Premier robi ludziom dobrze cudzymi pieniędzmi
Łukasz Warzecha 12.06.2019

„To wielkie osiągnięcie naszego rządu” – mówił premier na konferencji prasowej. – „nie planowaliśmy tego, ale to projekt, z którego możemy być dumni. W ciągu najbliższych pięciu lat każdy, kto zarabia przynajmniej dwukrotność średniej krajowej będzie mógł się cieszyć jazdą nowym, cichym, czystym i ekologicznym samochodem elektrycznym. Jesteśmy z tego bardzo dumni”.

 

Szef rządu nie chciał odpowiadać na pytania dziennikarzy. Ukradkiem – ale tak, żeby mogli to uchwycić fotoreporterzy – otarł łzę wzruszenia z oka i wraz ze swoim rzecznikiem zniknął za ciężkimi, drewnianymi drzwiami. Dziennikarze nie mogli zatem zapytać o zaskakujący kształt ustawy, którą chwalił się premier. Ustawa nie przewidywała bowiem, że wspomniane osoby w ciągu pięciu lat otrzymają od rządu auto elektryczne. Nie przewidywała nawet, że dostaną hojne lub choćby skromne dopłaty na ten cel. Zresztą program polskiego samochodu elektrycznego wkraczał właśnie w dziesiąty rok opóźnienia, więc gdy idzie o krajową produkcję, można sobie było kupić najwyżej elektryczną hulajnogę pod polską marką, robioną w Chinach.

Ustawa mówiła co innego: każdy, kto w ciągu kolejnych dwóch lat będzie zarabiał średnio miesięcznie przynajmniej dwukrotność średniej krajowej, zostaje zobowiązany do kupienia w ciągu trzech kolejnych lat elektrycznego samochodu osobowego z zakazem sprzedaży przez następne trzy lata. Krajowych samochodów elektrycznych nie było i nic nie zapowiadało, żeby były w ciągu kolejnych dwóch lat, więc Toyota, Nissan, Renault i Volkswagen już zacierały ręce.

W ten sposób – grzmieli przedstawiciele partii Patriotyzm i Socjalizm – Polska zmieni się nie do poznania. Zostanie wysłany potężny impuls modernizacyjny, powietrze będzie czystsze, ludzie przekonają się (co z tego, że pod przymusem) do elektromobilności, a do tego budżet zarobi, bo przecież każdy samochód to VAT (zakupy w ramach ustawy wyłączono z wszelkich zwrotów). No i wreszcie – chwalił się premier – to pierwsza taka regulacja na świecie. Wyprzedziliśmy po tym względem – mówił z dumą – nawet kraje skandynawskie.

A że za to wszystko zapłacą w końcu podatnicy – to już mniej ważne.

 

***

Ta opowiastka to oczywiście fikcja (przynajmniej na razie, ale zawsze w takich sytuacjach słyszę przerażony chór, który krzyczy: „Proszę nie podpowiadać!”), lecz co do zasady odpowiada temu, co usłyszeliśmy od naszego Gierka 2.0 w nowym spocie Kancelarii Premiera. Spot mówi o rządowej propozycji radykalnego podwyższenia płacy minimalnej do 2450 złotych. Mówi o niej zresztą tak, jakby ta propozycja już została przyjęta, choć nie odbyły się jeszcze negocjacje w tej sprawie w Radzie Dialogu Społecznego. Pan premier był uprzejmy przypomnieć, że od początku rządów PiS płaca minimalna wzrosła już o 700 złotych oraz stwierdził: „To projekt, którego nie zapowiadaliśmy, a z którego jesteśmy dumni”.

Faktycznie, gdy w 2015 roku PiS czarował przedsiębiorców wizją tego, jak to im będzie dobrze za jego rządów, nie zapowiadał skokowego wzrostu płacy minimalnej. Gdyby to zrobił, zapewne wielu drobnych przedsiębiorców, ale także samozatrudnionych, nie zagłosowałoby na partię Kaczyńskiego. No, ale przedsiębiorcy byli dobrzy do poprzednich wyborów. Potem rozpędu zaczął nabierać socjalny populizm.

Rzecz w tym, że słowa Morawieckiego to wyjątkowa bezczelność. Płaca minimalna, której każdy wzrost generuje presję na pracodawców, nie jest prezentem od rządzących. Jest prezentem od pracodawców, tyle że przymusowym. Mówienie o tym, że to jakiś „projekt”, to prymitywne mydlenie oczu. Nie ma żadnego projektu. Jest, jako się rzekło, socjalny populizm. Wspieranie popularności rządu w tym wypadku nawet nie budżetowymi (też zresztą naszymi), ale wprost cudzymi pieniędzmi.

Sama instytucja płacy minimalnej i minimalnej stawki godzinowej jest wątpliwa. Trudno poważnie traktować opowieści, że chciwi przedsiębiorcy płaciliby po 500 złotych miesięcznie, gdyby nie dobry rząd, który stoi nad nimi z pałą. Inna sprawa, że tak właśnie przedsiębiorców widzi wielu wyborców PiS. Ten gomułkowski sposób myślenia o ludziach biznesu, małego czy dużego, jako o wstrętnych „prywaciarzach” i wyzyskiwaczach jest w twardym elektoracie PiS silny, a partia Kaczyńskiego niemal od początku gra na nim bez oporów.

W teorii płaca minimalna powinna być w jakimś stopniu odbiciem tego, jak pensje pracowników kształtowałby rynek. Czy tak jest w przypadku windowania płacy minimalnej przez PiS – wątpię. Wiadomo, że jej wzrost jest uzgadniany w kilkuetapowym procesie z udziałem Rady Dialogu Społecznego (kiedyś Komisji Trójstronnej). Tyle że przy socjalistycznym rządzie, jak ten PiS, z trzech stron dwie – rządowa i związkowa – będą wywierać presję na jedną – stronę pracodawców. Tu nie ma równowagi. Co więcej, jeżeli w radzie nie uda się uzgodnić poziomu płacy minimalnej, Rada Ministrów wyznacza ją, w drodze rozporządzenia, w wysokości nie mniejszej niż pierwotna propozycja. Inaczej mówiąc, rząd Morawieckiego może po prostu olać przedsiębiorców (propozycja związkowców jest i tak wyższa) i na chama przepchnąć kolejne podwyżki płacy minimalnej, w oderwaniu od argumentów pracodawców. Pomóc mogą w tym przedstawiciele związków zawodowych. Wystarczy, że przed 15 lipca, gdy musi zapaść decyzja w RDS, będą konsekwentnie zrywali kworum. Wobec jego braku, decyzja nie będzie mogła zapaść, a to da rządowi wolną rękę do sięgnięcia po rozporządzenie.

I bardzo możliwe, że tak się właśnie stanie, a kolejne wzrosty płacy minimalnej obciążają w coraz większym stopniu nie tylko przedsiębiorców, ale i samozatrudnionych. Ci pierwsi muszą płacić nie tylko więcej pracownikom, ale i odprowadzać za nich odpowiednio wyższe składki. Z kolei składki ZUS tych drugich zależą od wysokości prognozy przeciętnego wynagrodzenia na kolejny rok, a skoro wzrasta płaca minimalna, to i średnie wynagrodzenie. Krótko mówiąc, rząd kupuje sobie popularność wśród pracobiorców za pieniądze pracodawców. Perfidne i sprytne, pytanie tylko, jak długo pracodawcy to wytrzymają.

Czy propozycja rządu została poprzedzona analizami zdolności przedsiębiorców do udźwignięcia kolejnej podwyżki? Czy przeanalizowano, ilu przedsiębiorców będzie musiało zwolnić pracowników albo zamknąć biznes? Pewnie nie, bo przecież bezrobocie jest rekordowo niskie. Można założyć, że rząd takich analiz nie robi, ponieważ skupia się na spodziewanych wyższych wpływach do ZUS, a ewentualne kontrargumenty i tak usłyszy na spotkaniu RDS ze strony przedstawicieli pracodawców.

W spocie padają i inne ciekawe stwierdzenia. Na przykład: „Od wysokości wynagrodzenia zależy również efektywność samej pracy”. Premier musi rozumieć, że to po prostu nieprawda. Efektywność pracy zależy od poziomu innowacyjności, rodzaju wykonywanego zajęcia, a także od obyczaju i kultury pracy (postawmy obok siebie przeciętnych Japończyka i Włocha) – wszystkie te czynniki dają określony efekt. Wynagrodzenie też może mieć jakiś wpływ, ale tu akurat sprzężenie jest zwrotne, bo również wynagrodzenie zależy od efektywności. Nie jest tak – jak sugerują słowa premiera – że im więcej zapłacimy pracownikowi, tym będzie efektywniejszy. To zwyczajnie ekonomiczna bzdura. Pracownikowi można zapłacić więcej, jeśli jest efektywniejszy, bo to dla firmy dodatkowy zysk. Nie na odwrót.

„Przed nami czasu europejskiego poziomu życia i gospodarki na europejskim poziomie”. I to naprawdę takie proste? Wystarczyło wywindować płacę minimalną, a zaraz będziemy mieć europejski poziom życia? No proszę, i pomyśleć, że przed Morawieckim nikt na to nie wpadł.

Gospodarczy populizm PiS psuje nie tylko gospodarkę i finanse w długim okresie, ale też niszczy debatę publiczną, zastępując jakąkolwiek analizę prostymi hasełkami, takimi jak te ze spotu Morawieckiego.