Pozew za smog, czyli sąd zamiast demokracji?
Artur Kiełbasiński 28.01.2019

Media od kilku dni opisują sukces aktorki, Grażyny Wolszczak, która wygrała proces ze Skarbem Państwa o smog. 5 tysięcy zasądzone na rzecz organizacji ekologicznej to niewiele, ale i tak napiszę wprost: ta sprawa i ten wyrok mogą być bardzo szkodliwe dla państwa i gospodarki.

 

Czy smog jest groźny? Zdecydowanie tak. Czy trzeba z nim walczyć? Oczywiście. Czy mają rację ludzie skarżący się na warunki życia w smogu? Jak najbardziej. Ale pozywanie za smog i cała akcja przyklejona do hasztagu #pozywamzasmog jest absurdalna z kilku przyczyn.

Pierwsza wątpliwość – kogo pozywać.

Za smog nie odpowiada nikt personalnie. Smog nie jest winą żadnego rządu. Ale w tym przypadku „politycznie było” pozwać właśnie rząd. Równie dobrze można pozywać gminy – to one odpowiadają za planowanie przestrzenne, za infrastrukturę, za programy wsparcia w zakresie wymiany uciążliwych pieców. No, ale wyszło, że pozywamy Skarb Państwa. Łatwo i politycznie wygodne. A przecież można pozywać i samorządy i ciepłowników (po co zyski, niech inwestują w sieć i likwidują piece), PGNiG (ale ten gaz drogi !), Gazprom (bo drogo sprzedaje czysty gaz i wspiera kopciuchy). Można skarżyć się na historię, na geopolitykę i klimat. No, ale najłatwiej wskazać jako winnego Skarb Państwa.

Po drugie – czy sąd zastąpi procedury demokratyczne.

O ile wybór adresata pozwu budzi mój lekki uśmieszek, to jednak wyrok budzi mój niepokój. Powiedzmy jasno – Polska jako państwo ma ogromne potrzeby w różnych dziedzinach. Smog jest niewątpliwie jednym z ważniejszych (choć dla piszącego te słowa w Trójmieście – dość odległym), ale to nie jedyny problem. Każdy z nas wymieni garść równie ważnych problemów – dostęp do służby zdrowia (w tym kolejki do specjalistów), koszty leków, jakość edukacji, horror na drogach, gdzie rok w rok giną tysiące osób. Brak nowych programów poprawiających sytuację niepełnosprawnych i ich opiekunów, roszczenia płacowe kolejnych grup zawodowych, niedoinwestowanie transportu. To wszystko są realne problemy gospodarcze i społeczne. Na rozwiązanie każdego z nich od razu nie ma środków. I w żadnym kraju, nawet najbogatszym, takich środków nie ma.

A kto jest w stanie ocenić – co jest ważniejsze: walka ze smogiem czy leczenie onkologiczne? A co jeśli równolegle do „pozywam za smog” ruszy akcja „pozywam za brak endokrynologów i długie terminy oczekiwania na wizytę”? Kto ma wycenić co jest ważniejsze i bardziej godne ochrony? Czy naprawdę możemy w sądzie licytować się czy bardziej szkodliwy jest smog czy brak dróg (albo ich zła jakość), na których tysiące ludzi giną, a wielokrotnie więcej zostaje trwale niepełnosprawnymi?
Czy naprawdę to sąd powszechny powinien decydować, zasądzając nawiązki, zadośćuczynienie czy inne świadczenie o polityce całego państwa?

Od kreowania polityki, rozdziału środków, wybierania priorytetów rozwojowych nie są sądy, tylko demokratycznie wybrani posłowie i władze samorządowe. Więc zamiast pozywać, trzeba się zorganizować, stworzyć lobby (w pozytywnym słowa znaczeniu) i przegłosować w Sejmie odpowiednie przepisy i walczyć ze smogiem. Problem w tym, że to znacznie trudniejsze, niż składany przy blasku fleszy pozew i szybki wyrok. Nie chcę, aby celebryci składając pozwy wyznaczali priorytety państwa i kierunki jego działań. Tu trzeba mniej emocji, a więcej wiedzy ekspertów. I demokratycznej debaty o priorytetach.

Po trzecie – wizja państwa.

Ale z warszawskiego wyroku wynika jeszcze jeden, niepokojący wniosek. To wiara pozywającej i sądu w nieograniczoną rolę sprawczą państwa.

W uzasadnieniu (na razie ustnym) padło zdanie: “Każdy ma prawo do korzystania z walorów nieskażonego środowiska”. To prawda, każdy ma prawo. Ale czy to znaczy, że państwo ma płacić, jeśli nasze życzeniowe myślenie nie sprawdza się w praktyce, nawet jeśli jest merytorycznie zasadne? Czy mamy jako społeczeństwo płacić za zjawiska, które są długofalowe i niełatwe do rozwiązania? Czy naprawdę państwo można obwiniać za wszystko co się dzieje na jego terytorium?

Dla każdego prawnika jest oczywiste, że związek przyczynowy czy „wina” inaczej są rozumiane w prawie karnym i cywilnym. W prawie cywilnym zakres odpowiedzialności jest szerszy (można odpowiadać bez własnej winy, np. za rzecz której jest się właścicielem). Ale rozciąganie na władze państwa odpowiedzialności za procesy i zjawiska trwające latami to absurd.

Doprowadzając rzecz do absurdu – można przecież pozywać za niemal każdy wypadek drogowy – bo czy infrastruktura nie mogła być lepsza? Mogła…

Dlatego dziwię się, że sąd wydał wyrok jaki wydał. I nie zmienia to faktu, że trzymam kciuki za walczących ze smogiem. Ale tych od pracy organicznej, od ważnych projektów, a nie pozywających za smog.