Prawica-lewica-gospodarka
Robert Gwiazdowski 06.08.2015

Odżyła dziś w Inernecie dyskusja filozoficzno-polityczna o podziałach na prawicę i lewicę. Więc tytułem wtrętu przypomnę, że podział ten  wywodzi się z tradycji Rewolucji Francuskiej, podczas której Zgromadzenie Narodowe, po przeniesieniu obrad do Paryża, odbywało posiedzenia w owalnej hali do jazdy konnej, gdzie rzędy krzeseł i ławek miały kształt maneżu. Na środku zasiadał przewodniczący, po jego prawej stronie gromadzili się radykalni patrioci, a po lewej arystokraci. Jednak nazwane one zostały odwrotnie, prawa strona – lewą, a lewa – prawą, gdyż początkowo miejsce przewodniczącego znajdowało się na przeciwległym, dłuższym boku maneżu. W ten sposób powstała tradycja, za którą kryje się dziś coś więcej, niż zwykłe rozmieszczenie w przestrzeni. Podział ten przypieczętowała o wiele głębsza symbolika. Lewica podchwyciła fakt, że „serca mamy po lewej stronie”, na co prawica odpowiedziała, że Bogini Temida dzierży miecz sprawiedliwości w prawej dłoni. Poza tym takie słowa jak „lewus”, czy „lewizna” mają znaczenie pejoratywne, podczas gdy „prawy”, czy „prawidłowy”, były zawsze kojarzone pozytywnie. I nie jest to bynajmniej specyfika języka polskiego. Amerykanie powiadają: „right is right and left is wrong”.

Choć więc rozróżnienie prawicy i lewicy ma swoją genezę w zupełnym przypadku, nie udało się wytyczyć innej, bardziej wyrazistej, linii podziału sceny politycznej. Przez dwa stulecia prawica wstydziła się jednak swojej prawicowości. Cechował ją więc brak spójnego programu. Zawsze miała przede wszystkim praktyczny charakter. „Obrona status quo – pisze Wiktor Osiatyński – w odróżnieniu od postulowania zmian na ogół nie wymaga zbyt szerokich uzasadnień: wystarczy powołanie się na tradycję lub na skuteczność obowiązujących rozwiązań”. Zdaniem Williama Buckley′a, „pozytywny” program jest konserwatystom w ogóle niepotrzebny. Konserwatyście powinna wystarczyć obserwacja niepowodzeń liberałów, aby mógł konstatować: „A nie mówiłem!”. Jedyną radą jakiej konserwatysta może udzielić na przyszłość jest przestroga: „Nie rób tego znowu!”. Buckley krytykuje więc Russella Kirka za sam pomysł zatytułowania książki Program dla konserwatystów. O żadnym programie nie powinno bowiem być mowy. Ta wrogość konserwatystów do teoretycznych refleksji wynika z panującego stereotypu ideologa – rewolucjonisty, zawodowego „naprawiacza” świata, który nie chce zostawię człowieka i społeczeństwa takimi, jakimi z natury swojej są, lecz wymyśla utopijne projekty nowych rozwiązań.

Biegunowo odmienne podejście zaprezentował Clinton Rossiter. Jego zdaniem, nowoczesny konserwatyzm ma być świadom samego siebie i swojego programu. Konserwatyści muszą rozumieć czym jest konserwatyzm i dlaczego powinien istnieć. Muszą myśleć i działać jak konserwatyści i nazywać się konserwatystami. Podobny pogląd wyraził Irving Kristol. W jego opinii nieefektywność tradycyjnej prawicy wynikała właśnie z niechęci do posługiwania się argumentami ideologicznymi. Tymczasem „Rewolucja Francuska zapoczątkowała erę ideologiczną w polityce i w praktyce nieideologiczna polityka jest polityką bezbronną”. Gerd Klaus Kaltenbrunner zauważył zaś, że „dzisiejszy i jutrzejszy konserwatysta potrzebuje uzasadnionej teorii, a więc właśnie tego, co dotychczas uważał często i nie bez dumy za niepotrzebne”.

Pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku prawica przemówiła więc „ludzkim głosem”, bardzo wyraźnie artykułując własny system wartości. Z faktu tego skorzystały również całe zastępy polskich polityków odwołujących się do idei prawicowości, choć ich poglądy, rozłożone na czynniki pierwsze, z tradycyjną prawicą nie mają nic wspólnego.

W polskiej rzeczywistości ten podział miał swój dodatkowy sens. Choć ani rząd Mazowieckiego, ani Bieleckiego, ani Suchockiej nie pretendował do miana „prawicowego”, postkomuniści zjednoczyli się pod sztandarem lewicy. Po ich wyborczym sukcesie w roku 1993 przeciwwaga tworzona przez przeciwników politycznych spod znaku obozu posierpniowego musiała sięgnąć do jakiejś symboliki. I sięgnęła. „Lewicy” przeciwstawiono „prawicę”. W programach politycznych mnożących się przez całe lata dziewięćdziesiąte tak zwanych „partii prawicowych” można oczywiście odnaleźć różne hasła filozoficzne i polityczne typowe dla tradycyjnej prawicy. Dominowała w nich jednak całkiem lewicowa retoryka gospodarcza.

Doszło do takiego absurdu, że „konserwatystami” nazywani byli przez media organizatorzy puczu moskiewskiego Janajewa, czy niektórzy działacze Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W pewnym stopniu wynikało to z ignorancji komentatorów, ale czasami było świadomą manipulacją intelektualną. Nie dotyczy to zresztą tylko naszego, polskiego, podwórka. Wielu badaczy amerykańskiej myśli politycznej przyjmuje, że konserwatystami są nie tylko, nawiązujący do wzorów europejskich Edmunda Burke’a tradycjonaliści, tacy jak Russell Kirk, ale także indywidualiści pokroju Miltona Friedmana. Klasyfikacja ta opiera się jednak nie na merytorycznej analizie poglądów poszczególnych autorów, lecz na założeniu, iż konserwatyzmem jest każda obrona dawnego modelu funkcjonowania społeczeństwa. W ten sposób konserwatyzm definiowany jest nie w znaczeniu doktrynalnym, lecz sytuacyjnym. Gdyby jednak przyjąć klasyfikację sytuacyjną, to można byłoby dyskutować o ewentualnym konserwatyzmie komunistów broniących swojej pozycji w Europie Środkowowschodniej przed rokiem 1990. Natomiast w przypadku Stanów Zjednoczonych podejście takie mogło być uzasadnione co najwyżej u progu dwudziestego wieku, kiedy zwolennicy klasycznego wolnego rynku starali się stawić czoła państwowemu interwencjonizmowi. Zważywszy jednak, iż współcześnie występuje na świecie, także w Ameryce, raczej etatyzacja życia gospodarczego, a nie leseferyzm, liberalne postulaty wolnorynkowe przyczyniają się do zmian istniejącego układu, a nie do jego konserwacji. Jest to więc sytuacja podobna do tej, w jakiej znajdowali się liberałowie na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku, kiedy atakowali dominujący wówczas merkantylizm.

Niestety, w toczących się dyskusjach pewne pojęcia używane są nie tylko w sensie opisowym, ale także, a może przede wszystkim, propagandowym. Gdy poważni komentatorzy polityczni wspominali o „konserwatywnym puczu Janajewa”, to uważny słuchacz mógł odnieść wrażenie, że ma do czynienia z typowo orwellowską nowo-mową, w której nawet najbardziej „postępowe” założenia socjalizmu nazywane są „konserwatywnymi”. Co jeszcze gorsze, pewne idee, nawet gdy w zamyśle osób posługujących się nimi nie mają służyć propagandzie, są opisywane w rozumieniu potocznym, a nie naukowym, co rodzi niepotrzebny zamęt. W tej sytuacji nie dziwi wezwanie Rogera Scrutona do „stworzenia języka, w którym słowo „konserwatywny” przestanie być obelgą”.

Aby więc z sensem mówić o prawicy i lewicy trzeba określić pewne problemy i zdefiniować terminy ogólne.

W pewnym uproszczeniu można mówić o kilku skalach porządkujących podziały na prawicę i lewicę. Te skale to ogólnie rozumiana filozofia, polityka i ekonomia.

Z filozoficznego punktu widzenia jednym z najistotniejszych wyróżników prawicy i lewicy jest stosunek do procesu ludzkiego poznania. Prawica generalnie podziela romantyczne przekonanie, że „czucie i wiara bardziej mówią do mnie niźli mędrca szkiełko i oko”. Lewica jest skłonna ufać w potęgę rozumu, a konserwatywne przekonania uznaje za zabobony. Pod tym względem konserwatyści różnią się jednak nie tylko od socjalistów, ale także od większości liberałów opierających swoją wiarę w wolny rynek na przekonaniu o racjonalności jednostek. Drugim kryterium rozróżnienia jest stosunek do natury ludzkiej. Prawica jest przekonana, że ludzie z natury są źli, dlatego pokłada nadzieję na ich poskromienie w organach państwa i surowym prawie. Zdaniem lewicy natomiast, człowieka, z natury dobrego, psują zewnętrzne warunki otoczenia, dlatego największe nadzieje lewica pokłada w działaniach na rzecz zmiany warunków życia i wyeliminowania powodów złych zachowań ludzi, za które uznaje: biedę, nierówność i alienację. Trzecim punktem orientacyjnym jest stosunek do religii i Opatrzności, której rolę prawica zwykła podkreślać, a lewica negować. „Moc Wszechpanującego, pisał Edmund Burke – ojciec nowożytnego konserwatyzmu – kieruje naszymi czynami, a później staje się podstawą nabytej religii i uświadamia nas o znaczeniu i wartości rodzaju ludzkiego. Świadomość ta nie tylko jak zdolny budowniczy wzniosła potężny gmach państwowy, lecz także jak przezorny właściciel zabezpieczyła budowlę przed zniszczeniem i profanacją”. Zdaniem prawicy, człowiek wierzący zawsze postępuje rozsądniej od niewierzącego. Opanowuje swoje namiętności, nie ulega emocjom, oddaje sprawiedliwość bliźnim, w stosunku do których cechuje go raczej troska niż nienawiść. Życiu społecznemu niezbędne jest oparcie zapatrywań na dobro i zło na trwałych zasadach, a właśnie religia zapatrywania te utrwala najlepiej. Lewica zaś – za Karolem Marksem –  zwykła traktować religię jak „opium dla ludu”.

Ważnym wyróżnikiem myślenia prawicowego i lewicowego jest także stosunek do tradycji i zachodzących zmian. „Jedni dopatrują się w tradycji bielma na oczach ludzkości – pisze Jerzy Szacki – inni mają ją za oczy same”. Ci drudzy to oczywiście ludzie prawicy. W przekonaniu, że rozum nie jest najpewniejszym środkiem poznania rzeczywistości, szukają oni najważniejszych zasad życia społecznego nie w metafizycznych spekulacjach teoretycznych, lecz w tym systemie wartości, który został nam przekazany przez tradycję. Szacunek dla owej tradycji jest – ich zdaniem – nie tylko teoretycznym wskazaniem, ale całkiem naturalną skłonnością umysłu ludzkiego. Zawsze chętnie oddajemy pierwszeństwo temu, do czego się przyzwyczailiśmy, gdyż przyzwyczajenie jest naszą drugą naturą. Dla społeczeństwa tradycja jest tym, czym przyzwyczajenie dla jednostki. Z szacunkiem dla tradycji nierozerwalnie łączy się niechęć do zmian. „Uznanie jakie mamy dla rzeczy znajomych bezustannie współdziała z nieufnością do tajemnic i wskutek tego nie dość jasno odróżnia się uczucie pierwszego od drugiego” – pisał Lord Cecil. Tę trudność w odróżnieniu potęguje fakt, że oba uczucia są równie naturalne. W większości z nas niedowierzanie nowinkom tkwi równie głęboko jak przywiązanie do form już zaakceptowanych. Rozwiązania znane, nawet jeśli funkcjonują z trudnością, są lepsze od jeszcze nie wypróbowanych. Ciężar dowodu, że innowacja będzie korzystna spoczywa zaś na tym, kto ją proponuje. Niechęci do zmian nie można jednak posunąć do granic absurdu. Każdy postęp wymaga bowiem przekroczenia granic doświadczenia. Społeczeństwo musi się zmieniać, bo ostrożna zmiana jest sposobem zachowania społeczeństwa, ale wprowadzając zmiany należy brać pod uwagę ludzką osobowość, a nie przekształcać ją by dostosować do zmienionej sytuacji.

W polskich warunkach szczególnego znaczenia nabiera w sporze o tradycję i zmiany stosunek do PRL i minionych lat transformacji. Inaczej niż tradycyjna prawica, polskie partie odwołujące się do idei prawicowych nie mają zamiaru afirmować przeszłości. Domagają się radykalnych zmian. Bardziej „konserwatywni” są w tym względzie postkomuniści i partie centrowe. W tym przypadku nie świadczy to jednak o pomieszaniu pojęć. Jak zauważył Jerzy Szacki między utopijną negacją przeszłości jako takiej, a tradycjonalistyczną afirmacją tejże, można wyodrębnić trzeci typ idealny: afirmację przeszłości określonej, wybranej spośród wielu możliwych. Pytaniu, do jakiego dziedzictwa nawiązujemy, towarzyszy zwykle pytanie, jakiego dziedzictwa się wyrzekamy.

W tych podstawowych kwestiach filozoficznych i politycznych podział na partie odwołujące się do retoryki „prawicowej” i „lewicowej” zdaje się pokrywać z teorią. W innych kwestiach jest już znacznie gorzej. Dotyczy to zwłaszcza gospodarki. Nie ma ekonomii lewicowej i prawicowej. Jest ekonomia dobra lub zła. Można w tym względzie odwołać się do mądrości biblijnej, co wcale nie znaczy, że prawicowej, i stwierdzić: „po owocach ich poznacie”. Dobra ekonomia prowadzi do wzrostu gospodarczego i bogacenia się obywateli. Zła w najlepszym razie powoduje stagnację, a w najgorszym wiedzie ku katastrofie.

W kwestiach ekonomicznych różnice pomiędzy prawicą i lewicą sprowadzają się do kilku podstawowych punktów:

– wyboru paradygmatu ekonomicznego;

– stosunku do wolności gospodarczej;

– stosunku do własności prywatnej i państwowej;

– stopnia akceptacji interwencjonizmu państwowego;

– zakresu redystrybucji dochodu narodowego poprzez progresywne opodatkowanie dochodów osobistych.

Spór zaczyna się od wyboru paradygmatu myślowego. Słowo „paradygmat” jest jednym z najważniejszych słów w filozofii politycznej i ekonomicznej. Oznacza powszechnie przyjęty sposób postrzegania rzeczywistości w danej dziedzinie naukowej. We współczesnej makroekonomii dominuje paradygmat oparty na przekonaniu, że gospodarka jest pewnego rodzaju mechanizmem. Zdaniem Krzysztofa Dzierżawskiego taki mechanistyczny model gospodarki ma dwie poważne zalety: po pierwsze – w prosty sposób wyjaśnia skomplikowaną rzeczywistość ekonomiczną; po drugie – pozwala politykom i ekonomistom wierzyć, że gospodarką da się stosunkowo łatwo sterować, o ile posiadło się odpowiednią wiedzę teoretyczną o podstawach funkcjonowania tego mechanizmu. Wystarczy wskazać lokomotywę, a następnie dostarczyć jej paliwa. Najlepszym zaś paliwem są pieniądze. Dlatego publiczna debata na tematy gospodarcze obraca się ciągle wokół wielkości monetarnych. Ale obok tych dwóch niewątpliwych zalet, model mechanicystyczny ma jedną zasadniczą wadę: jest z gruntu fałszywy. W istocie gospodarka jest fenomenem społecznym, a nie fizycznym. Jest organizmem, a nie mechanizmem. Ma strukturę bardziej przypominającą mrowisko niż pociąg. W gospodarce, tak jak w mrowisku, zdawałoby się chaotyczne, a na pewno żywiołowe i spontaniczne zachowania poszczególnych jednostek składają się na ten fantastyczny twór, z jakim mamy do czynienia.

Drugim istotnym elementem ekonomicznego paradygmatu jest przekonanie o tym, skąd się bierze wzrost gospodarczy. Jedna teoria zakłada, że dostawca dóbr, to znaczy producent, jest centralną postacią w systemie gospodarczym. Druga natomiast uznaje, że kluczowym aktorem sceny gospodarczej jest ten, który tych dóbr potrzebuje, to znaczy konsument. W szkołach na całym świecie dominuje ta druga, czyli makroekonomiczna teoria popytu. John Keynes wmówił kiedyś politykom, że wszystko można wyprodukować, pod warunkiem, że ktoś to kupi. Najbardziej istotnym elementem jego myśli było wskazanie celowości znacznego poszerzenia zakresu oddziaływania państwa na gospodarkę i jej kontrolowania przez administrację publiczną oraz odrzucenie prawa Saya i oparcie teorii ekonomii na idei aktywnego sterowania efektywnym popytem. Say głosił, że produkcja jest przyczyną konsumpcji, a nie na odwrót, w tym sensie, że najpierw muszę coś wyprodukować bym mógł stać się konsumentem innych towarów o wartości równej tych wyprodukowanych przeze mnie. Jeśli jestem producentem zboża, to wartość wyprodukowanego przeze mnie zboża określa mają „wartość” jako konsumenta usług transportowych, ubrań, czy rozrywki. Dla uzyskania odpowiedniego efektu, Keynes prawo Saya najpierw musiał nieco zniekształcić, żeby móc je łatwiej „odrzucić”. Zniekształcenie polegało na tym, że Keynes całkowicie abstrahował od istoty pieniądza. Teoria Keynesa o możliwości wywoływania wzrostu gospodarczego poprzez wpompowywanie w gospodarkę pieniądza, którego ilość przekracza wzrost siły nabywczej ludzi, jest całkowicie błędna, gdyż ceny towarów i usług wzrosną proporcjonalnie do wzrostu podaży pieniądza, co skutecznie zneutralizuje efekt zwiększenia ilości pieniędzy w obiegu. Jednak na lata zdominowała ona światową ekonomię, mając duży „popyt” ze strony polityków marzących o zwiększeniu zakresu własnej władzy oraz makro-ekonomistów, którzy, podobnie jak Keynes, szybko zrozumieli, że za jej sprawą będą mogli się łatwiej dostać na salony władzy. Ich biegłość w manipulowaniu globalnym popytem była bowiem tak samo potrzebna, jak afrykańskim wodzom potrzebni byli czarownicy – zaklinacze deszczu. To całkiem naturalne, że państwo preferuje ekonomię popytu, ponieważ daje ona rządom polityczne podstawy do wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców. Jako że decydenci w rządach dbają najbardziej o zarządzanie narodowymi i międzynarodowymi gospodarkami, rządy są głównym pracodawcą dla popytowo nastawionych makro-ekonomistów. Zwolennicy popytowej makroekonomii prześcigają się więc w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie.

Klasycznej prawicy zdecydowanie bliższy jest podażowy model myślenia ekonomicznego. Lewica gustuje natomiast w rozwiązaniach propopytowych, gdyż te wymagają większego zaangażowania państwa w działalność gospodarczą. W Polsce zdecydowana większość polityków pozostaje zauroczona teoriami głoszonymi przez ekonomistów wywodzących się ze szkoły Karola Marksa, albo, w najlepszym przypadku, Johna Keynesa. I daleko im do szkoły podażowej. Pod względem wyboru paradygmatu ekonomicznego przez polityków trudno więc mówić o jakimś podziale na prawicę i lewicę.

Niezależnie od paradygmatu, który rządzi umysłami polskich polityków w sprawach gospodarczych istotny wydaje się ich stosunek do idei wolności gospodarczej. Jak wyobrażają sobie tę wolność największe polskie łatwo się przekonać czytając „sztandarowy” dokument czyli ustawę o swobodzie gospodarczej przyjętą przez Sejm głosami wszystkich największych klubów obecnych wówczas w parlamencie (SLD PiS i PO). Swoboda jest taka, że pewien znany przedsiębiorca na uzyskanie pozwolenia na budowę tymczasowej szopy dla owiec potrzebował pół roku, a opinię w jego sprawie musiało wyrazić chyba 12 różnych instytucji z miejscowym wojewodą włącznie. I jakoś nie słychać wśród partii mieniących się mianem prawicowych zapowiedzi rychłych zmian tego stanu rzeczy. Z punktu widzenia ochrony wolności gospodarczej za najbardziej „prawicowy” trzeba byłoby uznać rząd Mieczysława Rakowskiego – a to za sprawą uchwalonej w grudniu 1988 roku ustawy działalności gospodarczej, która dawała przedsiębiorcom największe swobody działania. Oczywiście przeciwnicy polityczni okrzyknęli, że te swobody przyznano uwłaszczającej się nomenklaturze i … wylali dziecko z kąpielą wprowadzając z roku na rok coraz dalej idące ograniczenia przedsiębiorców.

Klasyczna prawica za święte i naturalne uważa prawo własności i podkreśla jej znaczenie ekonomiczne i polityczne. Tymczasem polskie partie rzekomo prawicowe nie wynoszą na swoje sztandary haseł reprywatyzacji czy dokończenia prywatyzacji. W okresie gdy w Warszawie rządził „prawicowy” Lech Kaczyński starano się rugować z nieruchomości byłych właścicieli, wywłaszczonych w okresie komunistycznym, którzy mieszkali w swoich starych domach, żeby broń Boże nie uzyskali podstaw do zasiedzenia czegoś, co zostało im ukradzione. Jakiekolwiek pomysły uwłaszczenia lokatorów i najemców spotykają się z zarzutem… „niekonstytucyjności”. Zdaniem biurokratów, zarówno „lewicowych” jak i „prawicowych” nie można gminom odebrać majątku, który otrzymały w roku 1991 i przekazać go obywatelom, gdyż byłoby to sprzeczne z Konstytucją.

Z partii zasiadających w parlamencie najbardziej prawicowa pod względem gospodarczym wydaje się być Platforma Obywatelska. „Wydaje się”, gdyż przywiązanie do obowiązku „oszczędzania” obywateli w Otwartych Funduszach Emerytalnych, które w dzisiejszej rzeczywistości gospodarczej są głównym animatorem „popytu”, rodzi poważne znaki zapytania, co do rzeczywistego paradygmatu myślowego leżącego u podstaw budowy programu gospodarczego tej partii. Jest to prawicowość „relatywna” – na tle innych ugrupowań politycznych. Ale Roman Giertych, w jednym z wywiadów stwierdził, że bliski jest mu program gospodarczy Margaret Thatcher. Trudno rozstrzygnąć, czy liderowi LPR tak się tylko „wymsknęło” i nie do końca wiedział, co mówi, czy też musiał porzucić prorynkową retorykę z uwagi na swój elektorat, dając jednak do zrozumienia co bardziej inteligentnym obserwatorom, że „thatcheryzm to jest to”. Gdyby tak było i LPR miałby rzeczywiście ochotę na implementację rozwiązań brytyjskich w Polsce, o czym świadczyć może sojusz przedwyborczy z UPR, to Platforma Obywatelska musiałaby ze swoim programem zostać natychmiast przesunięta na lewo.

Z kolei PiS ze swoim sprzeciwem wobec prywatyzacji, niechętny reprywatyzacji, protestujący przeciwko podatkowi liniowemu, głosujący w poprzedniej kadencji za zwiększeniem obciążeń podatkowych i za podwyższeniem składek ubezpieczeniowych, skłonny główną rolę w sterowaniu procesami gospodarczymi przyznać już nawet nie urzędnikom, ale wręcz prokuratorom, jest zdecydowanie bliższy SLD, SDPL i Samoobronie (stąd pewnie koalicja z tą ostatnią) niż jakiejkolwiek prawicy.

W zasadzie wszystkie z partii parlamentarnych są za interwencjonizmem, tylko inaczej widzą jego zakres. Nie różnią się więc co do zasady – uznają interwencjonizm za naturalny i pożądany – tylko co do zakresu jego stosowania. Platforma widzi taką potrzebę w dużo mniejszym stopniu niż pozostałe partie mieniące się prawicowymi – PiS i LPR. Nie oznacza to jednak wcale, że sama uznaje interwencjonizm za szkodliwy. Wręcz przeciwnie. W ograniczonym zakresie dostrzega jego „zalety”. Na razie nie sprecyzowała jednak wyraźnie owego „zakresu” dopuszczalnej lub wręcz pożądanej interwencji państwa. A wypowiedzi niektórych polityków PO w sprawie prywatyzacji Grupy LOTOS, czy PGNiG budzą podejrzliwość, co do ich prawdziwych intencji.

W kwestiach podatkowych z partii parlamentarnych najbliższa prawicowości jest obecnie PO.  Aczkolwiek liniowy podatek dla przedsiębiorców wprowadziło SLD. Ale tak naprawdę zrobił to Miller, a jego już nie ma w SLD. Program PiS, a jeszcze bardziej głosowanie posłów tej partii w parlamencie poprzedniej kadencji, na przykład w sprawach wprowadzenia nowego progu podatkowego, z prawicowością mają tyle wspólnego, co teoria Włodzimierza Ilicza Uljanowa, pseudonim „Lenin”, z liberalizmem. Ale nawet PO brakuje śmiałości i nie jest ona w stanie wyrwać się z okowów myślenia typowego dla lewicowych programów interwencjonistycznych, czego dowodem jest uparte tkwienie, przy idei podatku dochodowego. To przecież nie tylko sama stawka podatku (15% czy, jak obecnie 19%) jest najistotniejsza. Jeszcze ważniejsze są koszty uzyskania przychodu, czy istnienie kwoty wolnej od opodatkowania. To one powodują konieczność indywidualizacji zobowiązania podatkowego – ergo utrzymywania kontroli państwa nad podatnikiem na granicy inwigilacji, która godzi w prawicową ideę wolności obywatelskiej.

Patrząc wstecz na poczynania kolejnych rządów można zaryzykować twierdzenie, że zasadniczych różnic między nimi w kwestiach gospodarczych nie było. Dało to nawet asumpt Jerzemu Surdykowskiemu i Janowi Winieckiemu (nie wiem do kogo należy palma pierwszeństwa) do rozróżnienia lewicy pobożnej (AWS) i lewicy bezbożnej (SLD). Bez względu na stosunek kolejnych rządów do Pana Boga i komunizmu polska ekonomia nie może wyrwać się z zaklętego kręgu politycznego uzależnienia. Dlaczego? Właśnie dlatego, że programy gospodarcze poszczególnych partii oparte są na tym samym paradygmacie myślowym – wywodzącej się od Keynesa mechanicystycznej makroekonomii popytowej. Wszyscy bez wyjątku politycy zdają się wierzyć, że gospodarka jest jak pociąg. I wmawiają pasażerom, że wystarczy zmienić maszynistę, aby zaczął on jechać szybciej, bo inni maszyniści celowo bieg pociągu spowolniają, nie dodają lokomotywie odpowiedniej ilości paliwa – albo z głupoty, albo dlatego, że „są wynajęci” przez jakieś „siły zła” – maszynistów innych pociągów, którzy chcą, żeby nasza lokomotywa, nie wiedzieć czemu jechała woniej. Po kolejnych wyborach okazuje się natychmiast, że pociąg nie jest wcale taki dobry i żeby go rozpędzić najpierw trzeba go wyremontować, co zawsze zajmuje troszkę czasu. No i poprzednicy paliwo gdzieś schowali i go nie można znaleźć…