Precedensowe czasy
Andrzej Krajewski 27.01.2020

Skoro wszystko wskazuje już na to, że po wojnie PiS-u z sędziami (zwanej przez obóz władzy nie wiedzieć czemu reformą) zostaną jedynie ruiny, najwyższa pora zacząć snuć plany, jak je posprzątać. A następnie, czy nie dałoby się na nich zbudować czegoś bardziej sensownego niż obecny system wymierzania niesprawiedliwości.

 

W zeszłym tygodniu Sąd Najwyższy uchwalił, że składy sędziowskie, w których zasiadają sędziowie awansowani przez nową KRS, zostały wadliwie obsadzone. Co daje podstawy, by podważać legalność wydanych przez nie wyroków. Powinny więc powstrzymywać się od orzekania. Po tym ruchu SN zapanowała konsternacja, bo nie tylko dziennikarze, czy komentatorzy, lecz nawet doświadczeni prawnicy nie bardzo potrafili określić, co w praktyce oznacza uchwała Sądu Najwyższego. Musiało minąć parę dni, by cała rzecz zaczęła się klarować. Otóż wszystko zależy od tego, co wybiorą sędziowie. Jeśli zaczną masowo stosować się do wytycznych SN (do czego mają prawo) Zbigniew Ziobro dozna kolejnych ataków paniki, a nieco starsi wiekiem obywatele, jeśli muszą czegoś dochodzić w sądzie, raczej nie dożyją do prawomocnego wyroku. Natomiast, jeśli sędziowie w większości zignorują to, co uchwalił Sąd Najwyższy (do czego mają prawo), wówczas będzie jak jest, tylko zabawniej. Ponieważ standardem stanie się prześwietlanie składów orzekający, bo zanegowanie ich prawidłowości będzie najprostszym sposobem na podważenie wyroku. Zaś sądy apelacyjne, a następnie Sąd Najwyższy skupią na nieustannym orzekaniu, czy dany skład sędziowski był właściwy.

Tak oto ministrowi sprawiedliwości do spółki z Sądem Najwyższym udało się sprokurować precedens na światową skalę. Od poniedziałku trwa w sądach III RP referendum. Sędziowie, w zależności od tego, jakie czynności podejmują – albo wspierają rząd albo SN i opozycję. Przy czym muszą się liczyć, że cokolwiek nie zrobią i tak oberwą – albo od ministra Ziobry, jego przedstawicieli i wspierających go mediów albo od środowisk prawniczych, opozycji i wspierających ją mediów. Obie strony muszą bowiem teraz konsekwentnie zastraszać sędziów, żeby przechylić szalę referendum na swoją stronę. Niezależnie, kto wygra mamy burdel, który powoli zajmuje się ogniem.

Ten efektowny pożar (jeśli państwo polskie go przetrwa) ma jedną zaletę. Kiedy się wypali nic nie będzie takie jak dawniej. Środowiska prawnicze i opozycja łudzą się, iż możliwy jest powrót do czasów sprzed 2015 r. Podobnie łudziły się stare elity francuskie, gdy Bonaparte trafił na wyspę św. Heleny, wierząc, iż nastąpi łatwa restauracja dawnych porządków. Tymczasem okazało się, że poglądy i sposób myślenia obywateli uległ tak daleko idącym zamianom, że przywracanie tego co było, przyniosło jedynie nową rewolucję. Obecna wystarczająco paraliżuje wymiar sprawiedliwości w III RP, by mieć ochotę na kolejną. Skoro więc tej klęski nie da się już uniknąć, pozostaje szukanie nadziei na przyszłość.

Przed rozpoczęciem przez Zbigniewa Ziobrę wojny z sędziami polskie sądy cechowały dwa grzechy główne: opieszałość i niesprawiedliwość. Na wyrok czekało się latami, a potem zdecydowanie zbyt często jego treść wołała o pomstę do nieba. W III RP uparcie kontynuowano bowiem staropolską tradycję, mówiącą że: „prawo jest jak pajęczyna, bąk się przebije, a na muchę wina”. Myśl, że sędziowie i sądy są po to, żeby służyć społeczeństwu a nie sobie, brzmiała jak herezja. Jeszcze ostrzej potępiano wszelkie słowa krytyki. Tymczasem cały polski system prawny jest przestarzałym tworem z naturalną skłonnością do degenerowania się.

Oczywiście można podkreślać, że swe korzenie wywodzi z Cesarstwa Rzymskiego, a w swym kształci i myśli niemal odwzorowuje model niemiecki. W takim ustroju prawnym niezawiśli sędziwie interpretują przepisy i wydają wyroki. Jeśli robią to niewłaściwie wówczas wyrok koryguje wyższa instancja. Natomiast państwo, a konkretnie władza ustawodawcza, dba o stanowienie właściwego prawa. Niestety na polski podwórku spójny model niemiecki od 1989 r. przybiera coraz bardziej karykaturalne formy. Spójrzmy choćby na najmodniejsze obecnie procesy posiadaczy kredytów we frankach szwajcarskich. Nawet głośne orzeczenie TSUE w sprawie kredytu państwa Dziubaków, dające możność unieważnienie całej umowy zawartej niegdyś z Raiffeisen Bank, nie zmieniło wiele. Procesy frankowiczów z bankami są nadal loterią. Sąd bowiem orzeka tylko w konkretnej sprawie. Może więc kierować się orzeczeniem TSUE dotyczącym Dziubaków albo uznać, że nie ma do tego podstaw i po porostu zignorować Trybunał Sprawiedliwości UE.

W efekcie możliwe są najbardziej absurdalne paradoksy. Wyobraźmy sobie, że w jednym sądzie rejonowy rozpatrywane są dwie sprawy. Zbiegiem okoliczności zarówno Kowalscy, jak i Nowakowie wzięli kredyt hipotecznym w tym samym banku, w tym samym czasie i podpisali identyczne umowy. Przypadkiem sąd wydaje oba wyroki tego samego dnia. Przy czym sędzia „X” uznaje roszczenia Kowalskich i unieważnia umowę, salę obok sędzia „Y” odprawia Nowaków z kwitkiem i przyznaje rację bankowi. Oba wyroki uznane są za sprawiedliwe. Ten paradoks mogą próbować wyprostować sędziowie w sądzie apelacyjnym. Jeśli im się zechce, ale może nie zechcieć. Potem zostaje jeszcze Sąd Najwyższy, który również może mieć taką fantazję, że uprawomocni oba kompletnie sprzeczne wyroki. Marzący o sprawiedliwości obywatele bardzo więc potrzebują opieki władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ta zaś jest zmuszona do nieustannego produkowania nowych regulacji prawnych, jak najbardziej szczegółowych, by zostawić sądom minimalne pole do interpretacji. Przepisy muszą się zazębiać dokładnie z innym, inaczej rodzi się chaos. W III RP parlamentowi oraz rządowi najlepiej wychodzi szybka produkcja chaosu. Tymczasem tempo zachodzących w świecie zmian wymusza, by prawo stale za nimi nadążało. Z rozlicznych więc powodów warto przyjrzeć się choćby tylko jednej z zalet systemu „common-law”, zwanego również systemem anglosaskim lub precedensowym.

Stany Zjednoczone nie posiadają jednolitego porządku prawnego. Każdy stan ma swoją konstytucję, kodeks oraz wszystkie szczeble sądownictwa z ostatnią instancją w postaci stanowego Sądu Najwyższego. Ten chaos ujednolica reguła, iż podczas wydawania wyroków sędziowie wielkie znaczenie przywiązują do wcześniejszego orzecznictwa. Gdy powstaje jakiś precedens, starają się go nie podważać, co automatycznie wpływa na obowiązujący stan prawny. Dzięki temu ani Kongres w Waszyngtonie ani kongresy stanowe nie muszą każdego objawu życia zbiorowego ujmować ustawowo. System w dużej mierze ewoluuje sam, podążając za zmianami: technologicznymi, kulturowymi, czy obyczajowymi. Jedyne czego potrzebuje, to czynnika inicjującego precedensy, czyli jakiegoś pieniacza gotowego na procesowanie się do upadłego.

Na efekty końcowe „common-law” natykamy się każdego dnia. Choćby ostrzeżenia przed poparzeniem się, umieszczane na kubkach. Rzecz dziś standardowa w sieciach Fast-foodów. Pojawiło się ono nie na mocy przepisów, lecz za sprawą Stelli Liebeck. Pod koniec lutego 1992 r., dobiegającą osiemdziesiątki panią Liebeck, zabrał na przejażdżkę samochodem po Albuquerque je wnuk. Podczas wycieczki kupili kawę w McDrive’rze. Chwilę potem, gdy Stella Liebeck usiłował posłodzić napój, wylała go na siebie „dotkliwie parząc całe podbrzusze i łono” – jak zapisano w aktach sprawy. Z tego powodu spędziła aż osiem tygodni w szpitalu. Gdy wydobrzała, zwróciła się do korporacji McDonald’s o wypłatę „skromnych” 20 tys. dolarów zadośćuczynienia. Jednak prawnicy koncernu doradzili zarządowi zignorowanie roszczeń starszej pani. Tak prowokując ją do złożenia pozwu. Półtora roku później ławnicy sądu w Albuquerque uznali gorącą kawę za „niebezpieczną substancję, podaną bez należytego zabezpieczenia oraz stosownego ostrzeżenia”. Sędzia przyznał więc pani Liebeck odszkodowanie w wysokości dwutygodniowych przychodów firmy McDonald’s, uzyskiwanych ze sprzedaży kawy. Jak szybko podliczono wyniosło ono 2,7 mln dolarów. Sąd drugiej instancji zmniejszył potem kwotę do 480 tys. dolarów. Na pierwszy rzut oka absurd, jednak bojąc się precedensowego wyroku i kolejnych pozwów wszystkie wielkie sieci Fast-foodów zaczęły błyskawicznie wdrażać procedury, chroniące klientów przed gorącymi napojami.

Przykładów, jak dzięki precedensom, orzeczonym przez amerykańskie sądy, prawo chroni zdrowie i życie zwykłych ludzi, można odnaleźć całe mrowie. Dziś standardem jest, że producent musi dbać, żeby produkt nie uczynił szkody nabywcy. Fakt, że dane urządzenie może okaleczyć lub nawet zabić nie kłopotał nikogo na świecie aż do roku 1916. Wówczas to sędzia nowojorskiego Sądu Najwyższego Benjamin N. Cardozo przyznał rację kamieniarzowi Donaladowi MacPhersonowi, że z powodu zaniedbań Buick Motor Company pękło tylne koło w automobilu, wyprodukowanym przez tę firmę. Jako że kamieniarz podczas dachowania złamał sobie nadgarstek w prawej ręce i trwale uszkodził oko, sędzia Cardozo przyznał mu wysokie odszkodowanie, oznajmiając w uzasadnieniu wyroku, iż niezależnie od treści umowy kupna-sprzedaży: „producent odpowiada za zaniedbania, zwiększające niebezpieczeństwo”. Wyrok zaowocował natychmiast kolejnymi pozwami i amerykańskie firmy, niezależnie co wytwarzały, musiały szybko nauczyć się dbać o zdrowie klientów.

W jeszcze bardziej niezwykły sposób narodził się, dziś standardowy wymóg umieszczania ostrzeżeń przed szkodliwością palenia na opakowaniach papierosów. Otóż w 1944 r. Sąd Najwyższy stanu Kalifornia stanął w obronie kelnerki Gladys Escola, którą okaleczył wybuch… butelki Coca Coli. Choć odłamki szkła poprzecinały mięśnie i ścięgna w dłoni kobiety, koncern Coca Cola Bottling Co. odmówił wypłaty odszkodowania. Jednak przed kalifornijskiemu Sądem Najwyższym jego prawnicy przyznali, że butelkom zdarza się eksplodować, ponieważ napój jest bardzo mocno nasycony dwutlenkiem węgla. Sędzia Phil S. Gibson orzekł więc, że nawet jeśli producent nie działa w złej wierze, a produkt nie jest wadliwy i tak ponosi odpowiedzialność, ze skutki uboczne i powinien przed nimi ostrzegać. Dwadzieścia lat później na ten precedensowy wyrok zaczęły się powywoływać kolejne osoby, pozywające koncerny tytoniowe. I choć te uparcie zaprzeczały, że miały świadomość, iż palnie szkodzi, jednak od 1969 r. zostały zmuszone do umieszczania stosownych ostrzeżeń, zarówno na paczkach papierosów, jak i w reklamach. Kolejnym krokiem, jaki nastąpił w latach 90., było przymuszenie ich przez amerykańskie sądy do wypłaty odszkodowań.

Historia prawodawstwa w USA pełna jest nazwisk ludzi, którym chciało się dochodzić sprawiedliwości za doznane krzywdy. Dzięki temu, że sądy stanęły w ich obronie, dziś precedensowe wyroki, stanowią inspirację dla przepisów obowiązujących na całym świecie. Tymczasem anglosaskie prawo nadal płynnie ewoluuje, zwalniając państwo z obowiązku codziennej biegunki legislacyjnej.

Oczywiście w III RP postulat reformowania sądownictwa w kierunku modelu anglosaskiego jest nadal samobójczy dla każdego, kto go zaproponuje, ponieważ tak zmiana zmusiłaby sędziów, adwokatów i prokuratorów do gimnastyki umysłowej, jaką niesie ze sobą konieczność zmagania się z precedensami. Już tylko to wzbudziłoby taką falę nienawiści całego środowiska, przy której obecne uczucia do Zbigniewa Ziobry mogłyby zyskać miano całkiem przyjaznych.

Jednak za jakiś czas, gdy z polskiego wymiaru sprawiedliwości pozostanie tlące się pobojowisko, z politycznym trupem autora tzw. „reformy” leżącym po środku, wówczas wszystko może okazać się możliwe. Nawet sensowne zmiany.