Porażka „złotych kołnierzyków”
Mariusz Staniszewski 10.05.2020

Nie demonstracje antyglobalistów, nie ruchy narodowe, nie rosnąca potrzeba identyfikacji i tożsamości, a niewidzialny wirus sprawił, że społeczeństwa spostrzegły, iż jedynym gwarantem ich bezpieczeństwa jest państwo narodowe i jego instytucje. To od nich wszyscy wymagają recepty na wyjście z kryzysu.

 

Na naszych oczach budowane przez lata autorytety tracą Unia Europejska, Międzynarodowa Organizacja Zdrowia czy Organizacja Narodów Zjednoczonych. Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zdobyła się nawet na przeprosiny z powodu spóźnionej reakcji na atak zarazy, ale nie poszły za tym żadne konkretne działania. Zapowiedziany pakiet pomocowy istnieje ciągle tylko na papierze i nikt tak naprawdę nie jest w stanie powiedzieć, jak będzie wyglądał i pod kogo będzie skrojony.

Stany Zjednoczone otwarcie zarzucają Międzynarodowej Organizacji Zdrowia ukrywanie skali zagrożenia z powodu koronawirusa oraz fałszowanie danych na ten temat. Zdaniem prezydenta USA Donalda Trumpa taka postawa wynikała z chęci sprzyjania Chinom, a nie działania na rzecz zażegnania kryzysu.

Z kolei Organizacja Narodów Zjednoczonych nie podjęła do tej pory żadnych realnych działań, które zmobilizowałyby kraje rozwinięte do powstrzymania działań wojennych na Bliskim Wchodzie i w Afryce. W efekcie, co przyznaje sam przewodniczący ONZ David Beasley, z powodu głodu możemy mieć do czynienia z największym kryzysem humanitarnym od czasu II wojny światowej. I to bez udziału koronawirusa. Gdy w regiony dotknięte wojnami dotrze fala zarażeń, skala tragedii może być wręcz niewyobrażalna.

W tej sytuacji najbardziej zagorzali zwolennicy internacjonalizmu i globalizmu, którzy już dawno wyrzekli się tożsamości narodowej, a patriotyzm uznają za niebezpieczny objaw szowinizmu domagają się interwencji państw narodowych i ich zaangażowania w walce z nadciągającym kryzysem. Ci najinteligentniejsi, najświatlejsi, najzdolniejsi współcześni nomadzi, którzy wędrują z korporacji do korporacji, z kraju do kraju, z kultury do kultury, żadnej tożsamości nie uznając za własną, bo uważają się za obywateli świata, nagle dostrzegli, że jedyna pomoc, która może nadejść, pochodzi od własnego, tak bardzo pogardzanego do tej pory rządu.

Nawet wielkie międzynarodowe koncerny, które same siebie chciały widzieć jako organizacje nowego światowego porządku, działające ponad granicami, obywatelstwami, religiami przypominają sobie o interesach narodowych. To przecież w ich imię te kolosy powinny dalej istnieć i dlatego należy im się wsparcie. Nie międzynarodowe, ale właśnie krajowe.

Te miliony ludzi, którzy uważali się za obywateli świata Samuel Huntington nazywa „złotymi kołnierzykami”, „ludźmi z Davos” czy „kosmokratami”. Jeszcze niedawno byli w stanie powiedzieć, że kładzenie nacisku na „dumę narodową” jest „niebezpieczne moralnie” (prof. Martha Nussbaum z Uniwersytetu Chicagowskiego) oraz, że „w ostatnich latach patriotyzm stanowił schronienie dla wszelkiej maści kanalii (prof. George Lipsitz z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego). Także w Polsce do historii przeszły słowa kandydatki Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która zarzucała prezesowi PiS, że nie dba o Europę i świat, a myśli tylko o Polsce. Zostało to u nas wyszydzone jako językowy lapsus, tymczasem liberalne elity tak właśnie myślą. Pragną wierzyć, że tożsamość narodowa to przeżytek, a punktem odniesienia powinien być „demokratyczny humanizm” (prof. Amy Gutmann z Uniwersytetu Princeton).

Rzeczywistość jest jednak zawsze bardziej konserwatywna od idei. I tak jak Strobe Talbott w 1992 r. twierdził, że „pojęcie narodu w obecnej formie zdezaktualizuje się, wszystkie [zaś] państwa podporządkują się jednej światowej władzy”, a kilka miesięcy później bronił amerykańskich interesów narodowych jako sekretarz stanu w administracji Billa Clintona, tak rzesze kosmokratów domagają się od władz krajowych zapewnienia bezpieczeństwa przed zarazą i miliardów dolarów, złotych, euro dla firm, które stanęły na skraju bankructwa.

Śmiertelny wirus uświadomił im także, że globalizacja gospodarki, w której łańcuchy dostaw ciągną się przez kontynenty, kultury, ustroje wcale nie jest bezpieczna dla ich globalnych firm. I nie chodzi tylko o to, że w przypadku zamknięcia jednego kraju towar nie dotrze na czas. Ważniejsze jest, że w jednych częściach świata prawda, odpowiedzialność, otwartość oznaczają moralność, w drugich słabość. Gdyby więc koronawirus pojawił się nie w Chinach, a na przykład w Europie, z dużym prawdopodobieństwem możemy dziś stwierdzić, że nie rozprzestrzeniłaby się tak gwałtownie i nie zainfekowałaby całego świata. Nie ukrywano by informacji, nie fałszowano by danych, nie zamykano dziennikarzy.

Tożsamość, naród, kultura, ustrój mają jednak znaczenie.