widzę. Jak ktoś widzi, to udowodni.

Oczywiście Darek jest prowokatorem i specem o barwnych przykładów: „Nie da się pomnażać majątku, budować pomyślności na pokolenia jak się w międzyczasie człek trzy razy rozwiedzie, albo nie dorobi potomstwa, bo wolał będzie balować”. I znowu: może tak, a może nie. Człek z gromadką dzieci i jedną wciąż tą sama żoną, której nawet już nie lubi z uwagi na słoniowatość? Żal mi człeka i nie widzę w nim rekina biznesu. I tak można z Darkiem w nieskończoność, zwłaszcza przy kolejnych butelkach wina. Czym więcej butelek, tym więcej skojarzeń i recept na kapitalizm XXI wieku i kolejne stulecia.

Oczywiście wszystkie te prowadzone na trzeźwo i po pijaku rozmowy, wszystkie mądrze napisane teksty niczego nie wnoszą i do niczego nie prowadzą. Rozważania czy liberalizm gospodarczy skleić z konserwatyzmem czy też liberalizmem kulturowym są intelektualnie ciekawe, ale z praktyką polityczną za wiele wspólnego nie mają. Ma racje Łukasz Warzecha, że wszystko co liberalne jest teraz pod prąd. Kijem Wisły nie zawrócisz. Ludzie chcą 500 plus na dziecko, krowę i świnię, chcą mieszkania plus, wyprawki szkolnej plus, emerytury trzynastej plus. Na miejscu Zygmunta Piotra Solorza poważnie martwiłbym się o bezpieczeństwo swoich salonów komórkowych sieci Plus. Jak ludność skapuje, to rozgrabi komórki Plusa, a prokurator generalny przymknie oko.

Z Łukaszem Warzechą i Darkiem Matuszakiem łączy mnie wspólna dziennikarska przeszłość, sąsiedztwo na blogach i determinacja, by liberalizm gospodarczy (obojętne dla mnie jakiej maści) nie był już pod prąd, lecz rwącym strumieniem zalał neo homo sovieticus.