Prezydent broni ziemi rolnej przed chłopami
Tomasz Wróblewski 30.07.2014

Komorowski zawetował nowelizację ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych. PSL chciał znieść anachroniczny nadzór ministerstwa rolnictwa nad odrolnieniem najbardziej żyznych gruntów. Za każdym razem, kiedy ktoś chce postawić dom, tuczarnie, oborę, szklarnie, pociągnąć drogę przez żyzny kawałek ziemi, to minister musi wydać zgodę. Nie musimy tłumaczyć, ilu to wymaga stempelków, podań, dupogodzin w biurach, upokorzeń przed urzędnikiem, któremu trzeba tłumaczyć dlaczego zachciało nam się stawiać dom na swojej ziemi. Ile odwołań, próśb, kopert.

Prezydent jest mądrością narodu i jego wizjonerem. Widzi nasze łany zboża, marchewki szerokie i chłopa ze schylonym karkiem, a nie, jak usłyszeliśmy w uzasadnieniu – „z jakąś działalnością poza rolną, zagrażającą ładowi przestrzennemu i degradacji polskiego krajobrazu”. Prezydent mówi, że ziemia jest dobrem narodowym. Co jak rozumiem z chłopa też czyni dobro państwowe, bo ministerstwo zakazuje mu wykorzystania własność prywatnej do celów, które on uważa za najlepsze. Schylić kark i orać.

Minister Olgierd Dziekoński w kancelarii prezydenta, najbardziej boi się, że na tej ziemi mogłyby stanąć wiatraki i produkować energię. Straszne. Rolnikom zachciało się zarabiać pieniądze. Nie dość mu świnek i żyta? Farmy wiatrowe w żaden sposób nie szkodzą produkcji rolnej. Kilkanaście metrów w szczerym polu z których może popłynąć dosyć energii żeby z samych podatków pozwolić gminie na dofinansowanie szkół, przedszkoli, domów kultury, a rolnikowi zapewnić stabilność finansową. Minister to wie, ale jak twierdzi to razi prezydenta.
Chłop ma orać, kochać ziemię i pozwolić prezydentowi cieszyć się sielskim anielskim widokiem. Może to i łamie jakieś wolności i prawa człowieka rozporządzania własnym dobrem i decydowaniu o własnej drodze do szczęścia…. Prezydent lepiej wie, co to dla chłopa szczęście.

Fot. na lic. CC2.0/aut. Piotr Drabik/flickr.com