Pośmiertne unie walutowe
Andrzej Krajewski 07.05.2020

Za sprawą wyroku niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego oraz gigantycznego spadku PKB w krajach strefy euro, przed Europejską Unią Walutową otwiera się paradoksalna alternatywa. Do tej pory w kryzysowym momencie zawsze rozważano opcje przetrwa lub się rozpadnie, tymczasem niektóre państwa mogą po prostu jej… nie respektować.

 

Szeroko komentowane w tym tygodniu orzeczenie FTK jest jak kubeł zimnej wody, wylany na głowy krajów południa Europy. W czasie ostatniego kryzysu szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi zdecydował, że EBC będzie skupował obligacje państw strefy euro. Stanowiło to nieco bardziej skomplikowaną formę „zrzucania z helikopterów pieniądza” na rynki finansowe. Krach, wywołany przez pandemię sprawił, że 26 marca EBC ogłosił bardzo podobną akcję nazwaną: Pandemic Emergency Purchase Program (Pandemiczny Awaryjny Program Skupu Aktywów). Jedyną różnicę z poprzednią operacją stanowiła rezygnacja z jakiegokolwiek samo ograniczenia. Wprawdzie wstępnie jest mowa o skupieniu obligacji na kwotę 750 mld euro, jednak tak naprawdę obowiązująca zasada brzmi: „the sky is the limit”. Jak napisano w oficjalnym komunikacie Europejskiego Banku Centralnego: „Eurosystem nie będzie tolerował żadnego zagrożenia dla płynnej transmisji swojej polityki pieniężnej we wszystkich obszarach pod swoją jurysdykcją w strefie euro”.

Tymczasem już poprzedni pogram skupu obligacji wywołał szereg wątpliwości niemieckich sędziów. Skierowali więc zapytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, czy EBC w obliczu kryzysu ma prawo kierować się zasadą, że żadne zasadny go nie obowiązują. Wyrok TSUE brzmiał, że: „owszem może”. Na co rezydujący w Karlsruhe Trybunał Konstytucyjny odpowiedział właśnie – „ale nie w Niemczech, bo tu musi uzasadniać swe działania i wydatki”. Rzecz niezwykle ważna, bo EBC, żeby działać na wielką skalę, potrzebuje zasobów banków centralnych krajów strefy euro, czyli przede wszystkim Bundesbanku.

Oczywiście EBC jakoś znajdzie salomonowe wyjście z sytuacji i zacznie zrzut pieniądza z przysłowiowych już helikopterów, lecz lodowaty kubeł wody nie będzie zapomniany. Kraje południa dobrze bowiem zapoznały się z niemiecką oszczędnością i niechęcią do niekontrolowanego szastaniem pieniędzmi, gdy zaledwie kilka lat temu przeprowadzano kurację ekonomiczną Grecji.

Teraz rzecz wygląda podobnie, tylko zacznie gorzej. W fatalnym roku 2009, po ówczesnym krachu na rynkach finansowych, Hiszpania odnotowała spadek swego PKB o 3,7 proc., zaś Włoch o 5,5 proc. Wedle prognoz Komisji Europejskiej oba te kraje odnotują w tym roku spadek PKB w okolicach 9,5 proc.

Czyli zapowiada się – delikatnie mówiąc – mniej wesoło, niż wtedy, gdy strefa euro trzeszczała w szwach z powodu nieformalnego bankructwa małej Grecji. Z racji ogromnego zadłużenia Włoch i Hiszpanii obligacje rządowe, sprzedawane przez te kraje, nie będą śmieciowymi jedynie dlatego, że kupi je Europejski Bank Centralny. Jednak, jak miecz Damoklesa, wisieć będzie nad nimi wyrok Federalnego Trybunału Konstytucyjnego oraz niemiecka oszczędność. Gdyby bowiem EBC ograniczył skup, wówczas Włochom i Hiszpanii szybko zabraknie pieniądza na codzienne funkcjonowanie. Same zaś go nie wyemitują, bo nie posiadają własnej waluty. Za kilka miesięcy mogą natomiast znaleźć się przed wyborem: restrukturyzacji w greckim stylu pod okiem Berlina i jakiejś unijnej komisji lub odcięcia od kroplówki EBC. Wydawać by się mogło, iż wówczas zaistnieją dwa wyjścia: dramatyczna redukcja wydatków lub opuszczenie strefy euro. W tym drugim przypadku następuje urwanie z postronka, zarzuconego na szyje obu państw przez FTK, lecz radość może potrwać jedynie chwilkę, przed pójściem na samo dno. Historia uczy, że da się znaleźć trzecie, mniej oczywiste, za to łatwiejsze i bezpieczniejsze rozwiązanie. Mianowicie zaczyna się oszukiwać. Aby zrozumieć jak to działa w praktyce, warto przypomnieć sobie dzieje Łacińskiej Unii Monetarnej.

W XIX w. konkurowały ze sobą dwa systemy walutowe. Pierwszy wprowadzony w Wielkiej Brytanii opierał się na parytecie złota. Mówiąc w uproszczeniu Bank Anglii emitował banknoty ale nie więcej, niż posiadał w skarbcu rezerw złota, pokrywających ich wartość. Każdy posiadacz papierowego pieniądza miał prawo przyjść do banku centralnego i zażądać wymiany banknotów na kruszec. System był niemal doskonały. Pieniądz zachowywał stałą wartość oraz pozostawał odporny na inflację. Jedyną słabością była konieczność posiadania wielkich rezerw złota. Takowych nie miała Francja. Jednak Napoleon Bonaparte w 1803 r. wpadł na bardzo przebiegły pomysł. W wydanym przez siebie edykcie określił, iż kurs złota do srebra będzie zawsze zachowywał we Francji wartość: 1 do 15,5. Po czym Bank Francji zaczął wypuszczać do obiegu monety frankowe wybite z 4,5 gram czystego srebra. Teoretycznie zawsze można je było wymienić na franki wybite z 0,29 gram czystego złota. Jednak zakładano, iż jedynie ograniczona liczba osób tego zechce, ponieważ srebro nigdy nie straci całej wartości, jako bywa w przypadku papierowego pieniądza.

System nazwany bimetalicznym przetrwał upadek Bonapartego i funkcjonował całkiem dobrze, dopóki w połowie XIX w. nie odkryto olbrzymich złóż złota w Ameryce Północnej. Wzrost ilości żółtego kruszcu na rynku obniżył jego cenę względem srebra. Wkrótce na giełdzie w Londynie za uncję złota oferowano już tylko 14 uncji srebra. Za to w Paryżu nadal obowiązywał sztywny kurs 1 do 15,5. Spekulanci natychmiast to zauważyli. Wystarczyło jedynie regularnie krążyć między obu stolicami, sprzedając we Francji złoto posiadaczom srebrnych franków, by pomnażać zyski. Nim francuski rząd zdążył zareagować i wprowadził dokładną kontrolę na granicach, z kraju zniknęło na zawsze 90 ton srebrnych monet o wartości ok. 2 mld ówczesnych franków.

Podatność systemu bimetalicznego na spekulację sprawiała, że na całym świecie ludzie większym zaufaniem darzyli papierowe funty szterling od francuskich monet z czystego srebra. Świadomość, że kraj na niwie pieniądza sromotnie przegrywa z Wielką Brytanią bardzo bolała Napoleona III. Pomysł jak skutecznie odwrócić ten trend podsunął cesarzowi minister edukacji Louis Pierre de Parieu. Zaproponował on pokonanie praw wolnego rynku przy użyciu międzynarodowej polityki. Wprawdzie system parytetu złota wygrywał z bimetalicznym, jednak przecież Francja mogła stworzyć z innymi krajami w Europie jedną unię monetarną, eliminując z niej funty szterlingi oraz możność walutowych spekulacji. Przez pięć lata dyplomaci słani przez Napoleona namawiali rządy innych krajów do unii walutowo-celnej. Wreszcie 23 grudnia 1865 r. przedstawiciele: Belgii, Szwajcarii, Luksemburga, Włoch i Francji podpisali w Paryżu stosowne porozumienie. Tak narodziła się niezwykła hybryda, nosząca oficjalną nazwę Łacińskiej Unii Monetarnej. Jej członkowie oficjalnie zachowali narodowe waluty, lecz zobowiązali się, by w obiegu pozostały jedynie srebrne monety o identycznej wadze i zawartości kruszcu, co francuski frank. Oczywiście wprowadzono stały przelicznik na złoto 1 do 15,5. Ponadto nie wolno było wybijać nowych monet ponad ogólną sumę 6 franków na głowę jednego obywatela. Tak starano się zapewnić wspólnej walucie stabilność. To, wraz ze zniesieniem barier celnych, dawało nadzieję na ożywienie handlu. Korzyści gospodarcze sprawiły, że do francuskiego projektu przyłączyło się w sumie aż 15 krajów, w tym nawet Państwo Kościelne. Zachwycony swym sukcesem Napoleon III w czerwcu 1867 r., podczas międzynarodowej konferencji mocarstw w Paryżu, zaproponował przystąpienie do unii przywódcom Wielkiej Brytanii oraz Prus. Zarówno premier Edward Stanley, jak i kanclerz Otto von Bismarck zdecydowanie odmówili. Trzy lata później Bismarck poprowadził Niemców do zwycięskiej wojny z Francją i zjednoczenia pod szyldem II Rzeszy. Pomimo klęski kluczowego państwa, Łacińska Unia Monetarna przetrwała.

Od pruskiego militaryzmu bardziej niebezpieczny okazał się dla niej bilans zysków oraz to, że politycy niewiele się różnią od spekulantów. Gdy tylko jakiś kraj unii wpadał w finansowe tarapaty, natychmiast pojawiała się pokusa, żeby skorzystać z możliwości, jakie dawał niezmienny przelicznik kursu srebra do złoto. Pierwszy uległ jej już w 1870 r. sekretarz stanu w Państwie Kościelnym kardynał Giacomo Antonelli. Papież Pius IX bardzo potrzebował funduszy, by bronić swych włości przed roszczeniami Włochów. Antonelli nakazał więc watykańskiej mennicy bić potajemnie monety z mniejszą zawartością srebra. Wyprowadzono ich do obiegu sześć razy więcej, niż zezwalał unijny traktat. Kilka lat później za przykładem papieża poszedł rząd Włoch. Jaka katastrofa się kroi, Francuzi zorientowali się dopiero w roku 1883. Wówczas odkryto, iż w obiegu znajdują się włoskie monety o nominalnej wartości 3 mld srebrnych franków, które nie tylko nie posiadają pokrycia w rezerwach złota banków centralnych krajów unii, ale co gorsza wybito je ze srebra gorszej próby. Dla ratowania wiarygodności unii walutowej Bank Francji skupił owe liry za sumę 200 mln franków w złocie, wyzbywając się większości rezerw. Tak zażegnano kryzys. Jednak dwa lata później premier Eugene Brisson, bojąc się o wiarygodność franka, nakazał Bankowi Francji rozpoczęcie emisji papierowych banknotów bezpośrednio opartych na… parytecie złota.

W tym momencie Paryż skapitulował, kopiując system monetarny znienawidzonych Anglików. Mimo to Łacińska Unia nadal istniała, a jej członkowie uparcie próbowali posługiwać się wspólną, srebrną monetą, jednocześnie przechodząc na własne, papierowe banknoty. Wykorzystywać próbowała to jeszcze Grecja, bijąc na potęgę drachmy z mniejszą zawartością srebra. Za co wyrzucono ją z unii w 1908 r. Działo się to w momencie, gdy ogólnoeuropejski system bimetaliczny był już w praktyce martwy. Nawet wówczas rządy 14 krajów udawały, że nic się nie zmieniło. Oficjalnie rozwiązanie Łacińskiej Unii Monetarnej ogłoszono dopiero w roku 1927, gdy jej członkowie przypomnieli sobie, że ona nadal istnieje.

Oczywiście Europejska Unia Walutowa jest konstrukcją setki razy bardziej skomplikowaną od swej, łacińskiej poprzedniczki. Jednak trudno wierzyć, że może liczyć na niezachwianą uczciwość krajów członkowskich. Zwłaszcza, gdy ich rządy będą miały ekonomiczny nóż na gardle.