Polskie sądownictwo, czyli krok od chaosu
Artur Kiełbasiński 09.12.2019

Wyrok Sądu Najwyższego kwestionujący apolityczność KRS i izby dyscyplinarnej może być wygodnym narzędziem politycznym. Opozycja „ma dowody” (kolejne) na nielegalność działań PiS. Rządzący – po raz kolejny mogą pokazywać, jak bardzo „kasta” oderwana jest od życia i kwestionuje Konstytucję w imię swoich interesów. Tyle o polityce. Tymczasem praktyczne skutki ostatnich wydarzeń mogą być naprawdę poważne.

 

Po pierwsze, orzeczenie SN sprawia, że w każdej sprawie można zacząć weryfikować „legalność wyborów” sędziów. Przesłanka „nieprawidłowo obsadzonego sądu” może w każdej sytuacji być wykorzystana w trybie odwoławczym, to wynika wprost z przepisów proceduralnych.

W tej sytuacji stoimy o krok od sytuacji, w której sędziowie podzieleni zostaną na „legalnych” i „nielegalnych”, w zależności od tego, kiedy zostali powołani na stanowiska. Można oczywiście szydzić, że spór nie dotyczy powołań sędziów mianowanych w PRL. Ale to szyderstwo trzeba odłożyć na bok. Nie posuwa nas do przodu w rozwiązywaniu problemu.

Z punktu widzenia gospodarki, bezpieczeństwa obrotu – kwestionowanie legalności wyboru sędziów to sytuacja skrajnie groźna. W praktyce może bowiem dochodzić do sytuacji, gdy sędzia wydający postanowienie np. dotyczące wpisu do ksiąg wieczystych, będzie traktowany jako osoba nieuprawniona do dokonania tego wpisu. Taka sytuacja zniszczy bezpieczeństwo obrotu, naruszy podstawy zaufania do państwa. Dalej jest już tylko chaos – nie płacenie alimentów, bo np. sędzia był opiniowany przez nową KRS. Nie respektowanie nakazów zapłaty, bo „polityczne korzenie sędziego budzą wątpliwości”. Przesadna obawa? Być może, ale takie sytuacje w praktyce mogą mieć miejsce już wkrótce.

Po drugie, sędziowie SN w praktyce uczynią całą swoją grupę zawodową… bezkarną. Nie zakładam, że to motyw działania sędziów. Nie chcę, nie mogę zakładać, że tak jest. Ale piszę o realnych konsekwencjach ich orzeczenia. Kwestionowanie legalności funkcjonowania izby dyscyplinarnej w praktyce oznacza, że delikty sędziów, prokuratorów i członków innych korporacji prawnych staną się trudne do osądzenia. Prawie niemożliwe do osądzenia. Do tego można wygodnie „grać” tą kwestią. Jeden z prawników wezwanych do stawienia się przed izba dyscyplinarną już zapowiedział, że się przed nią nie stawi. Z punktu widzenia funkcjonowania państwa – to sytuacja nie do utrzymania.
Oczywiście jest inne rozwiązanie. Szybka zmiana procedury karnej, zmiana zakresu immunitetu i… sprawy sędziów i innych prawników będą osądzane w jeszcze innym trybie. Jednak takie regulacje zostaną natychmiast zaskarżone, co tylko pogłębi chaos. Sytuacja niemal bez wyjścia.

Oczywiście, jest druga strona problemu. Przeciwnicy obecnego rządu natychmiast wytoczą argumenty wskazując na nielegalność zmian w sądownictwie wprowadzanych przez ostatnie lata. Reforma SN, spór o Trybunał Konstytucyjny, kwestie powoływania i odwoływania sędziów, zakres uprawnień ministra sprawiedliwości. To wszystko budzi wątpliwości zarówno opozycji, ale też środowisk prawniczych. Spór o reformę wymiaru sprawiedliwości wyszedł już poza rama zwykłej „przepychanki politycznej”. Staje się kwestią ustrojową.

I nie ma tu znaczenia czy zarzuty nielegalności zmian są prawdziwe czy chybione. Nie ma tu znaczenia ile racji mają rządzący, a ile racji ma opozycja. Sam ciągnący się spór jest destrukcyjny dla państwa.

Ale powiedzmy wprost. Spór o kompetencje, uprawnienia, kształt ustrojowy przenika się i tworzy jeden gigantyczny węzeł problemów. Punktowe rozwiązywanie poszczególnych elementów problemu wydaje się bez sensu. Co zatem zrobić? Jak się wydaje metoda jest jedna – ponadpartyjne porozumienie dla wymiaru sprawiedliwości.

Dziś wydaje się prawie niemożliwe. Emocje polityczne raczej napędzają spór i dążenie do konfrontacji. Jednak jest to sytuacja na dłuższą metę nie do zaakceptowania. Groźna dla rozwoju gospodarczego, niszcząca szacunek dla wymiaru sprawiedliwości, bez względu na to kto akurat rządzi.

Debata nad reformą wymiaru sprawiedliwości wymaga zachowań odpowiedzialnych od wszystkich. Przedstawiciele sędziów muszą zrozumieć, że bez realnej odpowiedzialności za wykroczenia i przestępstwa nie zbuduje się szacunku dla sędziów. Muszą przyjąć do wiadomości, że krytyka orzeczeń sądowych jest uprawnioną reakcją społeczeństwa i mediów, a nie zamachem na niezawisłość sędziowską. Z drugie strony – rządzący muszą rozumieć i respektować fakt, że kwestie realnej niezawisłości sędziowskiej są krytycznie ważne dla jakości demokracji. Rządzący muszą pamiętać, że reforma wymiaru sprawiedliwości, absolutnie niezbędna, musi się opierać na wprowadzaniu czytelnych procedur, a polityka kadrowa powinna być wtórna wobec tych procedur.

Czy obie strony potrafią wyjść z dotychczasowych kolein własnej argumentacji? Chciałbym wierzyć, że tak.

Pisanie o „okrągłym stole” nie dla wszystkich może być dzisiaj atrakcyjnym porównaniem. Jednak właśnie dyskusja i kompromis, które symbolizuje „okrągły stół” dla wymiaru sprawiedliwości wydają się dzisiaj konieczne. Inaczej pogrążymy się w prawnym chaosie. Na horyzoncie już widać jego początek.